Pikniki z klasyką #9: Gdzie ci mężczyźni albo jeszcze o "Emmie" J. Austen

 
Witajcie na kolejnym Pikniku z Klasyką, dzisiaj dodatkowo będącym piknikiem festiwalowym! W jego ramach postanowiłyśmy z Tarniną podyskutować o "Emmie", czy właściwie: o męskich bohaterach "Emmy". Będą oczywiście truskawki, pojawi się pytanie, co właściwie takiego złego zrobił Frank Churchill i kogo przypomina pan John Knightley. Zapraszamy!

 
 
 
Tarnina: „Emma” wzięła tytuł od swojej protagonistki, ale chyba zgodzisz się ze mną, Pyzo, że jej męscy bohaterowie wcale nie zostali usunięci w cień. A jest ich tu całkiem spora i ciekawa kolekcja.

Pyza: Oczywiście, że się zgadzam! Zresztą, przyznaję szczerze, dla mnie to, co w "Emmie" najciekawsze, w ogóle dzieje się w tle. Bohaterów, o których wspominasz, też można by pogrupować, jeśli chodzi o ich pozycję względem tego tła na przykład: mamy tych znajdujących się nieco dalej (pan Woodhouse, pan John Knightley, pan Weston), tych zupełnie blisko (pan Knightley), tych epizodycznie istotnych (pan Elton), tych, o których wiadomo coraz więcej wraz z rozwojem akcji (Frank Churchill) i tych, którzy pozostają zupełnie z tyłu (Robert Martin, pan Perry, William Larkins). Dodałabym jeszcze: tych, których znamy tylko ze wspomnień bohaterów, bo odeszli – ale jednak to, że byli, także jest istotne, zwłaszcza dla kondycji ich rodzin (nieboszczyk pan Bates). Rzecz jasna to taki bardzo prosty podział. Ale wydaje mi się, że widać stąd, że to, jak bardzo wyeksponowany jest bohater, częściowo zależy od klasy społecznej, do której przynależy. Przy czym część pełni tu rolę Austenowskich „typów”, ale w dość niewielkim, moim zdaniem, stopniu. Takie odniosłam wrażenie – bardzo jestem ciekawa, co Ty na to? No i: co powiesz na pochylenie się nad męskimi bohaterami „Emmy” nieco dokładniej i po kolei?

Z przyjemnością. Chciałam cię właśnie namówić na poplotkowanie o mężczyznach zamieszkujących Highbury lub z nim związanych, ale już na wstępie odciągasz mnie od tematu, nawiązując do kwestii społecznych.

Pyza – zawsze gotowa do snucia dygresji!

Oczywiście u Austen główni bohaterowie, ci, którzy są uczestnikami akcji, a nie tylko tłem, zawsze należą do jej własnej klasy społecznej, gentry, którą - przekładając na polskie realia - możemy nazwać ziemiaństwem. Ale co jest ciekawego w „Emmie” i wyróżnia ją na tle innych powieści pisarki, to właśnie to, że bohaterowie niższych klas społecznych również dostają tutaj istotne role. „Emma” jest jedyną powieścią Jane Austen, którą można - rozciągając nieco pojemność tego terminu - nazwać powieścią społeczną. Jedyną, w której możemy zobaczyć przekrój poprzeczny przez społeczność miasteczka, a nie tylko poprowadzony wzdłuż jednej warstwy. Do tych kwestii być może jeszcze wrócimy, ale na razie chciałabym się skupić na bohaterach. Wspomniałaś o Austenowskich typach. Moim zdaniem można wyróżnić trzy (oczywiście mam na myśli głównych bohaterów, tzn. tych, którzy mogą być obiektem zainteresowania głównych bohaterek):

  1. Władczy i Wrażliwy - sztandarowym przykładem jest Darcy, zaliczyłabym tutaj też kapitana Wentwortha oraz pułkownika Brandona.
  2. Czuły Przyjaciel - Henry Tilney, Edward Ferrars i Edmund Bertram. Co ciekawe, wydaje się, że Czuły Przyjaciel zawsze jest duchownym, a w jego osobowości zaznacza się pierwiastek żeński. Nie ma skłonności do dominacji (którą można przypisać Władczemu i Wrażliwemu), dąży raczej do partnerstwa.
  3. Czarujący Łotr - oczywiście Willoughby i Wickham oraz Henry Crawford. Chyba nie ma wątpliwości, że Frank Churchill gra w „Emmie” rolę Czarującego Łotra, choć jego przewiny są lżejsze niż pozostałych panów z tej kategorii.

Ale do którego z tych typów zaliczyłabyś pana Knightleya?


Zainspirowana wczorajszym wpisem Tarniny o ilustratorach "Emmy"
dzisiejszy wpis ilustruję właśnie pracami jednego z nich, C. E. Brocka. Oczywiście
tymi, na których mamy bohaterów płci męskiej, żeby pozostać w temacie! Tutaj
pastor Elton.


Powiem może tak: na tle schematu, który zarysowałaś, bohaterowie „Emmy” w ogóle się wyróżniają. Bo przecież mamy duchownego, któremu jednak, summa summarum, bliżej do naszego ulubionego dziedzica Longbourn z „Dumy i uprzedzenia” niż do typu Czułego Przyjaciela. Natomiast pan Knightley...

Ależ wszyscy bohaterowie Austen się wyróżniają! To jest właśnie cecha jej pisarstwa, niby wszystkie książki podobne, a jednak każda jest w pewien sposób szczególna. Tak samo jest z jej bohaterami. Oczywiście dostrzegamy podobieństwa w ich konstrukcji i funkcjonowaniu w powieściach, a jednak Austen jest bardzo daleka od formowania ich wszystkich z jednej sztancy - czy też kilku sztanc. Moja klasyfikacja ma zastosowanie ograniczone tylko do tych bohaterów w centrum uwagi, wspomniany pan Elton jest postacią z innego porządku. Jeśli miałabym go umieścić w tych ramach, byłby raczej Czarującym Łotrem… tylko że niezbyt czarującym. Z panem Collinsem z „Dumy i uprzedzenia” łączy go to, że obaj pełnią rolę duchownych do obśmiania (bo choć wydaje się, że każdy Czuły Przyjaciel jest duchownym, niestety nie każdy duchowny jest Czułym Przyjacielem), ale to są inne rodzaje śmieszności.

Zgadzamy się tutaj: dlatego podkreśliłam, że postaci męskie wybijają się z tła tych trzech przedstawionych typów. Lubię u Austen te drobne przesunięcia, aranżowanie bohaterów na nowo, że w teorii mamy prosty podział, a w praktyce okazuje się, że trudno tych bohaterów tak ładnie przyciąć do ramek. Zauważyłaś, że pan Elton tak poza tym zmienia się bardzo w drugiej połowie książki, kiedy zostaje mężem pani Elton? Świetna to metamorfoza, podbijająca niektóre cechy, inne tuszująca. Bardzo mi się ten zabieg podobał.

Tak, pan Elton się zmienia, co jest w dużej mierze „zasługą” pani Elton. Zastanawiam się, który Elton jest prawdziwszy, ten uderzający w konkury do Emmy, czy caro sposo Augusty Hawkins. Ale w gruncie rzeczy on i jego żona stanowią jeszcze jedną doskonale przez Austen dobraną parę, mimo że Knightley twierdzi, że Emma wybrała dla Eltona lepiej niż on sam dla siebie.

Bo literacko na pewno duet pan Elton – Harriet sprawdziłby się gorzej. A wracając do pana Knightleya i twojego pytania: hm, to naprawdę dobre pytanie, bo moim zdaniem to jest jednak typ nie do końca pasujący do żadnej z kategorii. Jasne, jest oczywiście Władczy i Wrażliwy, chociaż etatowym Mrukiem O Dobrym Sercu będzie jednak jego z lekka aspołeczny, a jak cudownie opisany, brat. Od tego typu różni go jednak samodzielność…

Każdy WiW jest samodzielny (Darcy też, jeśli twoja aluzja dotyczyła lady Catherine)...

