O czytaniu zimą albo o niezbędnikach


No to mamy grudzień. Jest się z czego cieszyć -- bo to w końcu grudzień, a nie listopad, a wiadomo, że z grudniem wiąże się jednak nieco więcej przyjemnych rzeczy niż z listopadem, a jesienną melancholię da się odwiesić do szafy, niech czeka na kolejną jesień. No i spadł śnieg (chociaż troszkę). Można się zatem zastanowić nad kwestiami dla każdego czytelnika najistotniejszymi: czyli jak czytać zimą?

Wszyscy wiemy, że strategie czytelnicze zależą od wielu rzeczy. Niebagatelną rolę w ich doborze odgrywa także pora roku -- nie tylko dlatego, że za oknem zmienia się pogoda, ale i dlatego, że wpływa to na nastrój, wywołuje inne wspomnienia, każe zaspokajać inne potrzeby. Dlatego pytam się dziś: jak to z tym czytaniem zimą jest? Jak czytać zimą?

Pod kocem: hm, koce mamy jeszcze z jesieni, nieprawdaż? Ale dobrze jest pod takim kocem zostać, ciepło, miło, można skutecznie odmawiać wyjścia spod koca w jakimś bliżej nieznanym celu używając jako wymówki wyłącznie sformułowania "ależ ja jestem pod kocem, ułożyłam się, jest mi ciepło, nie każ wychodzić!", co skutecznie pomaga w kontynuowaniu lektury nawet wtedy, kiedy powinno się zrobić herbaty albo wynieść śmieci, albo odebrać telefon. Do koca pasują chyba wszystkie gatunki literackie: przy tych straszących albo denerwujących koc można szarpać, przy tych każących snuć się na zimnie mocniej się kocem okrywać, przy tych nie wywołujących żadnych uczuć można się przynajmniej radować, że nam ciepło.

Z herbatą: zrobienie jej wymaga co prawda opuszczenie wygodnego miejsca pod kocem, ale cóż. Herbata działa właściwie jak koc, tylko że od wewnątrz, no i dokłada dodatkowe wymiary naszego czytania: przywołując smakiem czy zapachem pewne powidoki w pamięci, które sprawiają, że sama książka może kojarzyć nam się z tą chwilą albo z łańcuszkiem innych, w trakcie których ta herbata z tego kubka też nam towarzyszyła. Poza tym wszystko jakoś prościej się czyta, jak można sobie zrobić herbaty.


 I trochę zimowych obrazków. Zdj. Mikael Kristenson.


Przy lampce: to właściwie praktyczny niezbędnik, bo robi się coraz ciemniej i ciemniej. Zdarza mi się z rzadka, ale jednak zdarza, wstać czasami rano na tyle wcześnie, żeby przed wygrzebaniem się z łóżka by stawić czoło światu mieć jeszcze kilka minut do poczytania. Zwykle widać już, że robi się dzień i wystarczy sięgnąć po książkę. Ale nie zimą, zimą trzeba zapalić lampkę i nagle rozmywa się to, co jest o tej porze dnia największą przyjemnością, bo granica "wieczór"-"rano" zostaje zneutralizowana. Trzeba zapalić lampkę i wcale wtedy nie mam wrażenia, że obudziłam się wcześnie; raczej że jest dość późno i zaraz można wrócić do spania. Niemniej: lampka przydaje się bardzo, żeby nie męczyć tak oczu.

Przy lampkach: innym sposobem, żeby chociaż rozjaśnić sobie trochę tło, są lampki choinkowe. Od kilku lat wieszamy je sobie z Domownikiem na początku grudnia w jakimś miejscu, gdzie mogą ciekawie wyglądać, i zapalone dają wrażenie, że jest trochę bardziej przytulnie i że wszystko będzie dobrze. Nie równa się to dobremu oświetleniu, raczej pozwala czytać przy pozostawaniu pod wrażeniem, że zaraz będą Święta albo że w ogóle znajdujemy się w dobrym miejscu, czytamy niezłą książkę (bo faktycznie takie lampki potrafią sprawić, że nawet taka sobie książka czyta się jakoś przyjemniej) i że -- jakże po filifionkowemu -- może nie będzie najgorzej. W okresie okołoświątecznym, jeśli ubieramy choinkę, można się z książką przenieść pod choinkę.




Pod kołdrą: to dla posiadaczy puchowych kołder i dużej ilości wolnego czasu. Spod kołdry trzeba co prawda czasami wychynąć, ale sam sposób sprawdza się przy niedoborze śniegu (na cóż nam śnieg, gdy mamy kołdrę). Jest nam ciepło, pokusa, by nigdzie nie wychodzić, wzrasta, liczba przeczytanych książek -- takoż, czegóż chcieć więcej?

W towarzystwie: minęły czasy jesiennej nostalgii, kiedy trzeba było obowiązkowo zaszywać się samemu w głuszy i tęsknie patrzeć na krople deszczu stukające o szyby. Zimą można czytać w towarzystwie -- niekoniecznie ludzi, cieplutki kot, pies, świnka morska albo inne lubiące z nami siedzieć i nas ogrzewać zwierzęta są mile widziane -- wymieniając się kąśliwymi uwagami co do czytanego materiału (więc najlepiej nie czytać tego samego -- wtedy korzyść co najmniej podwójna), korzystając z tego, że w pokoju robi się cieplej, bo jednak im więcej ludzi, tym, co tu ukrywać, zimno mniej doskwierające, a przy okazji można się uspołecznić przed tym okresem roku, w którym wszyscy chcą się odwiedzać.

Podejrzewam, że modi operandi zimowych czytelników jest jeszcze co najmniej kilka, ale to te, które przychodzą mi na myśl, gdy pojawia mi się w głowie hasło "zimowe czytanie". Jeśli, oczywiście, nie jest to to "zimowe czytanie", które z musu trzeba uskuteczniać na zewnątrz -- wtedy jednak działa to wszystko nieco inaczej.

