Streszczenie nie zawsze jest drogą do celu albo o "Świecie Emmy" J. Austen-Leigh


Po co pisać retelling? To jest pytanie, które zawsze mi towarzyszy, kiedy zabieram się za czytanie takowego. Żeby pokazać te same wydarzenia na nowo? W nowym świetle? Może pokazać inną interpretację? No właśnie. „Świat Emmy”, o którym chciałam Wam dzisiaj napisać, jest zatem retellingiem dość specyficznym, bo właściwie... Streszcza nam „Emmę”. Tak, nie przewidziało Wam się: streszcza. 

Zabrałam go z biblioteki przypadkowo, kiedy wybrałam się po polski przekład „Emmy”. Sami rozumiecie, nazywa się „Świat Emmy” i podejrzewałam go o bycie czymś w rodzaju kompendium, z którego dowiem się tego czy owego. Ale nieporozumienia moje z tą książką szły dalej: na okładce znajdziecie zapewnienie, że jest to „dalszy ciąg Emmy”. Nic bardziej mylnego! To retelling – ale o tym za chwilkę, bo korektor przeoczył literówkę już na wstępie i dowiadujemy się, że mamy rok 1913 – chwilę trwamy zatem w przekonaniu, że mamy do czynienia z bardzo dalszym ciągiem, ale ono pryska, kiedy dochodzi do nas, że to tylko zwodnicza literówka.
 A gdybyście chcieli mieć wszystkie wpisy
"festiwalowe" w jednym miejscu, zajrzyjcie tutaj.


Największym chwytem marketingowym, jaki ma przyciągnąć do książki, jest nazwisko autorki – „Świat Emmy” napisała bowiem Joan Austen-Leigh, skoligacona z Austen w dość zabawny, a podkreślany w przedmowie sposób: jest ona pra-prawnuczką bratanka Jane Austen. Niestety to nie wystarczy, żeby zmyślnie napisać retelling i to jeszcze taki, w którym akcja wyjściowej powieści zostaje streszczona. Nie mogę powiedzieć, żeby językowo było to złe, chodzi raczej o formę. Ale może najpierw jeszcze o tytule: oryginalny wcale nie zwodzi na manowce, bo brzmi „A Visit to Highbury” – i słusznie, bo przecież sama Emma w „Świecie Emmy” nie występuje. Ba, to w ogóle nie jest o „jej” świecie, bo głównymi bohaterkami Austen-Leigh czyni panią Goddard (dyrektorkę szkoły w Highbury, w której uczyła się Harriet) oraz domyśloną dla niej na tę okazję siostrę, Charlottę Pinkney. Dodaje formę listowną i tak dostajemy powieść epistolograficzną, w której pani Goddard streszcza siostrze akcję „Emmy”, a pani Pinkney dostaje własne wątki, raz lepsze, raz gorsze.
 Mały przerywnik taneczny... Źródło.


Największym problemem tego streszczania „Emmy” w „Świecie Emmy” jest to, że autorka porozbijała wszystkie węzły dramatyczne wyjściowej fabuły. Pani Pinkney to istny Sherlock Holmes, od razu po wzmiankach siostry odkrywa, kto jest kim, kto się w nim kocha, a nawet kto się z kim w sekrecie zaręczył. Wszystkie karty zostają od razu wyłożone na stół, wszystko wprost powiedziane. Stąd też to „streszczenie” wydaje mi się lepszym określeniem niż, tak naprawdę, „retelling”. A przecież nie musiało być źle: to, że Austen-Leigh stara się jakoś pokazać życie tej mniej zamożnej części mieszkańców to fajny pomysł. Jest taki cytat, który ten zamysł oddaje:

Oto niektóre problemy dnia codziennego, jakie muszę rozwiązywać w szkole, choć jestem przekonana, że nie wydają ci się równie ciekawe, jak sprawy państwa Churchillów, Woodhouse'ów, Westonów, Knightleyów i Batesów.
[s. 245, wydanie Rachocki i S-ka 1997]

Tylko że problem nie polega na tym, że te problemy są mniej ciekawe – ale na tym, że w dużym stopniu to nie one są przedmiotem zainteresowania autorki. Bardzo podoba mi się zabieg nie przywoływania na karty retellingu postaci głównych, żeby nie wkładać im w usta tego, czego nie mówiły. Tyle tylko, że zabrakło oprócz tego świeżości w prowadzeniu innych wątków. Nawet pani Pinkney, autorki twór Austen-Leigh, dostaje dość schematyczną fabułę. Przy czym – nie powiem, przyjemnie się o niej czyta. Gdyby jeszcze nie to, że zostaje ona na początku uplasowana w roli „kobiety z przyszłości” (z całą baterią poglądów, wiedzy i zapatrywań)... No, ale niestety, pani Pinkney zostaje „odczarowana” dopiero w połowie i dopiero wtedy przestaje się zgrzytać zębami. Wcześniej można odnieść wrażenie, że to taki prztyczek w nos – nie do końca zamierzony – innych postaci, że proszę, ona oto się szybko orientuje, o co chodzi. Jasne, orientuje się, ale wiadomo, że ze względu na to, że została napisana przez autorkę znającą fabułę samej „Emmy”.

