Co by było, gdyby pan Knightley objawił się w polskiej klasyce albo o uczniach i mentorach

Ponieważ obiecałam, że na zakończenie Festiwalu napiszę „coś śmiesznego”, to nie ustawałam w wysiłkach, żeby wymyślić coś, co przynajmniej mnie wyda się zabawne (w końcu mieć radochę przy pisaniu to też jest jakieś osiągnięcie!), a przy okazji jakoś w miarę naturalnie wypłynie z tego, co zostało już powiedziane. I w końcu pomyślałam, że może dobrze by było zaproponować Wam wpis z serii „co by było gdyby...” (dwa poprzednie znajdziecie tutaj i tutaj) i obsadzić w roli głównej pana Knightleya. Nasz wzór cnót będzie miał okazję się wykazać, bo chociaż nadal nie wiem, jak można by tę postać zreinterpretować, to pomyślałam, że wyprawię go chociaż w książkową podróż!


Założenie jest takie, że znalazłam pięć polskich powieści klasycznych, w których występuje jakiegoś rodzaju mentor dla bohatera/bohaterki i zastąpiłam go panem Knightleyem właśnie, żeby zobaczyć, jaki byłby efekt. Wpis jest oczywiście z dużym przymrużeniem oka, ale tego chyba nie muszę dodawać.

Przedwiośnie” (zamiast Szymona Gajowca)

Młody Cezary Baryka trafia w końcu na kogoś przyzwoitego w tej swojej podróży w poszukiwaniu szklanych domów. Zaangażowany społecznie pan Knightley, który okiem cudzoziemca z kraju, który sam całkiem nieźle umie się rządzić, dostrzega problemy rodzącej się Polski. Przejąwszy gabinet po niejakim Gajowcu musi co prawda zastąpić portrety bliżej mu nieznanych osobistości (któż to był ten Abramowski?) takimi bliższymi jego sercu (ale żadnego Księcia Regenta, nie, nie), potem już jednak może Cezaremu tłumaczyć, na czym polega powinność przez duże „pe”. Wykłada mu również, jak niestosownie się zachowywał do tej pory i że porywy rewolucyjne to nie jest coś, co przystoi dżentelmenowi – tylko ciężką pracą u podstaw da się coś zmienić oraz, oczywiście, poprzez bycie przyzwoitym. Łaskawym okiem patrzy na znajomość Cezarego z Hipolitem, licząc, że taka dobra ziemiańska rodzina wyprowadzi Barykę na prostą. Przestrzega go przed bezwstydnymi flirtami (sam nie wie, że dzięki temu jedna z bohaterek dożyje końca opowieści), stara się opanować rewolucyjną traumę Cezarego, co ostatecznie skutkuje tym, że w ostatniej scenie widzimy Barykę nie w pochodzie na Belweder, ale patrzącego z okna na przemieszczający się tłum. 
No, i dobrze, cały ten pomysł z barykadami był niemądry.
(w doborze ilustracji zainspirowałam się wpisem Hadyny
wyszukałam pana Knightleya na gifach z ekranizacji 
z 2009 roku, o której pisałam wczoraj)

Lalka” (zamiast Ignacego Rzeckiego)

Pan Knightley – którego jakieś dziwne koleje losu sprowadziły na Wisłę jako człowieka z majątkiem raczej umiarkowanym – pracuje w sklepie niejakiego Wokulskiego, starając się służyć mu radą. Popołudniami zaś pracowicie pisze w swoim notatniku jak to dobrze, że Francja jest słaba, ileż można znosić tego Napoleona. Martwi go co prawda zachowanie Wokulskiego, z którym zdążył się już zaprzyjaźnić – uważa, że zerkanie na kobietę z wyższej klasy niczego dobrego mu nie przyniesie. Nie raz i nie dwa napomykał mu o przygodach Harriet Smith, ale ten Wokulski jakiś taki uparty. Nie pozostaje mu nic innego niż samemu wziąć sprawy w swoje ręce – zakasuje rękawy i stara się wybadać uczucia pewnej damy trudniącej się praniem i zamieszkującej w hałaśliwej kamienicy pełnej studentów. Prowadzi to co prawda do zabawnego zamieszania, wskutek którego to Knightley zostaje wzięty za absztyfikanta, ale na szczęście wszystko kończy się dobrze. Uradowany Knightley może spokojnie wspominać, jak niestosowna ukochana Wokulskiego, Izabela, wyszła za paskudnego bawidamka. Jego podopieczny jest na szczęście bezpieczny, wżeniony we właściwą sferę. 
 Nie przeszkadzajcie mi, piszę o tych okropnych Francuzach!


Pan Wołodyjowski” (zamiast Onufrego Zagłoby)

Akcja powieści kończy się dość szybko. Znajomy Ketlinga, Anglik Knightley, ruszając do klasztoru kamedułów, w którym po śmierci narzeczonej zamknął się główny bohater, przekonuje go, że jest to odpowiednia forma żałoby. Rozumie, jak duża jest to strata, ale widzi też, że nie ma sensu na siłę wyciągać człowieka do świata zewnętrznego. Może to tylko skutkować dziwną nerwicą albo nadopiekuńczością – a w klasztorze przecież się panem Michałem zajmą, zawsze będzie miał kogoś koło siebie... Ketling jest niepocieszony, ale co robić, uznaje zdroworozsądkową argumentację kolegi. 
 W klasztorze nie będzie mu źle, Ketlingu. Ech, Szkoci!