...tak, dokładnie. Chodziło mi bardziej o samodzielność w rodzaju „żadna wysoko postawiona krewna nie ma jak wtrącić swoich trzech groszy, przypominając o ryzyku zhańbienia rodu”. Poza tym właściwie nie jest uważany za jakąś doskonałą partię. Oczywiście, pani Weston w pewnym momencie stwierdza, że mógłby ożenić się z Jane, ale spójrzmy prawdzie w oczy: to raczej uwaga na zasadzie „szkoda by było, żeby został starym kawalerem” niż „och, a taki on piękny, a taka dobra partia”. No i te dość komiczne rozważania Emmy spod znaku „on się nie może ożenić, bo Henry nie dostanie dworu!”. Jest Knightley poniekąd Czułym Przyjacielem – czy może po prostu Przyjacielem, w końcu jest obecny w życiu Woodhouse'ów niemal od zawsze, łączą go z nimi także więzy rodzinne, są powinowatymi, w dodatku zawsze służy radą. Najdalej mu chyba do Czarującego Łotra. A jak już przy tym jesteśmy: oczywiście, że Frank Churchill zaliczałby się do tego grona, ale jego zbrodnie plasują się w nieco innym rejestrze, skoro okazuje się, że jednak naprawdę chodziło mu o to, o co mu chodziło – a nie, że chodziło mu o coś innego, co przykrywał takimi poczynaniami. Nie wspominając o tym, że nie musi się żenić dla pieniędzy (a przy okazji dostajemy ładnie rozegrany motyw potajemnych zaręczyn, bez ducha Lucy Steele, na szczęście). A według ciebie pan Knightley ma swój czwarty typ, czy jednak to któryś z tych trzech?


Pan Woodhouse z córką.
 

Kim jest Knightley? Początkowo jednoznacznie zaklasyfikowałam go jako Władczego i Wrażliwego. Przedstawiciel tego typu występuje z pozycji władzy i/lub autorytetu. Knightley ma jedno i drugie. Tak jak Darcy jest panem dużego majątku (władza), ale ma też autorytet jako mądry, doświadczony, solidny sąsiad i przyjaciel - Woodhouse'ów, jak zauważyłaś, ale też podpora lokalnej społeczności. WiW jest bardzo „męski”, jest silny, zdecydowany, potrafi skutecznie działać, jest przyzwyczajony do tego, że się z nim liczą. Taki Austenowski typ „macho”. Ale równocześnie wykazujący się delikatnością uczuć. Tego wszystkiego Knightleyowi odmówić nie można. Jednak Knightley wybija się na tle tego typu, myślę, że ma sporo cech Czułego Przyjaciela, więc umieściłabym go jako część wspólną obu zbiorów. Właściwie Czuły Przyjaciel nigdy nie jest uważany za doskonałą partię, ale nie zgodzę się z tobą, że to dotyczy Knightleya. To wyłącznie jego powściągliwość, powaga i naprawdę wysoka pozycja w tym lokalnym światku ocaliła go przed próbami usidlenia przez okoliczne panienki. Dziwię się, że sama panna Taylor nie próbowała go zdobyć, zdaje się, że byli w podobnym wieku, ale tłumaczę to tym, że on nie wykazał zainteresowania, a ona była damą do tego stopnia, że mogła tylko odwzajemnić afekt, ale nigdy starać się go wywołać.

Może przez to wszystko, o czym piszesz, czyli niezaprzeczalny splendor, jaki go otacza, pewną wyższość – nie tylko klasową, ale i moralną – nie wydaje się takim łatwym obiektem uczuć? Spośród żeńskiej obsady „Emmy” zakochuje się w nim w końcu Harriet, czyli postać co prawda ewoluująca w ciekawym kierunku, ale nadal dość naiwna, ulegająca porywom uczuć, przez Emmę nauczona mierzyć wysoko. Inne, jak sama zauważasz, albo nie miały śmiałości, albo – jak Emma – nie zdawały sobie z tego sprawy. A równocześnie: jest naprawdę z Knightleya taki wzór cnót? 

Owszem, jest. Austen dodała jego wizerunkowi pewne drobne rysy, ale one właśnie tworzą doskonały w swojej niedoskonałości ideał. Knightley jest niesprawiedliwy wobec Franka Churchilla, osądza go zbyt surowo i chociaż tę ocenę jest w stanie uzasadnić ze swojej pozycji wyższości moralnej, w głębi duszy wie, że kieruje nim zazdrość. Ale jest w stanie się do tego przyznać, niedoskonałość staje się doskonałością. Nie znajduję w nim innych wad, z wyjątkiem pewnej kwestii, która zapewne niepokoi mnie wbrew intencji autorki. Otóż chodzi o podatność bohatera na zakochanie się w bardzo młodej panience.

A widzisz, mnie zawsze tacy pozornie doskonali bohaterowie prowokują do stawiania pytań, czy na pewno wszystko z nimi w porządku. To, o czym wspominasz, chyba dopiero dzisiaj wydaje się nam podejrzane. Różnica wieku między Emmą a Knightleyem nie jest oszałamiająco duża…

Szesnaście lat.

