Jak minął styczeń albo podsumowanie miesiąca

Jak minął styczeń albo podsumowanie miesiąca


I takim oto sposobem bloguję już codziennie od miesiąca. Nie sądziłam, że będzie to taka fantastyczna przygoda – i że przyjdzie tutaj aż tyle osób, i będzie się chciało dzielić swoimi przemyśleniami, i komentować to, co piszę, często zwracając mi uwagę na różne elementy problemu, na które sama nie zwróciłam wcześniej uwagi. Także przede wszystkim dziękuję Wam wszystkim moim czytelnikom, obserwatorom i tym, którzy w czasie błądzenia po sieci tutaj zawitali i zostali. Blogowanie pozwala mi na ułożenie sobie w głowie wielu spraw, a że przy tym mogę z Wami się nimi podzielić i porozmawiać – po prostu cud, miód i orzeszki.
Więcej czytania albo karnawał blogowy!

Więcej czytania albo karnawał blogowy!


Tak jak z nutką ekscytacji zapowiadałam wczoraj – dzisiaj na blogu pierwszy karnawał blogowy! Co to takiego? Nic innego jak subiektywny wybór notek z innych blogów, które czytuję, a które uważam za godne polecenia i ciekawe. Zamiar jest taki, że co miesiąc w przedostatni dzień miesiąca będzie się tutaj na blogu pojawiał taki karnawał, zbierający to, co ciekawego znalazłam w blogosferze książkowej w danym miesiącu. Żeby nie odbiegać od tematyki bloga, będą to wpisy dotyczące książek, czytania, literatury. O, taki jest plan.
Geralt Szacki albo o „Uwikłaniu” Z. Miłoszewskiego

Geralt Szacki albo o „Uwikłaniu” Z. Miłoszewskiego

 

Jeszcze nie ucichły dyskusje o tym, co tegoroczny laureat Paszportu Polityki powiedział, co miał, a czego nie miał na myśli, kiedy mówił to, co powiedział i jak był przy tym ubrany, kiedy w progi mego skromnego domostwa zawitała zamówiona jeszcze przed wręczeniem nagród paczuszka z trylogią o prokuratorze Szackim. Od dawna miałam kryminały Miłoszewskiego na swojej liście, a że akurat wyszedł „Gniew” pomyślałam – zmotywowana moją listą wyzwaniową i faktem, że i inni domownicy powzięli postanowienie przeczytać (bój to był zażarty o pierwszeństwo) – niech będzie moją wyzwaniową trylogią! A przy okazji będę po raz pierwszy od dawna na czasie i zobaczę, ile z tego, co o powieściach Miłoszewskiego ostatnią mówią, zgadza się z moim odbiorem, a ile nie. Także to rzekłszy, zachęcam do lektury moich refleksji po tomie pierwszym, czyli „Uwikłaniu”. Gościnnie wystąpi wiedźmin Geralt z Rivii.
Czytałam Sienkiewicza albo raport o stanie czytelnictwa

Czytałam Sienkiewicza albo raport o stanie czytelnictwa



Przesadziłabym pisząc, że opublikowane kilka dni temu wyniki badań czytelnictwa, przeprowadzone przez Bibliotekę Narodową i TNS, wstrząsnęły Polską. Co prawda trąbi się na lewo i prawo od kilku lat, że czytamy mało (chociaż bada się u nas czytelnictwo od 1971 roku, to głośno o tym, zdaje mi się, zrobiło się dopiero ostatnio), ale mam wrażenie, że utarło się już przyjmować za pewnik, że kolejne badania pokażą to samo. Ba, pokażą na pewno, że jest jeszcze gorzej. No więc, zamiast narzekać, co byłoby na blogu poświęconym czytaniu po pierwsze bez sensu (bo jednak i ja czytam, i Wy czytacie), a po drugie narzekać nie lubię, zastanówmy się lepiej, jak to z tym badaniem czytelnictwa u nas jest.
Nie kończ waść albo o polskiej powieści historycznej

