Z wizytą za morzem albo moje przygody z powieściami Astrid Lindgren


To będzie taka notka do zweryfikowania. Od jakiegoś czasu już myślę o tym, żeby zrobić sobie porządną powtórkę z powieści Astrid Lindgren, z doczytaniem tego, czego nie miałam kiedyś możliwości przeczytać, a co teraz albo wyszło we wznowieniu, albo zostało dokupione przez bibliotekę. Niech więc to będzie taka przygrywka do tej powtórki. Co mi zostało w głowie? Jak poustawiałabym sobie te książki dzisiaj?

"Dzieci z Bullerbyn" / "My na wyspie Saltkrakan"

Dwie zdecydowanie ulubione. O "Dzieciach..." kiedyś wspominałam i być może pamiętacie, że to jedna z moich ukochanych książek z dzieciństwa. Ale właściwie nie tylko, bo ze wszystkich książek Lindgren do tej wracam regularnie i niewiele się w moim stosunku do niej zmieniło. Za co je lubię? Zapewne za to, za co lubią je ci, co je lubią: za ciepły klimat, za cudownie odwzorowane sposoby myślenia dziecka, za rzeczywistość, która jest trudna, ale dostrzega się w niej to, co dobre i to, co niedobre, ale co jakoś może dać się naprawić, za "ach, jak cudownie się kurzy!". No, za wszystko właściwie. I za to, że można ją odbierać jako powieść dziejącą się "kiedyś", i jako obraz konkretnego czasu -- a to nie jest łatwe do osiągnięcia, bo napisane jest to sprytnie, oj sprytnie. I może dlatego da się do tej książki tak wracać? Z kolei "My na wyspie..." to w mojej pamięci ciąg dość sympatycznych obrazów i powiedzonek oraz przestroga, żeby uważać z soleniem. No i jeszcze to, że Lindgren nie podkolorowuje swoich dziecięcych bohaterów, którzy nie zawsze są słodcy i dobrze ułożeni. Powieść wyszła też po polsku jako "Czemu kąpiesz się w spodniach, tatusiu?", co kiedyś było nieustannym dla mnie źródłem zdumienia, jako dziecka przywiązanego do Tego Jedynego Właściwego Egzemplarza w zbiorach biblioteki.


Przy okazji można popatrzeć na szwedzkie krajobrazy! Fot. Geert Schneider.


"Zwierzenia Britt-Mari"

Swego czasu wracałam do tej książki strasznie często. Britt-Mari, nastolatka z małej miejscowości, nawiązuje korespondencję z równolatką ze Sztokholmu. Pisanie listów jest modne, dobrze widziane, zabawne, może pokazać zupełnie inny świat i na to liczy bohaterka, prosząc o przysyłanie wieści z wielkiego świata i obiecując nowiny ze swojej "bulgocącej" miejscowości. Całość historii znamy właśnie z listów Britt-Mari, jej korespondentkę zatem -- również. Sam zabieg jest szalenie ciekawy, choć oczywiście nie nowy ani niespecjalnie odkrywczy, ale to mimo wszystko nadal jedna z moich ulubionych powieści epistolarnych. Właściwie nie ma tu jakichś szczególnych zwrotów akcji (oprócz jednego, na koniec), ale jest dużo poszanowania dla powagi sytuacji, dla tego, co spotyka Britt-Mari i tego, jak zachowa się wobec tego jej otoczenie. A przy okazji to debiut Lindgren, jeśli się nie mylę. Z całego zestawienia książka najbardziej skierowana do starszych dzieci, czy właściwie chyba najbardziej do nastolatków.

"Rasmus, Pontus i pies Toker" / "Detektyw Blomkvist"

Dwie "detektywistyczne" powieści szwedzkiej autorki stawiam obok siebie. Nie wiem nawet, czy umiałabym je tak od ręki oddzielić od siebie -- no, może bohaterowie "Detektywa Blomkvista" są nieco bardziej "profesjonalni" w swoim dochodzeniu, ale i w swich uroczych, acz chwilami nieporadnych poczynaniach Rasmus i Pontus (nie wspominając o Tokerze) bywają równie wspaniali. Wiem, że "Detektyw..." miał swoją kontynuację (pod jakże kuszącym tytułem "Detektyw Blomkvist żyje niebezpiecznie") -- nigdy do nich nie dotarłam, ale coś czuję, że w końcu się za to na poważnie zabiorę. Tak naprawdę oprócz bardzo dobrego wrażenia z wielokrotnej, przed laty, lektury nie pamiętam zbyt wiele, oprócz atlety Alfreda w "Rasmusie..." i generalnej atmosfery obu książek. Może więc dziwić wysokie uplasowanie się obu, ale zrzućcie to na karb sentymentu. Właściwie o tym jest ta notka.



 
"Bracia Lwie Serce"

Przez jednych uważana za najlepszą powieść Lindgren -- przeze mnie bardzo szanowana, bo podjąć trudny temat i zrealizować go tak, żeby równocześnie nie zamieścić na okładce krzyczącego napisu "a teraz lećcie po chusteczki!" wcale nie jest łatwo. Chociaż pamiętam, że wszyscy tak mnie ostrzegali przed pierwszą lekturą, że się zapłaczę, to na przekór chyba ostrzeżeniom nie płakałam wcale. Nie, żeby było się czym chwalić -- ale do dzisiaj nie kojarzą mi się "Bracia..." z książką smutną. Albo może lepiej utkwiła mi w pamięci ta druga, bardziej przygodowa warstwa książki. Nie wiem. Do sprawdzenia!

"Pippi Pończoszanka" i kontynuacje

No nie jestem zagorzałą fanką książkowej Pippi. Wspominałam, że lubię u Lindgren to, że nie przekolorowuje swoich dziecięcych bohaterów -- Pippi jednak ma w sobie coś odpychającego. Sama. Bo w duecie z dwójką biednych, sztorcowanych dzieci -- wychodzi świetnie. Gdyby rozpatrywać ją tylko w tym kontekście, czytałabym ją z dziką miłością. Bo jak pięknie Pippi podkopuje nie zawsze przecież takie "rozsądne" zapatrywania społeczne na to, co dziecko powinno, a czego nie i jak wspaniale obserwować, jakie reakcje wzbudza wśród konserwatywnej społeczności miejscowości, której trudno się pogodzić z pewnym rozsądkiem i niezależnością dziecka. Z drugiej jednak strony momentami wydaje się iść za daleko (zawsze szkoda mi było nauczycielki, przyznaję). Jasne, to może wynikać z traumy, czy z tego, że mimo wszystko jest samotnym dzieckiem wypatrującym z tęsknotą wiecznie zajętego dziecka, niemniej jednak, mam co do niej mieszane uczucia. A mimo to to chyba jedyna seria Lindgren, którą przeczytałam od początku do końca. Powtórki jestem strasznie ciekawa, ale i trochę się boję.



"Emil ze Smalandii"

"Emila..." przeczytałam raz i zapewniano mnie, że obśmieję się jak norka. Miałam lat może z osiem i nie obśmiałam się bynajmniej ani jak norka, ani jak inny porządny gryzoń. Miałam z Emilem problem podobny jak z dziećmi pastora z "Doliny Tęczy" Montgomery: jego postawa miała chyba kontestować ład, ale wykraczała poza niego w sposób często mnie irytujący, dla samego tego, że można, nie zauważając, że ktoś może przy tym zostać -- niechcący, zazwyczaj -- skrzywdzony. Ze zgrozą odkryłam liczne kontynuacje losów Emila -- oj, trzeba będzie się przez nie przegryźć, żeby zobaczyć, jaka byłaby moja reakcja na tego bohatera dzisiaj.

"Braciszek i Karlsson z Dachu"

Moje chyba jedyne zupełne rozczarowanie Lindgren, do tego stopnia, że przeczytałam tę książkę raz, bardzo dawno temu, i niewiele pamiętam. Karlsson z Dachu był rodzajem aroganckiego trolla, Braciszkowi imponował i trochę go terroryzował, razem mieli się uzupełniać, ale coś tam chyba nie szło tak, jak miało. Zdecydowana potwórka z rozszerzeniem na dalsze części, których nie naliczyłam zbyt wiele, bo dwa tomy jeszcze.

Historia pokazuje, że powrót po latach do lektury może okazać się zaskakujący, więc ciekawe, jak ta lista będzie wyglądała za czas jakiś i o co się uzupełni. A Wasze ukochane powieści Lindgren -- no i takie, których nie znosicie, to...?

Weź dokładkę!

17 komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powieści Lindgren dziele na „poważne” i „przygodowe”.
      Wśród „poważnych” najbardziej lubię: „Ronję, córkę zbójnika", "Braci Lwie Serce", i mniej znaną pozycję, bardziej baśniową, (choć to bardzo smutna baśń) i pisaną chyba dla młodszego czytelnika: "Mio, mój Mio".
      Z „przygodowych” cenię Pippi, Maddikę, "Rasmusa, rycerza Białej Róży".
      Obiecuję sobie a potem zapominam nadrobić Emilla. :)

      Usuń
    2. O, "Mio..." właśnie przez ten smutek, o którym wszyscy mówili, jakoś nigdy nie wskoczył do moich "przeczytanych" książek Lindgren, chociaż kiedyś przewinął mi się przez ręce. Na pewno nadrobię. I oczywiście "Ronję", to mój wyrzut sumienia :). A na marginesie: no właśnie, te dwie płaszczyzny -- przygodowa i poważna -- lubią się u Lindgren przenikać. To ciekawe, że jednak da się wyróżnić tę dominującą w danej powieści.

      Usuń
  2. Mój numer jeden to również Dzieci z Bullerbyn i My na wyspie Saltkrakan. Bardzo też lubię Nilsa Paluszka i inne opowieści, bardzo ciekawa książka, wielowarstwowa - jako dziecko byłam zachwycona magią która może zdarzyć się każdego dnia, a jako dorosła osoba zauważyłam "poważne" problemy bohaterów, typu nieuleczalna choroba, skrajna bieda, samotność dziecka którego rodzice muszą pracować całe dnie by wiązać koniec z końcem, śmierć rodzeństwa itp. Co do Emila, to myślę że byłaś za duża, moja 4 latka uwielbiała przygody niesfornego Emila, podobnie Lottę z ulicy Awanturników- chyba się z nią łatwo mogła utożsamić. Podobnie Karlsson, mało która postać mnie tak wkurza, a moja córka uwielbia opowieści o Karlssonie. Może właśnie dlatego że jest on tak wkurzający, czasem okrutny i egoistyczny. W końcu dzieci też mają wiele takich nieprzyjemnych cech...egocentryzm, pewnego rodzaju okrucieństwo i złośliwość, zachłanność. Moim zdaniem A.L. umiała świetnie oddać prawdziwą naturę dzieciństwa, nie tylko tę słodką stronę uwielbianą przez dorosłych, ale też tę bardziej mroczną i pierwotną.
    pozdrawiam
    Małgosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nilsa Paluszka nie znam -- dopiszę sobie, żeby poszukać. Widzisz, z tym Karlssonem to miałam, i póki co mam, tak, że nigdy nie myślałam o nim jako o dziecku, bo w końcu jest Barciszek. Karlssona traktowałam jako ten element świata magicznego, a Twoja interpretacja bardzo mi się podoba: że on także jest odbiciem dziecięcej psychiki. Będę o tym pamiętała przy powtórnym czytaniu, dziękuję! :)

      Usuń
  3. A ja zatrzymałam się na lekturze "Dzieci z Bullerbyn" i choć była rewelacyjna, to nie miałam przyjemności powrócić ponownie do niej. Nie sięgnęłam jeszcze do innych powieści autorki. Chcę to nadrobić, myślę, że warto. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać też po komentarzach: bardzo warto :)!

      Usuń
  4. Przeczytałam wszystkie powieści wymienione przez Ciebie. Wszystkie są super, ale najbardziej mi się podobały Dzieci z Bullerbyn.

    OdpowiedzUsuń
  5. Emila przeczytalam po raz pierwszy dopiero z corka. Wydaje mi sie nieslusznym zarzut, ze Emil powinien byl wiedziec, umiec przewidziec, ze cos sie moze skonczyc czyjas krzywda. Akurat te przygody w ktorych inni moga ucierpiec z powodu Emila dosc dobrze obrazuja sposob myslenia wlasnie takiego dziecka - przede wszystkim impulsywnego, pomyslowego, pelnego energii i planow. To wybuchowa kombinacja. Jak mowi Emil, nie wiadomo, czy cos sie okaze psota czy nie. Tego nigdy nie wie sie z gory, dopiero po. Te pomysly sa zawsze nieskalanie logiczne na poziomie wiedzy Emila o swiecie. Skad Emil mialby wiedziec, ze zjedzenie wisni, ktorych mama uzyla do zrobienia nalewki zle sie skonczy dla wszystkich konsumentow?? Ta historia o Bozym Narodzeniu, o ktorym potem przez wiele lat opowiadano w Lonneberdze i okolicznych wsiach zawsze mnie ogromnie wzrusza, bo widac, jak Emil jako jeden z nielicznych, rozumie na czym polega duch Bozego Narodzenia i daje sie poniesc swojej gwaltownej, porywczej szczodrosci. Opowiadanie o wyprawie ratunkowej dla Alfreda zawsze sprawia ze mam lzy w oczach, bo Emil nawet nie widzi, jak bardzo to co robi jest heroiczne. On nie moze tego dla Alfreda NIE ZROBIC. Moja corka nie lubi tego opowiadania, wlasnie dlatego ze ona jest od Emila na tyle starsza, zeby rozumiec, ze dzieje sie cos bardzo groznego, cos co sie moze skonczyc jak najgorzej i zawsze drzy o Emila. Nie ma znaczenia, ze wie, jak to sie skonczy. To tez jest mistrzostwo Astrid, ze przy kazdej lekturze dziecko jest tak samo zaangazowane emocjonalnie.