…ale wspominanie przez tego ostatniego, że już od jej dzieciństwa czuł do Emmy coś więcej, budzi w nas dzisiaj raczej zdumienie niż romantyczne wzruszenie. Przypomina dobrze nam obu znanego innego bohatera klasycznej angielskiej powieści, o czym wspominałaś w swoim wpisie o mężczyznach ceniących pisarstwo Austen.

Nawiązujesz do Johna Jarndyce'a z „Samotni” Dickensa, o którym, w tym samym kontekście dyskutowałyśmy miesiąc temu. Tutaj pozwolę sobie na dygresję, żeby wykazać wyższość Austen jeśli chodzi o subtelność, takt i znajomość tajników ludzkiego serca. Dickens zaprojektował Jarndyce’a jako człowieka bez skazy. Ale po 150 latach jednak tych skaz można się doszukać. Jest coś nieprzyjemnego w tym, że on obserwuje z daleka kilkunastoletnią dziewczynkę i już sobie snuje jakieś plany, że może w przyszłości… Dalsze poprowadzenie tego wątku współczesnym czytelniczkom podoba się jeszcze mniej, nie chcę się tu wdawać w szczegóły, warto sięgnąć po „Samotnię” i przekonać się samemu. Jednak Knightley pomimo pozornego podobieństwa sytuacji – w końcu przyznaje się Emmie, że kochał ją, kiedy miała 13 lat (on miał wtedy 29) – zostaje w oczach współczesnych czytelniczek uratowany. Dlaczego? Bo w jego postępowaniu nie ma nigdy ukrytych motywów. On od zawsze jest wyłącznie szczerym przyjacielem Emmy. Dopiero później, kiedy doznaje olśnienia, zdaje sobie sprawę, że kochał ją od tak dawna.

Ale czy z takiego dzisiejszego punktu widzenia w Knightleyu nie ma jeszcze czegoś „niedoskonałego”? Oczywiście jego rady są sensowne, jest dalekowzroczny, lepiej umie rozeznać się w rzeczywistości niż Emma – uprzedzenie wobec Franka Churchilla pomińmy – ale jest też z drugiej strony takim bohaterem-wychowawcą, mówiącym „źle robisz, Emmo”, „nie tak, Emmo”, wyrażającym dezaprobatę na niemal każdym kroku. Oczywiście – przy takiej konstrukcji, jaką dostajemy, czyli bohaterce rozpieszczanej przez wszystkich i uważanej za ideał, Knightleyowi przypada rola „sprowadzacza na ziemię”, ale wziąwszy ten obraz w całości, czy nie jest to jednak podejrzane? Czy on właściwie nie wychowuje Emmy, swojej przyszłej żony?
 


Frank Churchill ogląda sale na bal i narzeka na brak miejsca. Z tyłu za paniami jego ojciec,
pan Weston.


W kontekście tego, co powiedziałam wcześniej, wydaje mi się, że w pewnym sensie ją wychowuje, ale nie wychowuje jej sobie na żonę. Po prostu dbał o jej dobro, nawet jeśli to oznaczało mówienie przykrej prawdy prosto w oczy. Nie było w jego działaniach wyrachowania. Knightley oczywiście musi być mentorem. Nawiasem mówiąc, w powieściach oświeceniowych mentor przechodzący do roli kochanka nie jest niczym dziwnym. Ale Austen jest ponad to. U niej ta relacja nie jest tak asymetryczna, mentor również doznaje oświecenia dzięki swojej uczennicy. Knightley widzi, że on też był zaślepiony, niesprawiedliwy itd. No i w końcu do niego dotarło, że nie jest na miejscu, żeby mężczyzna ciągle pouczał panią swego serca. Co ciekawe, w powieściach Jane Austen mentorem jest raczej typ Czułego Przyjaciela (Edmund Bertram i Henry Tilney), a nie Władczego i Wrażliwego, wyjątkiem jest tylko ten typ pośredni, czyli Knightley.

Skoro pojawił się nam w rozmowie miły starszy pan – John Jarndyce – co powiedziałabyś o ojcu Emmy, panu Woodhousie? Moim zdaniem jest to jedna z najbardziej udanych figur komicznych u Austen. Z jednej strony oczywiście może denerwować, zwłaszcza tam, gdzie niemal bezwiednie wkłada innym bohaterom w usta swoje własne opinie (jak w sporze o to, do jakich wód powinno się pojechać). Z drugiej – te cudowne sceny, w których usiłuje odebrać gościom część poczęstunku, bo przecież na pewno im zaszkodzi! Także dostajemy takiego dżentelmena, który w ogóle nie zauważa, że ktoś może się od niego różnić, z drugiej nie sposób mu omówić pewnej pieczy o świat wokół, bo jedno wynika z drugiego. A Ciebie on bardziej śmieszył, czy jednak bardziej denerwował? A może to źle postawione pytanie?  