Nie kończ waść albo o polskiej powieści historycznej


Sienkiewicz, to rzecz jasna, podstawa. Każdemu Kmicic, któremu opalają boki albo Skrzetuski z trzciną w stawie przychodzą na myśl od razu, kiedy mówi się o powieści historycznej. To, że autorowi Trylogii nie raz i nie dwa zarzucano, że niespecjalnie zrobił, jak to dzisiaj mawiamy, research, to już inna para butów. Bo czy w powieści historycznej chodzi tak naprawdę o realia czy o sugestywny opis?
Winter is coming! Albo o „Planecie wygnania” Ursuli Le Guin

Winter is coming! Albo o „Planecie wygnania” Ursuli Le Guin

Początki bywają trudne. Kiedy zapałałam miłością do nowoodkrytego na półkach bibliotecznych gatunku, jakim była fantastyka, a było to jakoś w okolicach czwartej klasy szkoły podstawowej, zasadniczym problemem stało się dla mnie znajdywanie kolejnych powieści tego rodzaju. Moja biblioteka nie była specjalnie dobrze wyposażona, więc jak tylko doszły mnie słuchy, że koniecznie powinnam zaznajomić się z cyklem o Ziemiomorzu Ursuli Le Guin, opłakałam nieobecność książki w promieniu – zawrotnych wówczas dla mnie – trzydziestu kilometrów i wszczęłam poszukiwania. Kilka lat i wiele kilometrów później, już po przeczytaniu Ziemiomorza, w innej bibliotece, do które uzyskałam dostęp, z dzieł Ursuli Le Guin mieli tylko „Świat Rocannona”. Okazało się szybko, że to pierwszy tom cyklu, który – znowu po wielu latach i wielu kilometrach – zawitał ostatecznie do naszego domostwa w dość niezwykłych okolicznościach i przeleżał ostatni rok na półce. Aż do niedawna.
5 typów czytelni albo jak je znaleźć

5 typów czytelni albo jak je znaleźć

 Tak jak obiecałam wczoraj, dzisiaj będzie wpis tematycznie lżejszy, taki trochę serio, a trochę z przymrużeniem oka. Tematycznie nabliżej mu chyba do wpisu o miejscach do czytania, bo dzisiaj zajmiemy się ważkim tematem: czytelnie pierwszej klasy albo jak je znaleźć. Brzmi odpowiednio magicznie, bo dobra czytelnia to miejsce naprawdę magiczne. Zazwyczaj jedyne, czego mnie osobiście w nim brakuje, to herbata. Ale cóż, stan pełnego szczęścia jest trudno osiągalny.
Złość piękności szkodzi albo o e-bookach i książkach papierowych

Złość piękności szkodzi albo o e-bookach i książkach papierowych

 Tak jak obiecałam, dzisiaj postanowiłam napisać o tym drążącym serca wielu książkofili problemie: na czym czytać? Co jest lepsze: czytnik czy papierowa książka? Nie tyle zamierzam tutaj jednak pisać o tym, co ma jakie zalety, a jakie wady, raczej chciałabym się zastanowić nad sensem takich dyskusji i poddać, jak to się w pewnych kręgach mówi, dyskursy analizie.
Takie sobie miasteczko albo o „Trafnym wyborze” J.K. Rowling

Takie sobie miasteczko albo o „Trafnym wyborze” J.K. Rowling


Jak już pewnie zauważyliście, rzadko zdarza mi się sięgać po książki, które akurat są na szczytach list bestsellerów. Dlatego w momencie, kiedy nowa książka Rowling atakowała nas z witryn księgarni, kiosków i rąk pasażerów dzielących z nami środki komunikacji, spokojnie czekałam, aż fala przejdzie, żeby móc po nią sięgnąć. Nie z czystej przekory albo potrzeby bycia literackim hipsterem, po prostu kolejki w bibliotekach i u znajomych posiadaczy książki skłonnych do pożyczek zwyczajnie wraz z upływem czasu maleją. Nagromadziło mi się w międzyczasie sporo innych lektur, ale kiedy postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu przypomniałam sobie, że „Trafny wybór” idealnie nadaje się, żeby spełnić założenia postulowane przez jedno z okienek. Tak więc dzisiaj zapraszam Was na garść refleksji po lekturze – jak zawiadamia wydawnictwo - „pierwszej powieści J. K. Rowling dla dorosłych”.
Wspomnień czar albo wpis na Dzień Dziadka

Wspomnień czar albo wpis na Dzień Dziadka

 Na Dzień Dziadka druga część wczorajszego wpisu, tym razem o lekturach dzieciństwa z raczej męskimi protagonistami. Co z automatu oczywiście nie oznacza, że skierowanymi głównie do chłopców – wręcz przeciwnie, to, że wspominam je z takim sentymentem oznacza przecież, że je czytałam. A zatem, nie przedłużając, wszystkim Dziadkom wszystkiego dobrego - zobaczmy, co tam w świecie literatury dziecięcej.

