A było to tak i tak albo o „Emmie” BBC (2009)


Nie planowałam oglądać tej „Emmy”, ale oto wydarzył się znak. W sensie: znalazłam ten film przypadkiem w sklepie, przeceniony na dziewięć złotych. Uznałam, że to przecież nie może być taki zupełny przypadek, skoro zaraz zaczyna się nasz Festiwal, film więc przywędrował ze mną do domu i został obejrzany. I bardzo się z tego cieszę, bo już na początku mogę powiedzieć: podobał mi się.

Tak właściwie to nie tyle film, co czteroodcinkowy serial. W swoim wpisie o klasycznych adaptacjach „Emmy” pisała już o nim Karolina z Dobry Film / Zły Film, ale pozwolę sobie dorzucić co nieco. I, tak dla odmiany od bloku tekstu, może tym razem w punktach? 
 
 


Kukiełkowy teatrzyk

Jak już przy serialowości tej „Emmy” jesteśmy: serial ma śliczną czołówkę, która wygląda jak seria przesuwających się papierowych kukiełek w teatrze cieni. Formy są być może ciut nowoczesne, ale sam pomysł szalenie mi się podoba. Najpierw wchodzimy przez bramę do Highbury albo którejś z wielkich rezydencji, a potem oglądamy toczące się tam życie. A jest co oglądać. Ustawia to nas trochę w pozycji widzów klasycznego teatru, trochę mówi o tym, że mamy do czynienia z uniwersalną opowieścią w konkretnym, uromantycznianym często w myśleniu czasie, a trochę jest po prostu ucieczką przed taką zwyczajną czołówką, która wyłożyłaby nam kawę na ławę. Zabieg, moim zdaniem, naprawdę udany.

Ekspozycja

W komentarzu do wpisu o „Emmie” BBC z 1996 Hannah (której wpisu festiwalowego szukajcie dzisiaj tutaj) zauważyła, że ten serial ma bardzo interesującą ekspozycję. Bo faktycznie zaczynamy nie od wieczoru po ślubie państwa Weston czy od Emminych prób swatania – cofamy się daleko w przeszłość, do dzieciństwa trójki głównych dramatis personae i widzimy, co się z nimi stało. I jak to na nich wpłynęło. Szalenie smutna to ekspozycja, w końcu i Frank, i Jane, i Emma tracą jedno albo dwoje rodziców – i tylko Emma może zostać w domu, pozostała dwójka zostaje odesłana. Twórcy adaptacji czynią z tego wyraźną rysę na charakterze całej trójki: dlaczego jako dorośli są tacy, jacy są, wiąże się z tym fundamentalnym doświadczeniem. Całość komentuje narrator z offu, posługujący się – co ciekawe – męskim głosem. Do tej pory zawsze jednak słyszałam w głowie żeńską narratorkę próz Austen, ale ten zabieg jest, jak podejrzewam, przymyślany, i wypływa z obranej konwencji.
 
 
 Bohaterowie w wersji "ustawcie się, robimy zdjęcie!". Źródło.
 

Wyraźne interpretacje

No właśnie, już po tej początkowej sekwencji scen widać, że twórcy mają naprawdę wyraźne linie interpretacyjne dotyczące postaci. Co jest bardzo interesujące – zwłaszcza, jak zna się i książkę, i inne adaptacje, ale zastanawiam się, jak wypada, kiedy jest to pierwsza/jedyna ekranizacja „Emmy”, jaką znamy. Niemniej: to są bardzo ciekawe i często niestandardowe pomysły interpretacyjne. A najlepsze, że skupiają się również na postaciach tła. Pan Woodhouse z lekko zwariowanego staruszka staje się znerwicowanym człowiekiem, którego przeraża niebezpieczeństwo, czyhające na każdą zamężną kobietę w tym czasie, czyli śmierć w połogu. On czuje swoją śmieszność, wie, że nie da się powstrzymać pewnych zjawisk, ale równocześnie stara się, jak może, z taką łagodną rezygnacją człowieka, który wie, że świat nic dobrego mu nie przyniesie. Przepiękny i przesmutny jest wątek panny Bates: oto widzimy, że swoją gadatliwością stara się jakoś osłodzić samotność codzienności, z milczącą matką, która zdaje się nie mieć już kontaktu z rzeczywistością (ten wątek w samym zakończeniu twórcy wywracają do góry nogami i nie wiem, szczerze, czy potrzebnie – może szukając jakiejś formy happy endu?), z tym naganianiem do siebie gości, z takim niewyczuwaniem, że czasem powie coś, czego nikt nie chce usłyszeć. Jane nie tyle cieszy się, że może u nich mieszkać, ale czasem wstydzi się za ciotkę, która żyje trochę jakby poza konwenansem. Pięknie rozedrgany swoją pretensjonalnością jest pan Elton (i w tej adaptacji najlepiej chyba udało się pokazać, że Emma mogła właściwie uznać, że on się interesuje Harriet, a nie zauważyć, że interesuje się nią).