No tak, pytanie chyba można by nieco przeformułować. Pan Woodhouse przy pierwszym czytaniu „Emmy” wydał mi się nieznośny i ogromnie uciążliwy dla otoczenia. Uciążliwość jest faktem, ale przy drugim czytaniu powieści spojrzałam na niego inaczej. Tak, to jest postać komiczna, ale bardzo wzruszająca, w pozytywnym znaczeniu. Często określa się pana Woodhouse'a jako hipochondryka, kogoś skoncentrowanego na swoich urojonych problemach. Ale to nie tak, on jest w rzeczywistości bardzo ciepłym i dobrym człowiekiem, szczerze troszczącym się o innych. Chyba najbardziej sympatyczny ojciec, jakiego stworzyła Austen.

Dokładnie – chociaż można to czytać podwójnie: pan Woodhouse z jednej strony oczywiście dba o dobro innych (a przede wszystkim, żeby było im ciepło i jedli lekkostrawnie), ale też stara się jakoś uporządkować świat zgodnie ze swoim jego widzeniem. Tu zwłaszcza krytyka instytucji małżeństwa rzuca się w oczy – i to ciekawe, że właśnie pan Woodhouse jest w niej bardziej radykalny, niż Emma!

Jego niechęć do małżeństwa wynika zapewne z faktu, że stracił żonę i tym samym zawalił mu się świat.

Tak, w dodatku pan Woodhouse nie lubi małżeństw, bo wtedy wszyscy go opuszczają (a przynajmniej tak sądzi).

Pan Woodhouse boi się wszelkich zmian, w których widzi zagrożenie bezpieczeństwa. A on chce, żeby wszyscy byli bezpieczni i mieli suche pończochy! Ta najczulsza troska, jaką pan Woodhouse wykazuje wobec swoich bliskich (i tych mniej bliskich też) jest oczywiście dla nich udręką (Knightleyowie odmawiali jedzenia „rzadkiej kaszki”, ale podejrzewam, że po ślubie pan Knightley starszy jednak da się skusić), ale dzięki temu możemy docenić, jak wiele cierpliwości wymagała od Emmy opieka nad tym najpobłażliwszym z ojców – bo to ona się nim opiekowała. Ale jedna rzecz mnie zastanawia: w ojcu Emmy nie ma ani śladu poczucia tej klasowej wyższości, która tak irytuje w niej, nie sądzisz?

Faktycznie wydaje się, że tej wyższości w nim nie ma – ale czy nie dlatego, że rzadko rusza się z domu? Świat zewnętrzny wydaje mu się na tyle groźny ze swoimi przeciągami, tuczącym jedzeniem i padającymi deszczami, że niewiele się o niego troszczy. Jak długo wszyscy mają suche stopy.

Przyjrzyjmy się jeszcze chwilę panu Johnowi Knightleyowi, już o nim wspomniałaś, ale to taki cudowny, kochany malkontent! On bardzo przypomina pewną postać z innej powieści Austen (znowu typy), tylko jest jego sympatyczniejszą wersją. Wiesz, kogo mam na myśli?

Hm, mam nadzieję, że to nikt z powieści, których nie miałam okazji czytać?

Chodziło mi o pana Palmera z "Rozważnej i Romantycznej". Wydaje się on bardzo nieprzyjemnym mrukiem, do czasu, aż rodzi się mu dziecko, wtedy czytelnik odkrywa w nim pokłady czułości.

Oczywiście, pan Palmer! Zupełnie nie skojarzyłam ze sobą tych dwóch postaci, ale oczywiście masz rację, jest w nich coś podobnego.

John Knightley też nie ma zbyt wielu zalet towarzyskich, ale jego przywiązanie do rodziny jest ujmujące. Narzeka, że musi iść na przyjecie, zamiast spokojnie siedzieć w domu z żoną i dziećmi! Domatorstwo wydaje się w prozie Austen wielką cnotą u mężczyzny. Nawet Frank Churchill, którego skłonni jesteśmy widzieć raczej wśród lwów salonowych, wyraża tęsknotę za spokojem domowego ogniska. W tej scenie, kiedy przechodzą z Emmą obok plebanii i Frank wygłasza pean na cześć skromnego domostwa.


