O zakochaniu w kawałkach albo o "Za minutę pierwsza miłość" H. Ożogowskiej


Muszę powiedzieć, że sięgając po "Za minutę pierwsza miłość" powinnam była od razu zgłosić po szkolnemu nieprzygotowanie. Książka jest kontynuacją innej, "Głowy na tranzystorach", której -- tu przyznaję się szczerze -- nigdy nie czytałam. Oczywiście fabuła nie jest na tyle zawiła, żeby nie zrozumieć, co się dzieje i kto jest kim, ale sama powieść wydaje mi się raczej ukłonem w stronę czytelników "Głowy..." i takim zerknięciem, co też się dzieje ze znanymi im bohaterami, niż zupełnie samodzielną opowieścią.

Albo może jeszcze inaczej: da się to czytać jako powieść samodzielną, ale mimo wszystko "Za minutę..." nie jest wtedy aż taka dobra. Bo sama fabuła ma charakter dość epizodyczny. Owszem, jest pewna nuta przewodnia -- tytułowa "pierwsza miłość", co to znaczy, że z dzieci bohaterowie zmieniają się w młodzież (ciąg przezabawnych scen poszukiwania odpowiedzi na to, co to znaczy, że ktoś ma "osobowość"), ale w gruncie rzeczy dostajemy całość w formie takich właśnie epizodów. A to bohaterowie wyjadą na wieś, a to wpadnie jakiś krewny z plotkami, a to ósma klasa postanowi zastrajkować i tak dalej. Czasami w związku z tym ta myśl przewodnia się rwie. Gdybym miała porównać taki styl pisania do czegoś, powiedziałabym, że "Za minutę..." sprawia wrażenie powieści pisanej w odcinkach do gazety, coś jak taki ciąg anegdotek spiętych klamrą.

Można też czytać powieść jako taką kronikę życia codziennego. Bo przecież nic nadzwyczajnego się tu nie dzieje. Bohaterowie chodzą do szkoły, odrabiają lekcje i szukają sobie hobby, żadnej zbędnej ekscytacji. Czasami udaje im się spędzić czas na przyjemnościach, bo wyprowadzi się siostra, której mąż wywalczył wreszcie przydział mieszkania albo przyjedzie babcia i postanowi pozmywać. Generalnie jednak życie bohaterów jest dość ustabilizowane. I, co ciekawe, w warstwie obyczajowej powieść się raczej zestarzała, bo zmieniły się realia, a i Ożogowska za bardzo wyprała swoją młodzież z hormonów: nawet ci "niegrzeczni" są jednak stosunkowo grzeczni -- i to na tle innych jej powieści także. 

Natomiast jako ta wspomniana kronika nadal "Za minutę..." się sprawdza. Znajdziemy kilka aluzji politycznych, całkiem czytelnych zapewne i wówczas. Powieść wyszła w 1972 roku, czyli już po strajkach na Wybrzeżu, a rodzice jednego z bohaterów obawiają się, że jeśli będzie on w delegacji uczniowskiej z żądaniami zmiany głównego nauczyciela -- za rządów którego źle się w klasie dzieje i nie osiąga ona określonych efektów -- to zostanie on prześladowany, więc lepiej do niczego się nie mieszać. Muszę powiedzieć, że z innych powieści Ożogowskiej nie pamiętam takich epizodów, więc tutaj przykuł on moją uwagę na czas dłuży. A znaleźlibyśmy takich scen jeszcze przygarść. 

Powieść nie zostanie moją ulubioną Ożogowską i trochę brakuje jej pazura, ale mam sentyment do tego typu historii -- i oczywiście to, co najbardziej mnie interesuje, to tło społeczne i obyczajowe. Tutaj przez połowę mniej więcej akcji mamy ekspozycję warunków, w jakich żyją rodziny bohaterów, i przekrój jest całkiem duży: od nieźle sobie radzącej rodziny Nemka do Kostka, gnieżdżącego się z dorosłą siostrą, jej przychodzącym ciągle mężem in spe i matką w dwóch pokojach. Co ciekawe, ojcowie bohaterów i bohaterek przez większą część akcji są nieobecni: autorka wysyła ich w delegacje albo po prostu ich w rodzinie nie ma, tak jak u Kostka. Pojawiają się jednak w końcu -- jeden, by naprawić połamane szydełko, innemu udaje się wrócić z delegacji, żeby poprzeć starania syna o zmianę nauczyciela.