Emma

Emmę sobie zostawiam na punkt osobny. Bo twórcy zainwestowali w pokazanie nam, że bohaterka jest mocno ograniczona przez to, jak i gdzie żyje. Jasne, twierdzi, że jest zupełnie zadowolona i nigdy nie wyjdzie za mąż – ale mamy możliwość samodzielnej oceny, że to nie jest tak do końca ochotnicza decyzja, a raczej wypływa z uwarunkowań społecznych. Emma musi zająć się ojcem. Siedzi cały czas w Highbury, chociaż marzy jej się podróżowanie (w ogóle motyw „nigdy nie widziałam morza” – jak wiadomo niezdrowego w opinii pana Woodhouse'a – jest tutaj bardzo ładną klamrą kompozycyjną), może coś więcej, niż tylko bycie panią na włościach. Wówczas to Emmine swatanie też da się czytać inaczej: jako próbę rekompensaty za niemożność wyswatania samej siebie. Bardzo ładnie rozwija się – a nie wybucha nagle – jej uczucie do pana Knightleya. A jak już tu jesteśmy: obsada serialu jest naprawdę dobra, jedyne zastrzeżenia miałam co do samej Emmy. Podobało mi się, jak gra, a z drugiej strony miałam często wrażenie, że to dziewczyna z XXI wieku, wrzucona w XIX-wieczne towarzystwo. Głównie, jak sądzę, za sprawą bardzo bogatej mimiki aktorki, Ramoly Garai, i nie do końca ten zabieg się, w moim odczuciu, udał. 


 Bohaterowie w wersji "ale zaraz, tym razem nikt nic nie mówił o zdjęciu!". Źródło.
 

Komizm

No i jeszcze wspomnę o tym, że wbrew temu, co do tej pory napisałam, to nie jest ponury serial, bo zawiera w sobie pięknie rozegrane wątki komediowe. Nie zawsze tak subtelne, jak u Austen, raczej właśnie wydobyte na wierzch i podkreślone. W związku z tym Harriet do portretu pozuje w nienaturalnej, ale bardzo „klasycznej” pozie, a pani Elton nie tylko mówi, że chciałaby wybrać się na osiołku na truskawki (albo poziomki), ale widzimy pana Eltona, jak ciągnie ją na tym osiołku do samego Donwell Abbey. Tam z kolei, gdzie komizm ma zostać zerwany lub być pozorny – jak w doskonałej scenie na Box Hill, gdzie czuje się tę duszną atmosferę, o której pisze Austen – zostaje. Można mieć tu znowu niekiedy zastrzeżenia do „współczesnych” interpretacji (czy Frank położyłby się na kolanach Emmy?), z drugiej jednak strony adaptacja nieźle gra z naszymi przyzwyczajeniami co do epoki (piękna scena balu!).

Innymi słowy: naprawdę warto zobaczyć. Swoje zastrzeżenia mam, ale bawiłam się bardzo dobrze, a zobaczyć interpretacje innych, dotyczące znanych postaci, zawsze jest ciekawie. Może tylko jedno na koniec: mam wrażenie, że najmniej „odczarowaną” postacią jest pan Knightley. Jakby nie bardzo było co tutaj ruszać z posad – a szkoda!

Weź dokładkę!

8 komentarze

  1. Myślę, że to dobry gest, że reżyser wzmocnił także role drugoplanowe, zinterpretował je po swojemu i pokazał nowe oblicze znanych postaci. Przyznam, że ten festiwal Emmy przybliżył mi znacznie tę postać, ale również tło całej historii. Muszę zweryfikować, czy moja wyobraźnia dobrze mi podpowiada otoczkę tej opowieści. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To świetnie, że tak się stało. Będę czekała w takim razie na wrażenia z przeczytania powieści -- mnóstwo radości przed Tobą i odkrywania Austenowskich "smaczków" :).