Frank Churchill wspomina o swoim złym zachowaniu.


Brat naszego idealnego pana Knightleya faktycznie jest cudownie narzekającym na właściwie wszystko, na co ma okazję, ale wiadomo, że jest to narzekanie bardziej po to, żeby nie tracić fasonu, niż z jakiegoś innego powodu. W końcu trzeba dbać o reputację (znowu "Samotnia", widocznie wywarła na mnie jakieś mocniejsze wrażenie, niż jestem skłonna przyznać!). Wydaje się, że nawet odnosi to pewien skutek, w końcu pan Woodhouse się go najwyraźniej boi, przynajmniej niekiedy. A jak już przywołałaś Franka Churchilla, to co z nim? Spośród „czarnych charakterów” Austen on właściwie nie zostaje napiętnowany. Owszem, Knightley żałuje, że Jane wychodzi akurat za niego, bo zasługuje na kogoś lepszego, ale nie jest to żal w rodzaju „wydajemy córkę za Wickhama!” czy „ten łowca posagów Willoughby!”. Czy nie jest zatem tak, że to nie Frank, ale na przykład pan (albo pani?) Elton gra tutaj bardziej rolę „tego złego”? Churchill dostaje w końcu swoje „pięć minut dzielności” w starciu z włóczęgami atakującymi Harriet – pan Elton tylko konsekwentnie stacza się coraz niżej.

Zastanawiam się, jak ciężkie są winy Franka Churchilla. Z dzisiejszej perspektywy zupełnie błahe. Ale jednak pozwalał pannie wierzyć, że jest w niej zakochany, pozwalał całemu miasteczku w to uwierzyć. A to, jakkolwiek dzisiaj dziwnie brzmi, było wówczas... może nie zbrodnią, ale łajdactwem. W „Perswazjach” Wentworth zaplątał się w taką sytuację zupełnie nieświadomie, kiedy się zorientował, że panna uważa, że on okazuje jej szczególne względy, nie pozostało mu nic innego, jak tylko się jej oświadczyć. W przeciwnym razie naraziłby ją na śmieszność, a sam straciłby honor. To ustawia postępowanie Franka w odpowiedniej perspektywie. A przypomnijmy sobie jeszcze, co powiedziała Emma o Knightleyu: że nigdy świadomie nie okazałby kobiecie więcej, niż czuje. To byłoby niegodne dżentelmena. A „Emma” to w pewnym sensie powieść o tym, co to znaczy być dżentelmenem. 

Widzisz, mnie z kolei uderzyło w postępowaniu Franka co innego: to mianowicie, jak paskudnie wpuszczał on Emmę w maliny, zachęcając ją do snucia idiotycznych teorii o Jane i panu Dixonie. Kiedy się tak pomyśli o tym, co wygadywał, pragnąc odsunąć od siebie podejrzenia – i to i o Jane, i pozwalając Emmie robić z siebie głupka – można uznać, że jednak nie jest najsympatyczniejszą postacią. Sprawa tajemnych zaręczyn czy ostatecznie i to, że mógł w sobie rozkochać Emmę – co się na szczęście w końcu nie stało – bledną jakoś przy tych innych jego winach. Bo one nie zostają w żaden sposób odkupione, myślę, że wszystkim nadal było z nimi głupio.

Tu przyznam się, że postaci Franka Churchilla nie udało mi się jeszcze rozpracować. Wydaje mi się niespójna, ale Jane Austen nie tworzyła niespójnych postaci. Mogę zrozumieć, dlaczego Frank Churchill kochał Jane Fairfax, ale ciągle nie rozumiem, dlaczego Jane Fairfax kochała Franka Churchilla.


W końcu pojawia się też pan Knightley!


Nie zastanawiałam się nad tym – chyba głównie dlatego, że przyjęłam na wiarę, że między nimi po prostu „coś” jest. Ale to bardzo ciekawe pytanie! Ale właśnie, to przypomina mi, że mimo wszystko Frank Churchill plasuje się na drabinie społecznej w powieści najwyżej, wyżej nawet niż właściciel wielkich połaci ziemi, George Knightley. Nie to jednak sprawia, że odgrywa przez czas jakiś rolę „tego złego” – i to nawet mimo oburzenia, że jeździ do fryzjera szesnaście mil. Nie wspominając już o tym, że w końcu wyjaśnia się, że tak zupełnie bez sensu do tego fryzjera przecież nie jeździł. Co jakoś udowadnia, że jego uczucie do Jane było na tyle duże, że nie bał się ośmieszyć. A może to, przywołując Pratchetta, jest tak, że jako bogaty panicz absolutnie nie bał się śmieszności tego rodzaju?

Masz rację, Frank Churchill jako dziedzic ogromnego majątku i świetnego nazwiska rzeczywiście mógłby być stawiany w hierarchii społecznej być może nawet wyżej niż pan Knightley (wielkość połaci ziemi Knightleya zresztą mnie zastanawia). Ale to ten drugi jest wzorcem dżentelmena. I tutaj znów wracamy do kwestii społecznych i klasowych. Co właściwie mówi nam „Emma”, że każdy ma swoje miejsce na drabinie społecznej i powinien na swoim szczeblu siedzieć? Być może, w końcu nie powiodło się przeniesienie Harriet do wyższych kręgów towarzyskich. Ale mnie się raczej wydaje, że „Emma” ma wyjątkowo, jak na twórczość Austen, „równościową” wymowę. Klasowy snobizm głównej bohaterki jest przecież od początku bezlitośnie wyśmiewany. Ocenianie ludzi na podstawie ich majątku i urodzenia nie sprawdza się, gentility, czyli właściwie szlachetność, to coś zupełnie innego. Pan Knightley, który żyje na tyle skromnie, że nie ma nawet koni zaprzęgowych, jest dżentelmenem w takim stopniu, jakiego nigdy nie osiągnie Frank Churchill. Farmer Martin bardziej zasługuje na to miano, niż pozornie elegancki pastor Elton, należący wszak do odpowiedniej klasy społecznej.

Też mi się tak wydaje. „Klasa” jest tu istotna i wspomniałam w komentarzach do innego wpisu, że to bardzo „klasowa” powieść Austen, ale tak jak Ty nie sądzę, żeby chodziło o to trzymanie się własnej klasy – raczej o samą obecność tematu i akcentowanie tego, że bohaterowie pochodzą z różnych sfer. Gdyby w ten sposób poczytać „Emmę” to wydaje mi się ona nie tylko ciekawie naświetlać problem pochodzenia (nie zapominajmy, że dużą rolę w fabule odkrywa tajemnica urodzenia Harriet!) i związanego z nim statusu społecznego (z kolei Frank Churchill ma pozycję najwyższą dzięki adopcji), ale i – mimo wszystko – pewnej płynności pomiędzy klasami. Na koniec na papierze wszystko zostaje tak samo, ale w głowach bohaterów chyba niekoniecznie?

Myślę, że pewna bohaterka uczy się przede wszystkim, że bardziej niż klasa społeczna liczy się to, żeby postępować z klasą. A ta pierwsza niestety nie gwarantuje drugiego.A teraz, panno Wędrowniczko, zechce pani skosztować jeszcze truskawek? Te drobniejsze stanowczo najlepsze... najlepsze owoce w Anglii, ulubiony przysmak wszystkich…

Weź dokładkę!

7 komentarze

  1. Świetna rozmowa! Tyle przemyśleń!

    Bardzo dobrze zaklasyfikowałyście Knightley'a, jako "pośredni" typ -- a może połączenie dwóch "dobrych" typów austenowskich bohaterów. Czy to go czyni najdoskonalszym? :)

    Jeszcze dodam conieco do ciekawej dyskusji o niechęci starego Woodhouse'a do małżeństwa: rzeczywiście z jednej strony mamy niechęć zmian i lęk przed byciem opuszczonym, z drugiej myślę, że ten jego lęk mógł mieć całkiem logiczne i realne podłoże: w tamtych czasach jednym z głównych "celów" małżeństwa była "prokreacja", a że odsetek powikłań i śmierci związanych z połogiem (czy wręcz ogólnie ciążą) był niemały. Nic więc dziwnego, że nie chciał na te "niebezpieczeństwa" narażać córek (czy w ogóle kobiet, które cenił).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem jednak pan Knightley ma wady, ale z pewnością na tle innych Władczych i Wrażliwych wypada stosunkowo dobrze (przy czym porównuję go z tymi, których znam -- mało udało mu się po drodze nagrzeszyć, na przykład w porównaniu z panem Darcym ;)).

      O, taka interpetacja jest bardzo ciekawa! W tej ekranizacji z 2009 jest ona nawet mocno podkreślona (wczoraj pochłonęłam ją za jednym zamachem, więc mam na świeżo, i to właśnie zauważyłam -- ale napiszę o tym szerzej pojutrze!). Wydaje mi się, że coś tu jest na rzeczy. Czemu inaczej ciągle słyszelibyśmy o "biednej pannie...". Chociaż z drugiej strony: może tam jest coś więcej, skoro on ponadto mówi o wszystkich tych kobietach per "panna", zupełnie nie akceptując samego faktu zamążpójścia?

      Usuń
  2. A ja tak nie lubię Knightleya, zwłaszcza w roli pouczającego Emmę... Samej Emmy też nie lubię. To taka dziwna powieść, w której nie trawię głównych bohaterów, a jednak świetnie się bawię, czytając.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z tych, co właściwie Emmę przełknęli na początku i powiem, że ta bohaterka mi zasadniczo nie działa na nerwy, a nawet ją lubię ;).

      Usuń
  3. No wiecie dziewczyny! Przejrzałam całość pobieżnie, bo początkowe założenie mnie rozłożyło. Jak mogłyście uznać Franka za Czarującego Łotra! Toście mnie zraniły, zraniły wręcz na wskroś!! Odniosę się na razie tylko do niektórych elementów i w moim poście o Franku dam zapewne pełny wyraz swojemu oburzeniu (będzie też o tym, dlaczego moim zdaniem Jane mogła wybrać Franka, dlaczego to jest wręcz bardzo prawdopodobne)! Tu powiem tylko że Franka nie można zaliczyć do Łotrów, choćby dlatego, że Łotr kieruje się wyłącznie egoistyczną chęcią zdobycia - nawet nie tego czego naprawdę CHCE tylko chwilowej zachcianki (albo egoistycznie chce własnej wygody) i nie zawaha się skrzydzić czy bezwzględnie wykorzystać innych w drodze do celu. Do tej kategorii bez wątpienia pasują Wickham i Crawford, ale z pewnością nie Frank.
    Wasza kategoryzacja jest o tyle niepełna, że nie uwzględnia dla mnie oczywistej u Austen grupy, którą można nazwać Arogancki Głupek (by nie użyć znacznie mniej grzecznego słowa). W każdej dosłownei powieści znajdziemy kogoś kto się tu kwalifikuje i często jest to postać która ma największy walor komiczny. W Rozważnej i Romantycznej mamy pana Dashwooda, brata dziewcząt, który zobowiązał się wobec ojca aby się zaopiekować siostrami - i wszyscy wiemy, jak to się skończyło. (Co ciekawe tutaj też Austen podkreśla, że wpływ żony jest ogromny). W Dumie i uprzedzeniu jest oczywiście pan Collins. W Emmie pan Elton. W Mansfield Park pan Rushworth (chociaż tutaj mamy do czynienia po prostu z Głupcem, rolę Aroganckiej Idiotki zarezerwowano dla pani Norris). W Mansfield Park John Thorpe, brat Izabeli.
    Dla mnie olbrzymią wadą pana Knightleya jest to, że w niczym absolutnie się nie myli. Nawet zaślepiony zazdrością zawsze Ma Rację. Brr.

    I musze kończyć chwilowo, wrócę później.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hannah, no właśnie bardzo na to liczę, że mi wytłumaczysz, jak to z Frankiem i Jane jest :)
      A jeśli chodzi o brakująca kategorię, to ja uwzględniałam tylko mężczyzn, którzy mogą być obiektem uczuć dla głównych bohaterek, więc ani Collins, ani Rushworth, ani Thorpe itd. się tu nie mieszczą. Chociaż Thorpe jest moim zdaniem parodią Czarującego Łotra.

      Usuń
    2. @Hannah, też jestem szalenie ciekawa wpisu i już czekam niecierpliwie! Na naszą obronę dodam, że jednak zaznaczyłam, że Frank nie do końca jest Czarującym Łotrem, bo jego motywy i działania są inne niż takiego choćby Wickhama. Natomiast o jego relacji z Jane z radością poczytam, bo dopiero przy rozmowie z @Tarniną zaczęłam się nad tym zastanawiać (i po przeczytaniu dyskusji pod tą notką na Czytam to i owo). Więcej łotrostwa przypisywałabym właśnie panu Eltonowi z jego "wielką chwilą" na balu (chociaż tutaj kategoria "Aroganckiego Głupka" faktycznie jest bardziej poręczna ;)).

      No i pan Knightley jednak czasem nie ma racji -- pośrednio przyznaje, że jednak mógł źle ocenić Franka. Więc zdarza mu się też błądzić ;).

      Usuń