Jeśli zatem macie ochotę na sympatyczne popołudnie bez wielkich wzruszeń literackich -- spokojnie możecie sięgnąć po "Za minutę pierwsza miłość". A jeśli dodatkowo czytaliście "Głowę na tranzystorach", korzyść będzie na pewno większa. A książka ląduje u mnie jako "nieprzeczytana w szkole", bo jak kiedyś wspominałam, moje boje lekturowe zakończyły się sukcesem, w związku z czym sięgnęłam po inną listę lektur i znalazłam taką, na której "Za minutę..." się znalazło.

Weź dokładkę!

21 komentarze

  1. Czytałam tę książkę w podstawówce (zresztą niemało jest książek, których nie czytałam - swojego czasu przeczytałam wszystkie zbiory biblioteki dziecięcej na moim osiedlu i moje nazwisko wisiało na tablicy) i pamiętam, że byłam nią bezwzględnie zachwycona. O mojej atencji do tego tytułu, może świadczyć fakt, iż wypożyczałam ją kilkakrotnie, bo chciałam koniecznie wracać do tej historii. Obok "Zorro załóż okulary" była to też lektura, którą dobrze zapamiętałam.

    Najbardziej podobał mi się jednak w tej książce tytuł, bo miał dla mnie wyraźny wydźwięk symboliczny i wydawało mi się, że dotyczy wprost mnie. Że za tę chwilę, minutę, za niedługo mnie trafi właśnie ta pierwsza miłość, a ponieważ byłam fanką Ani z Zielonego Wzgórza to niecierpliwie wyczekiwałam sygnałów nadejścia takiego szkolnego Gilberta Blythe'a :) A wiadomo, że Ania i Gilbert w końcu się pobrali!

    Z przyjemnością wrócę do tej powieści, co już od dawna planuję, chociaż trochę boję się, że nie znajdę w niej tamtego, dziecięcego uroku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że urok w niej odnajdziesz -- to znaczy mnie się ją czytało bardzo przyjemnie właśnie przez skojarzenie z dzieciństwem i z atmosferą i stylem innych lektur, które czytałam w tamtym czasie. Pod tym względem niczego "Za minutę..." nie będę zarzucać. Znajdzie się nawet parę przezabawnych fragmentów, które warto sobie przypomnieć :).

      Usuń
  2. Och, Głowa na tranzystorach dużo dużo lepsza, popsułaś sobie przyjemność. Ale najlepszą Ożogowską i tak jest Ucho od śledzia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ucho od śledzia" -- mistrzostwo, czytałam kilkanaście razy swego czasu i od dawna noszę się z powtórką. Natomiast "Głowę..." spokojnie przeczytam, jak wrażenia z "Za minutę..." nieco wyblakną, to się zabiorę, może coś z tej przyjemności da się jeszcze uratować ;).

      Usuń
    2. Zastanawiające jest, że Ożogowska dziewczynek nie umiała opisywać, może dlatego, że sama miała synów :) W każdym razie jej dziewczynki są mdłe. Poza tą chuliganką z Tajemnicy zielonej pieczęci.

      Usuń
    3. Nie no, tutaj jeszcze jest Ewka, która aktywnie poszukuje miłości, charakter to ona ma. Ale fakt, że dziewczynki są zwykle grzeczniejsze -- taką przemianę "na korzyść", głównie ośmielającą, przechodzi też Tosia z "Hecy na 14 fajerek".

      Usuń
    4. Hm, "grzeczniejsze" to tu jednak złe słowo. "Mdłe" faktycznie pasuje lepiej ;).

      Usuń
    5. Być może autorka chciała się tą mdłością wpisać w stereotypy chłopaków urwisów i panienek wzorowych. Zrobiła tym krzywdę swoim bohaterkom, a pewnie i pokoleniom czytelniczek :D

      Usuń
    6. Pewnie trochę tak. Pytanie, czy faktycznie w odbiorze tak to szło (jakoś na pewno, niestety -- ale w sumie, ponieważ bywają u Ożogowskiej dziewczęta przedsiębiorcze, to są i wzory inne niż te mdłe ;)).

      Usuń
    7. Któreż to panienki uważasz za przedsiębiorcze? Bo ja jednak kojarzę albo pilne uczennice, albo złośliwe lizuski.

      Usuń
    8. Ewka jest dość przedsiębiorcza właśnie, jeśli chodzi o lokalizację uczuć, przynajmniej. Gdyby się uprzeć, to większość wykazuje jakieś śladowe ilości przedsiębiorczości, przynajmniej niekiedy (Irka, zostając przy "Za minutę...", kiedy przychodzi do sprawy połamanego szydełka, Tosia z "Dziewczyny..." z kolei, kiedy trzeba ratować skórę bratu, reszty -- przyznaję -- aż tak na świeżo nie mam, żeby udowadniać :)).

      Usuń
    9. To raczej skrzętna zapobiegliwość albo praktyczność :D Tosi szczerze nie cierpię, ale w ogóle Dziewczyny i chłopaka nie lubię, chyba za te wszystkie stereotypy.

      Usuń
    10. Mnie sie generalnie podobala Irka, bo fajnie sobie planowala przyszlosc, miala wszystko poukladane i generalnie dobrze w glowie. A przy tym calkiem fajnie musiala sie postawic Ewce, bo to czesty uklad jest,kiedy jedna z przyjaciolek jest duzo bardziej energiczna i ta spokojniejsza nagle zaczyna pokojowo pokazywac rogi :) Podobalo mi sie tez, ze tak ladnie, po prostu sie przyznala do uczuc do Kostka, nie bala sie ironii Ewki, nie chowala za niedomowieniami. Generalnie brakuje mi wlasnie takich dziewczyn, ktore nie sa od razu zyletami przebojowymi tylko po prostu i spokojnie zyja swoim zyciem po swojemu.

      Usuń
    11. To prawda -- przy czym Irka to taka bohaterka napisana chyba właśnie po to, żeby ją od razu polubić: w kontraście z Ewą zwłaszcza. Bo niby ta druga jest bardziej oblatana, a wychodzi na to, że stara się wyszperać nowości, żeby pokryć miejscowy brak pewności siebie i świata. Zgadzam się, że takie bohaterki bardzo dobrze się czyta :).

      Usuń
  3. Głowa na tranzystorach jest w sumie osobna. Owszem są ci sami bohaterowie, ale nic poza tym. Mam wrażenie że o ile "Głowa..." miała stanowić samodzielną całość i być generalnie powieścią o chłopakach (oczywiście nie tylko DLA chłopaków) i Ożogowska postanowiła, że dziewczętom też warto oddać głos, bo to w sumie trochę nie fair, że tylko chłopcy mają swoją opowieść (i zgodnie ze specyfiką wieku to jest ten czas, kiedy dziewczyny stanowią osobny świat). Zdecydowanie nie odnoszę wrażenia, aby młodzież jako taka była wyprana z hormonów. To są dopiero początki, hormony uderzą za chwilę, za momencik, za tę tytułową minutę, na razie jest po prostu wyczekiwanie. Warto zwrócić uwagę, że telewizory są rzadkością, do tego stopnia, że chyba nawet w gazetach niekoniecznie jest program (dlatego Ewa przegapia koncert Grechuty) powieści są jeszcze dość grzeczne, oni nie są nakręcani przez media. Natomiast ta cała warstwa obyczajowa rozczulała mnie już wtedy kiedy czytałam to jako nastolatka. Bo już wtedy to taki vintage był. Chodzili do szkoły w soboty?? Naprawdę?? Podobnie miałam z Tajemnicą zielonej pieczęci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, w "Za minutę..." oba te "światy" dostają swoje linie narracyjne, całkiem fajnie się uzupełniające. Natomiast co do tych hormonów: chodziło mi nawet bardziej o to, że nie ma tutaj żadnych właściwie odniesień do sfery cielesnej, to wszystko jest utrzymane albo w warstwie, powiedzmy, duchowej, albo -- co ciekawe -- takiej "ekonomicznej" (wszystkie miłości jednej z bohaterek są takie "do pokazania się z nim", że z tym warto, bo modnie się ubiera, z tamtym, bo jest inteligentny i tak dalej; motyw sam w sobie ciekawy, bo oczywiście chodzi o pewną charakterystykę bohaterki -- ale chyba nie tylko).

      A wiesz, że mnie się to wcale takie vintage'owe nie wydaje? Chociaż oczywiście to nie są realia, które w całości znam z autopsji -- po prostu jakoś utrwaliły mi się w opowieściach rodzinnych, obserwacji, innych książkach, że je pomału przyswoiłam, nawet tę szkołę w soboty ;). Och, a "Tajemnica..." jest cudowna, tak na marginesie :).

      Usuń
  4. Wolałabym, aby książka spełniła się w roli kroniki życia codziennego, szkoda, że autorka nie dodała bohaterom właściwych dla ich czasów zachować. Ale cóż, czasami warto przysiąść do takiej spokojnej i niekoniecznie wzruszającej historii. Może uda mi się do niej sięgnąć. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, nie, jak pisałam, ona się sprawdza jako kronika życia codziennego :). Także pod tym kątem spokojnie można ją czytać :).

      Usuń
    2. Chyba doczytałam gdzieś magiczne "nie", którego nie było :) Gapa ze mnie :)

      Usuń
  5. "Tajemnicę zielonej pieczęci" powinnam sobie odświeżyć...

    OdpowiedzUsuń