Trans-atlantyk” (zamiast Gonzala)

Dziwne są kolejne losu emigranta! Oto nie gdzie indziej, jak w Argentynie, nasz główny bohater spotyka dystyngowanego Anglika, Knightleya, który zamiast truć mu głowę ideami Ojczyzny (i Synczyzny) oraz konfliktem pokoleniowym, przekonuje go, że różnica wieku tak naprawdę niewiele znaczy i że możliwe jest porozumienie nad podziałami, także wiekowymi. Trzeba też trzymać fason i godnie reprezentować swój kraj, więc Knightley towarzyszy bohaterowi w drodze przez ambasady i urzędy – chociaż widzi, w jakim są stanie, przekonuje naszego protagonistę, że jednak trzeba zacisnąć zęby i robić to, co słuszne. A już bynajmniej nikogo nie urazić, bo naprawdę nie wypada. Krytycy są zgodni, że ta powieść Gombrowicza to historia buntu, tonowanego przez sentyment (który uosabia Knightley, często interpretowany jako marzenie o porządnym szlachcicu-patriocie), z którego bohater nie do końca umie się wyzwolić. 
 Pozwól, że będę twoim przewodnikiem. W końcu obaj
pochodzimy z dobrych rodzin.


Nad Niemnem” (zamiast Jana Bohatyrowicza)

Młoda panna ze dworu poznaje młodzieńca z cudzoziemskim akcentem i włościami nad Wilią. Żyje on skromnie, w przeciwieństwie do rozpuszczonego hulaki, który z chęcią zawróciłby dziewczynie w głowie. Na małżeństwo kosym okiem patrzy co prawda ojciec dziewczyny. Zaangażowany społecznie i wierzący w swoje racje młodzieniec ostatecznie jednak zostaje mężem dziewczyny. Właściwie to brzmi jakoś znajomo, tylko akcenty się nam poprzesuwały, i oczywiście wykonanie jest inne. Może by tak zaliczyć to do powieści, które streszczone wyglądają bardzo podobnie do siebie
 Hm, znajomo to wygląda...

A Wy gdzie wysłalibyście pana Knightleya i jak to wpłynęłoby na rozwój fabuły?

__________________

Nie składam Wam jeszcze żadnych życzeń, bo notki będą się pokazywały także przez czas świąteczny. Jeśli zmęczy Was wydłubywanie z karpia ości albo uznacie, że chcecie wpaść zobaczyć, co też się tu dzieje – wpisy będą. A na razie powiem tylko: cudowny był ten festiwal, pięknie się czytało wpisy współuczestników, wiele się o zakamarkach „Emmy” sama dowiedziałam i mam nadzieję, że to nie ostatnia taka inicjatywa! Tarnino -- brawa za pomysł i organizację!


A linki do wszystkich wpisów festiwalowych znajdziecie
w archiwum na blogu Tarniny właśnie, o tutaj.

Weź dokładkę!

7 komentarze

  1. Najbardziej chyba przemawia do mnie Knightley jako Szymon Gajowiec. Tak, powinność przez duże "pe", praca u podstaw i bycie przyzwoitym. Żadne tam rewolucje ;)

    Dziękuję :) To za dwa lata powtórka, przy okazji "Perswazji" i "Northanger Abbey" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! "Perswazje" jeszcze przede mną, a "Opactwo..." z radością sobie powtórzę. W każdym razie: postaram się zawczasu przygotować :). A w międzyczasie można znaleźć jakiegoś innego autora do festiwalowania się ;).

      Usuń
    2. Oczywiście! Też bardzo mi się spodobało takie wspólne czytanie w większym gronie. Na pewno jest to dobra okazja do pogłębionej lektury. Jestem jak najbardziej za :)

      Usuń
  2. Bardzo mi się podoba pan Knightley w roli Ignacego Rzeckiego. Bo raz, że jego podopiecznym zostaje mężczyzna (co z definicji inaczej tę relację ustawi, niż w przypadku Knightley'a i młodej, głupiutkiej Emmy); dwa, że Knightley wchodzi tu w rolę panny Woodhouse. Dla odmiany, z powodzeniem ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też mój ulubiony wariant ;). Przy czym w ogóle w polskiej klasyce na myśl przyszły mi przede wszystkim relacje nauczyciel-uczeń, a nie nauczyciel/ka-uczennica.

      Usuń
  3. A pan Knightley w "Emancypantkach"? Zamiast, powiedzmy, profesora Dębickiego? Helena Latter nie pozwoliła by sobie przy nim na żadne sztuczki, panna Howard też nie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierzę Ci na słowo, bo sama "Emancypantki" mam w planach dopiero -- ale jak przeczytam, wspomnę na ewentualny udział pana Knightleya w fabule, z całą pewnością :).

      Usuń