Czy jest „Świat Emmy” książką wołającą o pomstę do nieba? Nie, bynajmniej. Czyta się to szybko, od połowy nawet całkiem przyjemnie. Nie wnosi co prawda nic nowego do rozumienia „Emmy”, idzie prostą linią dokładnie tak samo w te same miejsca, ale nie wyrywa się przy czytaniu jej włosów z głowy. A to zawsze coś.

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Szczerze mówiąc, nie jestem wielbicielką tego typu twórczości. Wolę jednak spędzić czas z oryginałem, albo z jakąś publikacją non-fiction, która mogłaby mi otworzyć oczy na kwestie, których sama nie zauważyłam. Ale odwołując się do tekstu, a nie wyobraźni autora. Ciekawe, jakiego docelowego czytelnika miała na myśli pani Austen-Leigh, pisząc tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie ja mam słabość do retellingów, stety albo niestety ;). Sama autorka miała zdaje się dobre zamiary, w ogóle pisała też o samej Austen, znalazłam jej tekst na Jasnej. Ale nadal nie umiem odpowiedzieć na to pytanie o docelowego czytelnika, bo sama się zastanawiam. A wiesz, że jest kolejna część? Nazywa się "Emma i inni". Może kiedyś też się za to zabiorę ;).

      Usuń
    2. JASNA jest super (i jaki piękny akronim), "Persuasions" to jedno z głównych źródeł mojej wiedzy o Austen, choć wiele artykułów jest jednak zbyt naukowych, żeby się je przyjemnie czytało.

      A co wolisz, retellingi, czy "dalsze losy"? Zawsze się zastanawiam, czy to jest bardziej hołd dla autora, czy może bardziej bezczelność. Ale teraz sobie przypomniałam, że "Pan Holmes" mi się podobał, a on się też w jakiś sposób wpisuje w nurt retellingów.

      Usuń
    3. Oprócz tego znalazłam też cudowne zdjęcie autorki, trzymającej okulary Jane Austen ;). No, ale w każdym razie nie można jej odmówić znajomości rzeczy -- trochę zabrakło jednak literackiego polotu w tym retellingu, choć kilka zabiegów zaliczam na plus (piękna wolta w zakończeniu).

      Chyba jednak retellingi, dalszych losów pisanych nie przez autora (bo na przykład to, co robi Le Guin jakoś mi nie przeszkadza) zwykle się boję. Bo jakoś jednak sobie to czytelnik w głowie układa, a tu mu autor wyjeżdża z zupełnie innymi losami, ulubione postaci stają się dziwnie nieznajome i tak dalej. No i retelling retellingowi nie równy (na "Pana Holmesa" nadal się czaję, tekst pamiętam). Ciebie "dalsze losy" nie przerażają?

      Usuń
  2. Pierwszy raz słyszę o tej książce:)Zawsze coś nowego. W ogóle dzięki Festiwalowi i odnośnikom pierwszy raz zawędrowałam chyba na ten blog wczoraj. Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję :). Książka raczej dla zagorzałych fanów "Emmy", którzy chcą przeczytać absolutnie wszystko, co "wokół" niej wyszło albo na nudny wieczór z niezobowiązującą lekturą :).

      Usuń
  3. Czyli coś w rodzaju fan fiction...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można i tak to ująć :). Poniekąd to takie usankcjonowane przez spadkobierców fanfiction (pytanie właśnie, czy to zmienia jego status, czy nie -- bo jeśli ten retelling nie wnosi wiele nowego, to...?).

      Usuń
  4. O matko. Nawet nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego, jak retelling Jane Austin. W ogóle w tym zakresie jestem straszną ignorantką - "Dumę i uprzedzenie" poznałam dopiero w tym roku (sic!), a do pozostałych pozycji wciąż mi jakoś nie spieszno.

    Zresztą z "Dumą.." miałyśmy wspólne przejścia, musiałyśmy się przegryźć i zgrać. Udało się i prawdziwie mnie zachwyciła. Oczywiście zakochałam się panu Darcy'm, a Elizabeth została moją najlepszą psiapsiółą.

    Ale miałam ciągle takie nieodparte wrażenie, jakbym czytała poprzednią wersję... "Dziennika Bridget Jones". Teraz dopiero widać na kim wzorowała się bez krępacji Helen Fielding.

    Ciekawe, jaką lekturę przypominać mi będzie "Emma" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to nie jeden, zapewniam Cię! Jakoś latem pisałam o retellingu "Dumy i uprzedzenia" właśnie, nazywa się "Dworek Longbourn" i również byłam rozczarowana (a może nawet bardziej? Chyba że się już uodporniłam ;)).

      Usuń
  5. Pra-prawnuczka bratanka? Nazwisko robi swoje, jak ktoś młodszy zobaczy je na okładce, obije mu się to nazwisko o uszy, to jeszcze pomyśli, że to ta sama pisarka... :)
    Szkoda, że autorka nie ugryzła tematu od innej strony, może mogła pójść drogą kontynuacji losów Emmy, nawiązać do nich, ale nie streszczać, tylko powiązać nową historię z wybranymi fragmentami pierwowzoru. Tłumaczenie tytułu jest dla mnie niezrozumiałe, wprowadza w błąd... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wspomniałam wyżej w komentarzu -- tą drogą też poszła ;), jest kolejna część, "Emma i inni", ale nie sięgnęłam po nią jeszcze. W sensie: to nie była taka lektura, żebym padła ze znużenia, ale nie była też aż taka interesująca. Ale może sięgnę kiedyś :).

      Usuń