Weź dokładkę!

21 komentarze

  1. Kot się jeszcze przydaje, bo fajnie grzeje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwzględniłam, bez kota czytanie zimą to nie to samo ;) (jak już raczy przyjść, położyć się i grzać :)).

      Usuń
  2. No a gdzie miejsce dla korzennych ciasteczek w kształcie reniferów?;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście, muszą się koniecznie znaleźć! I nie tylko reniferów: wiewiórki, ślimaczki, śnieżne lisy -- trzeba pomału zabrać się za pieczenie ;).

      Usuń
  3. Przy lampce ... grzanego wina, matko jak wtedy dobrze się czyta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to na wieczory, kiedy już znudzi nam się nawet najulubieńsza herbata :D.

      Usuń
  4. Kot do grzania pod kocem i jeszcze jakieś próbne świąteczne przysmaki (bo przecież trzeba przetestować przepisy). I koniecznie trzeba siedzieć tak by widzieć śnieg i mróz na zewnątrz. Nic nie sprawia, że człowiekowi robi się ciepło ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! W dodatku jak śniegu jest dużo, to robi się też widniej. Mój ulubiony zestaw to sobotni poranek (nigdzie nie trzeba wstawać!) i śnieg widoczny za oknem -- perfekcja :).

      Usuń
  5. Jesień a zwłaszcza zima bardzo sprzyja czytaniu. Ja na grudzień mam wiele planów i mam nadzieję, że cała ta atmosfera, przerwa świąteczna i trochę wolnego czasu wpłynie na moje wyniki czytelnicze. Herbatka i cos do podjadania najlepsze ;) Gdy jestem w domu lubie tez gdy obok mnie leży sobie mój kot albo pies :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie -- jak ostatnio tu już zresztą padło -- przerwa świąteczna nie sprzyja czytaniu, bo zawsze jest wtedy mnóstwo ludzi, z którymi przyjemnie posiedzieć, ale rozdział czy dwa przed snem da się złapać :).

      Usuń
  6. Kot i grzane wino, to moje propozycje, ale widzę, że już padły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kot okazuje się popularnym podgrzewaczem dla zmarzniętego czytelnika ;).

      Usuń
  7. Kaloryfer! Mam taki niski, rozkładany fotel bardzo blisko kaloryfera i zdarza mi się czytać grzejąc sobie na nim stopki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, wiedziałam, że coś jeszcze chodziło mi po głowie -- kaloryfer! Zdecydowanie! I taki fotel tuż obok do pełni szczęścia. Ale też nie każdy kaloryfer się zawsze nadaje -- moim zdaniem żeberkowe sprawdzają się najlepiej, bo jest o co "zahaczyć" stopy ;).

      Usuń
  8. Wszyscy piszą, że kota im potrzeba. Ja tam mam kocyk, herbatkę, no i pieska! I wiecie co? Mi tak jest dobrze :) Pozdrawiam :*
    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to wynika z tego, że kota ma coraz więcej osób? Czytałam ostatnio o tym, że jest taki odwrotny trend właśnie: więcej kotów, a mniej psów. Przy czym psy są kochane, wcale nie dziwię się, że Ci z takim dobrze ;).

      Usuń
  9. Ciepły, mięciutki koc, pachnąca goździkami herbata (zapach jest bardzo ważny), ogień płonący w kominku i iskrzący śnieg na zewnątrz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, goździki i cynamon. Pięknie wtedy pachnie i jest prawie tak, jakby były przez cały czas Święta (ergo: czas wolny ;)). Podejrzewam, że taki ogień na kominku musi być super, ale ja z tych nieposiadających, więc czerpię tu doświadczenia z przygodnych okazji zasiadania przy takowym ;).

      Usuń
  10. Wczoraj, dokładnie wczoraj miałam popełnić identyczny wpis! Ale pomyślałam, nie no, jeszcze zimy nie ma, będzie dopiero 21 grudnia. A teraz znowu się będę musiała nakombinować ;)

    Dla mnie zima i zimowe czytanie to kocyk, ciepłe światło, śnieg padający za oknem, choinka błyszcząca ozdobami, herbata z sokiem malinowym i cytryną albo kakao (mój T. robi najlepsze kakao na świecie, jeszcze musimy sobie sprawić takie grubo ciosane kubki, jak w przedszkolu i będzie cudownie). To będzie moja pierwsza zima z kotem, zatem na pewno też moja puchata piękność, która będzie rozkładać się na książce, bo tylko ona jest najważniejsza :)
    I oczywiście zimowe lektury! Takie ciepłe w treści, najlepiej grube, a już najwspanialsze są te znalezione pod choinką lub przyniesione przez Św. Mikołaja.

    Ach, niech już ta zima przyjdzie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ciekawa jestem, co w takim razie wymyślisz :D.

      Śnieg -- kiedy się siedzi w domu, a nie rozmaka na przystanku, oczywiście -- doskonale robi lekturze. A tak na marginesie: ja z tych, co to zwykle otrzymane w grudniu książki czytają kiedy indziej. Może w tym roku postaram się jakoś bardziej być z prezentami "na czasie", ale to jeszcze zobaczymy. I tak, też myślę, że czytanie cegiełek jest bardzo dobrym zimowym rozwiązaniem i buduje część klimatu :).

      Usuń
  11. Obowiązkowo pies (Do grzania!), All I want for christmas, kocyk, herbatka i korzenne pierniki zrobione samemu, albo kupione w Piotrze i Pawle ;) To jest mój taki zestaw do czytania na zimę :* Pozdrawiam <33

    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń