Z jesienią trzeba dać sobie radę albo o „Dolinie Muminków w listopadzie” T. Jansson z okazji listopada


Postanowiłam napisać o „Dolinie Muminków w listopadzie”. Bez szczególnego powodu. Oprócz, rzecz jasna, samego środka listopada.


„Dolina Muminków w listopadzie” jest dość szczególną częścią cyklu. Dlaczego? Dlatego, że właściwie nie ma w nim Muminków. Zamiast nich są ich wyobrażenia, zdanie o nich, jakie mają ci, którzy zawsze ich obserwowali, czytali o nich albo słyszeli – ci wieczni goście, którzy zasiedzieli się w domu Muminków na tyle długo, że już nie wiadomo było, czy tam mieszkają, czy są jakimiś dawno zaginionymi, a właśnie odnalezionymi krewnymi, czy przyszli i tak zostali, a kim są, do końca nie wiadomo. „Dolina...” to jest taka książka, która kończąc cykl (ten „zwarty” cykl, bo przecież są jeszcze i komiksy, i powieści graficzne) równocześnie próbuje odpowiedzieć na pytanie o jego tożsamość.

Bo zobaczcie sami: w gruncie rzeczy całość zaczyna się też tak, że nie bardzo wiadomo jeszcze, kto jest kim i o co chodzi. W pierwszej, często uznawanej za nieoficjalną, taką work in progress, części „Małych trollach i wielkiej powodzi” Ryjek nie jest jeszcze Ryjkiem, a jedynie nieszczęśliwym stworzonkiem, Mamusia z Muminkiem zaś przedzierają się przez zalewany wodami potopu świat – początkowo szukając Tatusia, który gdzieś się zapodział, potem szukając świętego spokoju i domu. Jeszcze nie wiadomo, jakie łączą ich relacje, co to za świat, co się dzieje. Jansson żywi w ogóle pewne upodobanie do zsyłania na tę pozornie idylliczną społeczność katastrof: przecież za chwilę trzeba będzie ratować się przed kometą, która jak dziwna kara z niebios wysusza oceany i zmienia oblicze świata. A kiedy Muminki posną, w ich domu zjawią się uciekinierzy z obcych stron: nie zawsze mili, straumatyzowani wojną i wędrówką, ci, którzy wyjedzą konfitury i czasami nawet nie powiedzą „dziękuję”. Ale i ich trzeba zrozumieć.
 
 
[1]
Ale największą katastrofą dla Muminków okaże się pomysł Tatusia. Który musi znowu wędrować – przecież, co wiemy z opowiadań, raz o mało nie został Hatifnatem – więc żeby znowu go nie zgubić (jeśli przyjmiemy, że w „Małych trollach...” właśnie o to chodziło) rodzina rusza z nim. Gnany tęsknotą Tatuś Muminka spowoduje, że rodzina wyląduje na wysepce – jeśli to wysepka, jeśli to nie mucha nasiusiała na mapę – i popadnie w przygnębienie i depresję. Tatuś – bo wyobrażenia są piękniejsze od rzeczywistości, a on zupełnie nie nadaje się na latarnika, Mamusia – bo tęskni za domem, a nieprzytulna latarnia morska wyraźnie nie chce rodziny Muminków przyjąć, Muminek – bo zostaje odcięty od świata, który znał, od przyjaciół i od ukochanych miejsc, a nowe cudowne przygody okazują się mirażem, a piękne koniki morskie wyśmiewają jego może ciut egzaltowany styl. Rozsądek (ale czy na pewno?) zachowa tylko Mała Mi, ale i w niej rodzi się coś nowego, coś niepokojącego. Pewnej nocy wyniesie z latarni morskiej naftę i obleje nią kolonię mrówek.

Tymczasem do opustoszałego domu Muminków ściągają z okolicy ci, którzy za nimi tęsknią. Ci, którzy chcieliby być jak Muminki – czyli właściwie jacy? Bo przecież ze wspomnianego „Tatusia Muminka i morza” wiemy już, że szczęście nie rodzi się samo z siebie albo z pogoni za nim, rodzina Muminków taka, jaką ją widzimy po raz ostatni, wcale nie jest taka szczęśliwa. Ale to nie zniechęca przybyszów. Są dość nieszczęśliwi, więc podejmują próbę podobną, co Tatuś: ruszają szukać szczęścia, bo może jest tam, gdzie ich nie ma. Ale dom Muminków sam w sobie to bardziej muzeum, świadectwo tego, co było, ale zniknęło. Kurz, pajęczyny, piec, w którym nie wolno palić – ale czemu właściwie, kartka zostawiona na nim jest niejasna, później się gubi – pusta kuchnia, puste wszystko. I goście, którzy chcą być domownikami, może nowymi Muminkami. Wuj Truj, który nie pamięta, kim jest, zdaje się być tym idealnym gościem: w miejscu, które straciło swoją tożsamość znalazł się ktoś, kto też nie pamięta i wcale pamiętać nie chce.

[2]
Ale przecież jest jeszcze Homek, który chce – i wie, czego chce jeszcze: nie żadnego naśladowania, nie, nie, on czeka na powrót Muminków. Jest pewien, że wrócą. A z drugiej strony my, czytelnicy, wcale nie możemy odetchnąć z ulgą: wszak Homek to ten, który własną wyobraźnią przywołuje do istnienia to, co szybuje tylko gdzieś w sferze potencjalności. Czy zatem on sobie tylko nie wyobraził, że Mumunki powracają? Czy w łódce, która przybija do brzegu, są Muminki, nauczone i zmienione przez doświadczenie samotnych, zimnych dni na wyspie, która nie wiadomo, czy istnieje? Jansson bardzo umiejętnie gra tutaj z naszymi oczekiwaniami: prawda i zmyślenie (jak bardzo po hrabalowsku!) przenikają się tutaj. Wiemy, że w swoich pamiętnikach Tatuś Muminka zmyśla, ale jego zmyślenia stają się rzeczywiste, przychodzą do drzwi domu, wcielone chociażby w Joka. Czy zatem zmyśla, czy może tworzy? Czy w świecie Muminków możemy sobie wyobrazić, że wszystko kończy się dobrze – i od nas zależy, kto siedzi w tej łódce, tak samo jak zależy to od Homka?

No i nie zapominajmy o Filifionce. Tak, to ciągle ta sama z licznego łańcucha Filifionek, znerwicowana, bojąca się nieustannej katastrofy Filifionka. Ba, Filifionka, która nie widzi, że właściwie katastrofa – niejedna! – już nadeszła. I czy coś takiego się stało? Czy świata nie można już zmienić? Czy dalej powinna się go bać? Filifionka jest opętana przez potrzebę naśladowania Mamusi Muminka, bo jeśli jej tak dobrze wychodzi ogarnianie rzeczywistości, to może ona jest tutaj kluczem do sukcesu? Może i tak. A może i nie – może lepszym pomysłem nie jest robienie wszystkiego tak, jak zrobiłby to ktoś, kogo podziwiamy i komu równocześnie zazdrościmy, ale właśnie próba zaczarowania rzeczywistości słowem i wyobraźnią?

Jest w „Dolinie...” taka melancholia późnej, brzydkiej jesieni. Przed jesienią nie da się uciec w sen, jak w „Zimie Muminków” (choć i ten sen wcale nie jest jakąś taką definitywną ucieczką, bo można się obudzić i nie da się już zasnąć), jesień trzeba przeżyć. Najlepiej jak się umie, nawet jeśli nigdzie nie ma jasnych wskazówek. Jest nostalgia za Muminkami, które sobie wszyscy w pewien sposób wyobraziliśmy, tak jak bohaterowie „Doliny...” i nie wiadomo, kto z nas ma rację. I jest taka przewrotna gra z czytelnikiem, która sprawia, że za każdym razem znajduje się w tej książce coś nowego, jakieś małe ziarenko, zmieniające interpretację, każące troszkę inaczej spojrzeć na postać, miejsce, czy wydarzenie. Och, kawał prozy z tej „Doliny Muminków w listopadzie”, nieprawdaż?
 
[1] Jezioro w listopadzie wzięłam stąd.
[2] Jezioro w Finlandii zaś to zdjęcie Penttiego Rautio.

Weź dokładkę!

17 komentarze

  1. Bardzo trafne spostrzeżenia! Jednak trochę mnie razi wydźwięk sformułowania, że Tove miała upodobanie do zsyłania katastrof - pierwsza książka powstała jak ucieczka od (ciężko przez nią przeżywanych) realiów drugiej wojny światowej. Cały cykl muminkowych historii zawiera drobne elementy biograficzne autorki, z mniejszą lub większą nauką, ale opartą w pewnej mierze na doświadczeniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że tak to mogło zostać zrozumiane, więc może dopowiem, o co mi chodzi: w domyśle z tym "upodobaniem do zsyłania katastrof" chodziło mi w dużej mierze o dwie rzeczy -- że cykl muminkowy nie jest wcale taki idylliczny, jak się powszechnie sądzi i że w książkach odbieranych jako lektury dla dzieci te katastrofy są ciekawym kontrapunktem. Oczywiście, że wojenne (i nie tylko) doświadczenia Jansson bardzo w muminkowej sadze widać (widać też inspiracje postaciami z jej życia, mnie chyba najbardziej zawsze frapował Piżmowiec, wzorowany podobno na Atosie Wirtanenie -- zawsze przez to mnie bawi, że po czesku Piżmowiec jest rodzaju żeńskiego i to podobieństwo ulatuje albo robi się jeszcze bardziej frapujące).

      Usuń
  2. Dolina w listopadzie jest dla mnie bardzo ważną książką, bo w sumie ja najbardziej kocham te w cyklu, w których nie ma Muminków, czyli Zimę i listopad. Moje wspomnienia są bardzo osobiste więc nie będę wchodzić w szczegóły, ale pamiętam to poczucie konfrontacji z samą sobą, to jak czułam, że ta książka jest mądrzejsza ode mnie i rozumie moją niechęć do tej konfrontacji i daje mi czas, i rozumie wszystkie moje rozdrapy, i odpowiada na nie zanim zapytam chociaż nie daje żadnej odpowiedzi, jak mit jakiś nie przymierzając :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, i "Zima..." i "Dolina..." mają w sobie coś z takiej mitycznej struktury. Nie przez przypadek Przodek w nich obu odkrywa taką ważną (choć efemeryczną w "Dolinie...") rolę. W dzieciństwie zawsze miałam problem z tymi dwoma tomami, ale potem odkryłam je na nowo i stwierdziłam, podobnie jak Ty, że to są moje ukochane części. "Zima..." chyba nawet bardziej :).

      Usuń
  3. Zawsze chciałam przeczytać "Dolinę Muminków w listopadzie" właśnie w listopadzie i wczoraj mi się udało. Klimat opuszczonego przez Muminki domu idealnie oddawał mój nastrój.
    Muszę się ze wstydem przyznać, że była to pierwsza przeczytana przeze mnie książka o Muminkach. Myślę, że nadrobię cały zwarty cykl do świąt i już nie mogę się doczekać.
    Rok temu czytałam przerwany cykl Jeżycjady, więc chyba stanie się to moją tradycją, że na jesieni będę nadrabiała serie dziecięcych pozycji, które warto znać nawet nie będąc już dziecięciem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to się w takich sytuacjach mówi: zazdroszczę! Zazdroszczę, że masz sagę muminkową jeszcze przed sobą. Czeka Cię wiele pięknych chwil, zdecydowanie! Potem, gdybyś zatęskniła za Muminkami, to polecam powieści graficzne i komiksy, sytuują się trochę "poza" główną linią fabuły, ale też są piękne :).

      Usuń
  4. Prawdaż. Esencja listopadowej melancholii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nawet nie tylko listopadowej! Bo tam jest też dużo nostalgii, bardzo pięknie pokazanej jako taka tęsknota bez źródła czy ze źródłem trudno uchwytnym, rozmazanym, może zupełnie innym niż nam się wydawało.