    Emil nie jest kontestatorem. Naprawde sie stara byc bardzo poslusznym dzieckiem. Nawet modli sie o to z wlasciwym podpisem :) Bardzo sie martwi, kiedy rozzlosci tate. Emil jest po prostu kreatywny, to wszystko. Stad sie biora wszystkie jego problemy. A najbardziej mnie rozczula kiedy pomysle, ze Emil jest luzno inspirowany zachowaniami ojca Astrid,kiedy ten byl dzieckiem. Ponoc juz na starosc zawsze sie dopytywal, co nowego u Emila, czy zrobil jakis nowy interes. I oddal Emilowi swoje pierwsze swiadome wspomnienie - ogladanie ksiezyca przez komin :)

    Nie przepadam za Pippi. Wydaje sie taka buntowniczka bez powodu w najgorszy mozliwy sposob. Z drugiej strony z reakcji mojej corki widze, ze uosabia jakas taka tesknote dziecka za totalna wolnoscia od doroslych. Zeby moc samemu decydowac. Z tego samego powodu uwielbia Masze i niedzwiedzia. I oczywiscie na swiadomym poziomie moja corka wie, ze dorosli sa potrzebni. Ale chcialaby, zeby NIE BYLI, zeby mozna bylo byc obok nich. Wiec nawet te oszustwa autorskie - supermoce Pippi i skrzynia ze zlotem - moja corka rozumie, ze sa niezbedne, zeby sobie ot tak pomarzyc. Ale mnie wkurzaja nieziemsko. Zwlaszcza ta scena, kiedy Pippi ustawia do pionu przesladowcow Willy'ego. Zadna sztuka kiedy sie jest Pippi i duze oszustwo.

    A ja naj, naj, najbardziej kocham Ronje corke zbojnika. Nawet sprzed spotkania z Birkiem. I Madike lubie. Britt Mari mnie po prostu irytuje. Sama Lindgren przyznawala, ze powiesci dla nastolatek slabiej jej wychodza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie sobie myślę, że do Emila muszę wrócić, żeby się przekonać, jak to jest. Jednak odbieranie takich postaci bardzo zależy od wieku (nie wspominając po prostu o tym, że szalenie zachęcająco o nim piszesz!). Zdecydowanie do w miarę szybkiej powtórki i porównania wrażeń :).

      A mnie się z kolei wydaje, że te "oszustwa autorskie" w przypadku Pippi właściwie nie są niezbędne, żeby ta postać robiła to, co robi. Jej się dużo rzeczy udaje nawet nie dlatego, że jest w stanie podnieść konia nad głowę, ale dlatego, że jest taka pewna siebie. W takim rysunku oczywiście jest pewna, bo umie podnieść konia i ma wór złota, ale to raczej ozdobniki. Pippi jest bohaterką bardzo pewną siebie, dzięki czemu potrafi sobie poradzić, ale też ta pewność maskuje to, czego nie ma: a przecież tęskni za wiecznie zajętym ojcem, za nieobecną matką, za jakimś pozorem domu jednak i stałości. To jest w tej postaci takie ciekawe: ona nawet właściwie nie jest buntowniczką, chyba, jest po prostu taka, jaką ukształtowały ją okoliczności, więc bierze z tego to, co najlepsze. W każdym razie takie czytanie Pippi pozwala mi ją bardziej polubić, inaczej też by mnie głównie wkurzała ;).

      Usuń
  6. Kocham Dzieci z Bullerbyn, Braci Lwie Serce i Pippi <3 Podziwiam Astrid, ma niesamowitą wyobraźnię! Pozdrawiam!
    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam ,,Dzieci z Bullerbyn". Czytałam tą książkę już cztery razy i zawsze świetnie się bawiłam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Czytałam Dzieci z Bullerbyn, Pipi oraz bracia Lwie Serce i kocham, kocham, kocham. Pani Lingrend jest dla mnie autorytetem; nie dość, że silna babeczka to jeszcze jaka kreatywna ;) Pozdrawiam♥
    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Polecam "Ronję, córkę zbójnika" i "Południową łąkę" - zbiór nietypowych opowiadań dla dzieci. W tej ostatniej bardzo mi zaimponowało, jak odważnie Lindgren przedstawiła poważne problemy (śmierć najbliższych, opuszczenie, choroba) nie rezygnując z "fantastycznej" baśniowej otoczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, "Południowa łąka" nawet nie była w moich planach. Postaram się znaleźć, dziękuję!

      Usuń
  10. Uwielbiam "Dzieci z Bullerbyn". Tak po prostu.

    OdpowiedzUsuń
  11. "Dzieci z Bullerbyn" to jedna z trzech książek mojego dzieciństwa. Nigdy jej nie zapomnę i na pewno będę zmuszać moje dzieci do jej czytania (choć mam nadzieję, że nie będę musiała ich do tego zmuszać).

    OdpowiedzUsuń