      Usuń
  2. Tak, w tej wersji najbardziej podoba mi się poprowadzenie wątku Emmy (choć co do obsadzenia w jej roli Romoli Garai mam obiekcje). Jej postać została tu zinterpretowana dokładnie tak, jak ja ją teraz widzę (bo przy pierwszym czytaniu powieści widziałam jako tę rozpieszczona snobkę) - ale o interpretacji postaci Emmy zamierzam napisać osobny wpis jutro, więc nie będę tego rozwijać. Odniosę się za to do panny Bates. W książce jest taka dobrotliwą, ciepłą i serdeczną postacią. Pozornie głupiutką, choć tu można by się spierać. Ale z cała pewnością szczera i otwartą. Tutaj w pannie Bates jest jakby jakaś lisia chytrość, wydaje się, że ona ma jakieś ukryte intencje, że wie znacznie więcej, niż daje po sobie poznać. Nie bardzo mi to odpowiada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też mam wątpliwości co do obsadzenia roli Emmy, ale nawet nie ze względu na samą aktorkę (bo to jest dobrze zagrane w ramach, jakie zostały jej wyznaczone), co orzez to "uwspółcześnienie" postaci mimiką -- czy choćby fryzurami (Emma jako jedyna nie ma chyba żadnych wyfryzowanych loczków, a zwyczajny, nieco luźny kok czy takie coś przypominające "Gibson girl").

      Natomiast co do panny Bates -- zupełnie inaczej ją odebrałam! Bo zgodzę się, że jest inna niż w książce: ba, ona tutaj jest właściwie postacią tragiczną, a tragiczną, bo zdaje sobie doskonale sprawę ze swojego położenia. Zagadującą smutek (wątek matki, te sceny, kiedy na nią patrzy i nie odpowiada jej nawet mrugnięcie okiem), tęskniącą za jakimś innym życiem, które odeszło, a nie zostało zastąpione niczym innym. Bardzo to jest pięknie wygrane. No i zakończenie: związek Jane i Franka czytałam tutaj jako taki happy end dla rodziny Batesów właśnie, z Jane bogato zamężną wiadomo, że ta sytuacja panny Bates się -- wbrew słowom Knightleya -- już nie pogorszy, im dłużej będzie żyła.

      Ach, wiem, o czym zapomniałam napisać: o pani Churchill! Kiedy czytałam powieść, myślałam sobie, że może ona wcale nie jest taka okropna, zwłaszcza, że po jej śmierci pan Churchill mówi, że był z nią szczęśliwy. Zaborcza, zazdrosna, że Frank może bardziej lubić ojca niż ją -- owszem. Natomiast w żadnej reinterpretacji i adaptacji nikt tego nie podjął, pani Churchill jest dość jednoznacznie negatywnie portretowana. A w tej wersji to już zwłaszcza -- widzimy ją w jednej scenie, kiedy odbiera dziecko ojcu, ledwo jego matka odeszła. Brr!

      Usuń
    2. Fryzurę całkiem zgodna z epoką to miała tylko Kate Beckinsale. Już to wspominałam u Karoliny, ale mnie strasznie denerwuje sposób poruszania się Emmy, ona jest wręcz niezgrabna, np. jak rusza do tańca. Co ma podkreślać, jak sądzę, jak bardzo jest tej rozrywki wygłodniała, ale Emma tak by się nie zachowywała. Mimika też, jak zauważyłaś, nie bardzo jej przystaje.

      A jak Ty być chciała "odczarować" Knightleya?

      Usuń
    3. Tak, też to zauważyłam: mnie to korespondowało z tą mimiką właśnie, że Emma jest grana tak "współcześnie", co ma może powodować prostsze utożsamienie się z bohaterką, czy wyróżnienie jej z mniej więcej dziewiętnastowiecznego tła? Tak się zastanawiam, ale to hipoteza :).

      Dobre pytanie! Właściwie nie mam sama jakiegoś wyraźnego pomysłu -- ale oglądając tę adaptację miałam nadzieję na coś więcej niż to, co dostaliśmy. Chociaż muszę powiedzieć, że bardzo mi się podobało to, jak został zagrany Knightley: trochę jest w nim niezręczności, takiego "nie do końca wiem, jak mam to zrobić", ale twórcy nie zdecydowali się go jakoś dointerpretować.

      Usuń
  3. Emmę znam tylko z tej ekranizacji właśnie, i bardzo mi się podobała! Czas chyba jednak porównać tę ekranizację z powieścią, do czego mnie Twój festiwal Emmy bardzo zachęcił :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nad festiwalem czuwa Tarnina, ja jestem po prostu gorliwym współuczestnikiem :D. Bardzo się cieszę w takim razie, mam nadzieję, że powieść dostarczy dużo radości z czytania i odkrywania poukrywanych przez Austen tropów, no i takiego cieszenia się i z zakrętów fabuły po prostu :)!

      Usuń