      Usuń
    2. Melancholia, tak, ale i nadzieja chyba też. W końcu nawet Filifionka (moja ulubienica zaraz po Małej Mi) wraca do życia po katastrofie...

      Usuń
    3. Nadzieja jest w "Dolinie..." bardzo delikatna, ulotna powiedziałabym nawet. Bo czy tak faktycznie jest, czy to tylko wyobraźnia i myślenie życzeniowe nasze, czytelników, i Homka? Zawsze się nad tym zastanawiam.

      Usuń
    4. Podoba mi się, że takie postaci jak Filifionka czy Paszczak są w stanie pogodzić się z faktem, że są, jakie są ;)
      "Filifionka może być tylko Filifionką".

      Usuń
    5. Prawda, ale w to wpisana jest właściwie taka nieustanna walka -- ze sobą, z innymi Filifionkami i Paszczakami (weźmy chociaż to opowiadanie o Paszczaku, który miał wesołe miasteczko, z "Opowiadań..."), z okolicznościami, które sprawiają, że się oczekuje po nich bycia tą Filifionką albo tym Paszczakiem. To zarazem smutne i przynoszące pocieszenie, co się z tymi postaciami dzieje.

      Usuń
  5. "ruszają szukać szczęścia, bo może jest tam, gdzie ich nie ma" - słynny motyw "Trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie płotu".
    Pamiętam, że jako mała dziewczynka bardzo lubiłam "Muminki". Tove Jansson napisała bardzo ładne, przyjemne historyjki dla dzieci (dalej zresztą mam całą serię na półce...).

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się z wiekiem coraz bardziej wydaje, że to wcale nie są książki dla dzieci, czy może: nie są w pierwszej kolejności dla dzieci (i nie wiem, czy taka zachłanna na Muminki się zrobiłam, czy w dużej mierze tak właśnie jest).

      I tak, dla Tatusia zdecydowanie trawa za płotem jest najbardziej zieloną trawą świata, póki nie przelezie przez płot, wtedy okaże się, że coś słabo widział ;). W ogóle z Tatusiem Muminka mam duży problem, z każdą kolejną lekturą coraz większy -- mimo że kiedyś największą miłością w cyklu darzyłam jego "Pamiętniki...".

      Usuń
  6. Dolina Muminków w listopadzie to moja ulubiona część Muminków. Właśnie dlatego że dzięki niej, tak na sam koniec mamy okazję lepiej poznać tych wszystkich innych, którzy gdzieś się przewijali, ale rzadko w tym samym czasie. Właściwe Muminki są tutaj duchami, tymi wszystkimi tęsknotami i pragnieniami.
    We wszystkich ich historiach zawsze najbardziej koncentrowałam się na Włóczykiju. To moja wielka dziecięca platoniczna miłość ;) ale gdy tak teraz myślę, to wydaje mi się, że on w zasadzie robił to co chciałby robić Tatuś Muminka i tak samo Muminek, chciał być nim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy była jakaś mała dziewczynka, która nie kochała się platonicznie w Włóczykiju? :)

      Usuń
    2. @Marvja, hm, a to ciekawe, co piszesz, bo mam wrażenie, że coś w tym może być (zwłaszcza jeśli przyjmiemy, że "Pamiętniki..." to taka duża konfabulacja, gdzie Tatuś jest górą nad Włóczykijem, który okazuje się tam przede wszystkim synem tęskniącym za obecnością ojcą). Przy czym dla Muminka to jest pewien ideał, ale równocześnie Włóczykij zupełnie nie jest dla niego przecież figurą ojca.

      @aHa, mówisz ;)? Ciekawa jestem, na ile to zasługa ilustracji, a na ile charakteru Włóczykija ;). Bo mnie się on z wiekiem przestaje wydawać aż taki ciekawy i zastanawiam się, z czego to wynika: czy z tego, jak się zachowuje, czy z tego, że teraz dużo ciekawszą postacią wydaje mi się sam Muminek ;).

      Usuń