Wpomnień czar albo wpis na Dzień Babci

Wpomnień czar albo wpis na Dzień Babci

 Zapewne spodziewacie się dzisiaj jakiegoś przeglądu książek, w którym występują babcie, ale po co iść na łatwiznę. Wydaje mi się, że dużo ciekawszym sposobem uczczenia dzisiejszego święta byłoby zastanowienie się nad pewnym szczególnym rodzajem literatury, jakim jest literatura dziecięca. Znowu! - westchniecie. No dobrze, strasznie dużo się zrobiło takich wątków na blogu, ale po tym dwuczęściowym wpisie (tak, tak, rozciągnie się to jeszcze na jutro) na jakiś czas postaram się dać temu spokój i wprowadzić (nieco...) więcej różnorodności. A zatem – zaczynamy! Dzisiaj pierwsza część subiektywnego wyboru najlepszych książek dla dzieci i młodzieży, na cześć wszystkich babć, wiernych czytających wnuczkom i wnukom.

Ratunku, co czytać? Albo krótka teoria zapchajksiążki

Ratunku, co czytać? Albo krótka teoria zapchajksiążki


W wielu przypadkach może się wydawać, że nie ma nic prostszego, niż usiąść i czytać – ta myśl pojawiła się tutaj na blogu już nie raz i nie dwa. Wszyscy jednak znamy to uczucie, kiedy nawet byśmy i coś poczytali, ale jakoś tak ogarnęła nas z niczego nic czytelnicza niemoc. Co wtedy? Wypróbowałam już różne metody postępowania w podobnej sytuacji i szczerze mówiąc, w moim przypadku najlepiej działa systematyczność: chociaż stronę dziennie. Co zatem zrobić kiedy albo właśnie skończyliśmy przygodę z jakąś książką, która wciągnęła nas tak bardzo, że nadal nie puszcza, albo nic nam jakoś nie wchodzi pod rękę? Nic innego niż znaleźć sobie zapchajksiążkę!

Misie moje widzę ogromne albo Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka

Misie moje widzę ogromne albo Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka

Misio z nagłówka mieszka na Alasce, a zdjęcie zrobił mu ten pan.
Tak jak pisałam wczoraj, wpis ten powinien właściwie pokazać się 18 stycznia, a dzisiaj mamy 19-tego, ale zostałam podstępnie oszukana przez kalendarz. Uciął mi mianowicie, potwór jeden, całą kolumnę, przez co byłam przekonana, że 18-ty przypada w poniedziałek. Kajam się zatem, że z poślizgiem, ale oto jest: wpis na Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka! Ale ponieważ jestem istotą przewrotną i w niewielkim tylko stopniu fanką Kubusia, dzisiaj przedstawię Wam siedem innych misiów – czasami o bardzo wielkim rozumku – które namieszały w literaturze i które może skłonią Was do sięgnięcia w inne rejony literatury. Kto w końcu powiedział, że na misie monopol mają lektury skierowane do czytelników młodszych?

Szwedzkie wakacje albo o "Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret" H. Nessera

Szwedzkie wakacje albo o "Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret" H. Nessera


Skusił mnie tytuł. Kogo by nie skusił? I znalezione w sieci informacje, że rzecz jest o dorastaniu młodego chłopaka w Szwecji, w latach 60. Szukając sobie książek do wyzwania czytelniczego, odnalazłam na mojej liście „Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret”, a że figurowało w Biblionetce jako kryminał, z radością pomyślałam, że nadarza się świetna okazja, żeby po książkę sięgnąć. Zwłaszcza, że nawet tytuł podpowiada, że chodzi o „opowieść kryminalną”. I... I, no właśnie: jeśli sięgnięcie po książkę Hakana Nessera, nie próbujcie jej czytać jako kryminału, bo natniecie się tak samo, jak ja. I pewnie nie tylko ja. Trzeba było poszukać innych informacji, może wtedy odbiór byłby inny? A zatem, do rzeczy – dzisiaj wrażenia po lekturze powieści Hakana Nessera „Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret”.
Ta zła literatura młodzieżowa albo historia pewnego rozczarowania

Ta zła literatura młodzieżowa albo historia pewnego rozczarowania




Lubię czytać w autobusie. Odkąd muszę nim pokonywać dłuższą trasę, znacząco podskoczyła liczba stron, którą dziennie czytam. Problem z czytaniem w autobusie jest taki, że jest to jednocześnie czytanie na widoku. Inne niż na przykład w bibliotece. Czemu? W bibliotece, przynajmniej zasadniczo, czytają wszyscy. W autobusie – spora grupa, ale zazwyczaj ci, którzy siedzą przodem do nas, a tyłem do kierunku jazdy, mają zwyczaj nie czytać. I przyglądać się, co czytasz ty. I dobrym zwyczajem rzucać ci spojrzenia, mówiące: „ha, ha”. W najłagodniejszym przypadku. Oczywiście demonizuję – zdarzają się sympatyczne wyrazy wsparcia („hej, też to czytałam!”) albo zainteresowania („możesz jeszcze nie przerzucać strony, wciągnąłem się”). Ale do czego zmierzam: lęk przed pokazaniem się publicznie z książką, która może okazać się z jakichś powodów „niewłaściwa” może niektórych czytelników przytłoczyć. Nie chciałabym któregoś dnia wsiąść do autobusu i zobaczyć wszystkie czytane książki obłożone w gazety. Po czym po zajęciu miejsca samej wyciągnąć książkę obłożoną – żeby broń Boże nie było widać, co czytam.
5 lektur, dzięki którym zatęsknicie za zimą albo uhu-ha

5 lektur, dzięki którym zatęsknicie za zimą albo uhu-ha



Chociaż za oknem świeci słońce – a może właśnie dlatego, że tak świeci, a tutaj świeci – przynajmniej część z nas chciałaby się przenieść w przestrzenie bardziej zimowe. Przynajmniej literacko. Bo, jak wiadomo, najprzyjemniej czyta się o zimnie wtedy, kiedy siedzi się otulonym w kocyk w dobrze ogrzanym pomieszczeniu, z czymś ciepłym do picia w pogotowiu. Nie martwcie się, nie będę Wam rekomendowała „Gry o tron”, gdzie, jak wiadomo, „winter is coming”. Będzie raczej o książkach, w których zima i śnieg są najprzyjemniejsze – czyli takich, które czytało się będąc dzieckiem. Albo nie czytało się, bo się buntowało przeciwko literaturze dziecięcej i sięgało na regał rodziców po Manna.
Jak trudno napisać dobrą kontynuację albo bohaterze, co się z tobą stało?

Jak trudno napisać dobrą kontynuację albo bohaterze, co się z tobą stało?


Znacie na pewno to uczucie, kiedy odkładacie książkę na miejsce lub odnosicie ją do biblioteki, łkając cicho, bo wiecie, że to już koniec. Bohater skoczył wreszcie z klifu albo zamieszkał w kolonii fok pod klifem, wątek jego podłej żony znalazł godne zakończenie, a ulubiony pies naszego hodowcy fok zaznał wreszcie godnego odpoczynku. Zazwyczaj w końcu – nadal od czasu do czasu cicho łkając – godzimy się z koniecznością rozstania ze światem przedstawionym i, kiedy już przetrwamy okres żałoby, z sentymentem powracamy do książki. Co jednak, jeśli nie godzimy się na takie zakończenie przygody z dzielnym fokistą? Wtedy zostają nam dwie drogi: albo samemu pisać kolejne jego przygody, albo – jeśli nie przepadamy za pisaniem czegoś, co ma więcej niż 300 wyrazów – nękaniem autora i/lub wydawnictwa, żeby napisał coś jeszcze.


W kawiarni w Alabamie albo o "Zielonych smażonych pomidorach" Fannie Flagg

W kawiarni w Alabamie albo o "Zielonych smażonych pomidorach" Fannie Flagg

Pewnie już zauważyliście, że lubię znaleźć sobie klucz do książki. Nie chodzi mi o szufladkowanie, bo tego z kolei nie lubię (raczej), bardziej o to, żeby książka mi się ułożyła w myśleniu – nie tyle, żeby było to myślenie wygodne, ile raczej, żeby wszystkie kawałki wskakiwały na miejsce. I już. I kiedy czytałam powieść, o której dzisiaj napiszę, te kawałki mi niespecjalnie gdziekolwiek wskakiwały (a jeśli już gdzieś, to trochę jak piasek do butów, w dodatku kiedy na plaży jest paskudnie i jakaś mewa uwzięła się, żeby Ci porwać kapelusz). Aż w końcu skończyłam i – no, może nie żeby od razu mnie olśniło – ale trochę mi się fenomen tej książki wyświetlił.
Książki kucharskie albo jak trudno pisze się o jedzeniu

Książki kucharskie albo jak trudno pisze się o jedzeniu

Jedną z moich ulubionych gulity pleasures (bo nie będę udawała, że mam tylko jedną) jest oglądanie amerykańskiej wersji „Masterchefa”. Ostatni sezon co prawda nie dostarczył mi już aż takiej przyjemności, bo umknął zeń element, za który tak lubiłam ten program: mnogość sposób, na jakie członkowie jury umieli mówić o jedzeniu.

Mówienie – czy w przypadku problemu, o którym piszę – pisanie o jedzeniu nie jest wcale sprawą łatwą. Wydaje się zresztą, że to w ogóle pewna nowość: opowiadać o jedzeniu w specyficznym gatunku literackim, na jaki wyrasta książka kucharska. Bo weźmy na ten przykład którąś z książek Lucyny Ćwierciakiewiczowej: mamy tam przepisy, składniki i dokładne instrukcje, co z czym połączyć, żeby wyszło nam co innego. Ale nie ma tam opisu procesu, w jakim wyłonił się polecany przepis, ani zbyt wiele o samym jedzeniu jako takim. Od czasu do czasu pojawi się uwaga na temat tego, jakie powinny – lub nie powinny – być składniki danej potrawy, ale to by było na tyle. Ze słynną Julią Childe jest mniej więcej tak samo. Tymczasem obecnie mamy lawinowy zalew książek kucharskich, w których liczą się nie tylko ciekawe przepisy, piękne zdjęcia albo, dajmy na to, sława autora, ale też krótka gawęda o daniu. Dlatego dzisiaj może dwa słowa o książkach kucharskich, w których pięknie i ciekawie pisze się o jedzeniu. Wybór bardzo subiektywny: z mojej własnej półki.

5 pisarzy, przez których nie mogę przebrnąć albo jak zachwyca, skoro nie zachwyca

5 pisarzy, przez których nie mogę przebrnąć albo jak zachwyca, skoro nie zachwyca


To jest ten wpis, w którym będę trochę oszukiwała. Bo nie jestem aż tak radykalna, jak zasugerowałam w tytule. Część z tych pisarzy obczytuję dość intensywnie, gorzej, że najczęściej jest to czytanie bardzo długie i rozłożone na raty (jaka jest najmniejsza jednostka do zniesienia przy czytaniu naraz pisarza X, mogłabym zapytać w tym miejscu). Są to pisarze często bardzo przeze mnie doceniani za jakąś część swojej twórczości, a czasami autorzy, którzy w jakiś sposób potrafią mnie zupełnie zniechęcić do dalszego zagłębiania się w wykreowane przez siebie światy. Toteż dzisiaj taki wpis z lekka autoterapeutyczny – no bo czemu nie mogę przebrnąć albo brnę z trudem, skoro wszyscy tak chwalą? No czemu?

Oj, Scarlett, Scarlett albo o „Przeminęło z wiatrem”

Oj, Scarlett, Scarlett albo o „Przeminęło z wiatrem”


Przyznam się Wam do czegoś. Nie umiem rozgryźć narratora w tej książce. Denerwuje mnie to bardzo, bo nie wiem, z czym tak do końca mam do czynienia: czy z barwną opowieścią o minionej chwale amerykańskiego Południa czy z narracją, która w dużej części opiera się o krzywdzące stereotypy i pokazuje wypaczony obraz historii i stosunków społecznych tamże.

Ponieważ o fabule „Przeminęło z wiatrem” możecie się łatwo dowiedzieć dużo więcej w wielu innych zakątkach internetu, a i ja nie czuję specjalnie potrzeby pisania kolejnej recenzji tej powieści, więc przedstawię tu raczej garść moich uwag, spostrzeżeń i pytań niż pełnoprawną recenzję.

10 najlepszych baśni Braci Grimm albo ranking niezwykle subiektywny

10 najlepszych baśni Braci Grimm albo ranking niezwykle subiektywny


Bracia Grimm są w czołówce moich ulubionych twórców. Sam proces zbierania i przerabiania ludowych opowieści w literackie narracje fascynował mnie praktycznie od zawsze, do tego dochodzi specyficzny klimat grimmowskich baśni i doskonałe wydanie tej książki, którą dostałam jako dziecko. Dlatego jak tylko zaczęłam planować pisanie tego bloga wiedziałam, że muszę napisać coś o baśniach słynnych braci. A żeby zrobić to szybciej, zmotywowała mnie dyskusja pod tym wpisem Zwierza Popkulturalnego (po takiej dyskusji człowiek siada i czyta Grimmów po raz kolejny, i nie ma zmiłuj). Dlatego dzisiaj mój prywatny ranking baśni Braci Grimm.


Samotna kobieta w nawiedzonym domu razy 5 albo specyficzne upodobania czytelnicze i jak je realizować

Samotna kobieta w nawiedzonym domu razy 5 albo specyficzne upodobania czytelnicze i jak je realizować



Chcę przeczytać książkę. O kobiecie. Kobieta przeprowadza się.
Najlepiej na wieś (oho, pomyślicie, brzmi jak z Katarzyny Michalak. No więc dobrze: wykluczamy fabuły Katarzyny Michalak. Co dalej?)
Kiedy kobieta już przeprowadza się, w dodatku na wieś, odkrywa, że w jej domu straszy.
Wymóg dodatkowy: nie może to być stricte romans, ani zupełnie, serio-serio, horror. Trudne wyzwanie.

Jesteś tym, co jesz? Albo o "Zjadaniu zwierząt" J. S. Foera

Jesteś tym, co jesz? Albo o "Zjadaniu zwierząt" J. S. Foera


O „Zjadaniu zwierząt” słyszałam swego czasu zewsząd. Potem jakoś ucichło, aż w końcu okazało się, że Krytyka Polityczna ma bożonarodzeniową promocję na książki i tym sposobem eseje Foera trafiły w końcu do mojego zbioru. Postanowiłam o nich napisać dlatego, że ani nie jest to – jak chcieliby niektórzy – ostry manifest na rzecz wegetarianizmu, ani – jak uważają inni – zachowawcza historia mieszczucha, który nie zna się na życiu na wsi ani na życiu zwierząt w gospodarstwie. W mojej skromnej opinii to jest podróż w poszukiwaniu rozgrzeszenia, którego właściwie nie da się uzyskać i opowieść o cierpieniu, które jest niewidzialne.

17 miejsc do czytania albo gdzie czytać, żeby czytać

17 miejsc do czytania albo gdzie czytać, żeby czytać


Tak jak napisałam, ten blog powstał z prywatnej potrzeby motywacji. W teorii oczywiście niewielkiej trzeba motywacji do czytania. Nieduży to wysiłek: usiąść, złapać książkę i przystąpić do lektury. Ale za to jak poważnie to brzmi! Zrobiła się zresztą ostatnio moda na czytanie – w opozycji do narzekań na to, ilu Polaków i ile Polek nie czyta – więc cóż łatwiejszego, niż czytać?

Dlatego dzisiaj chcę Wam przedstawić taki miniporadnik dla tych, którzy tak jak ja, są stworzeniami przekornymi. Jak już czytają, to mogą bić gromy i nic ich nie oderwie od książki, ale zanim się za lekturę zabiorą, muszą się umościć odpowiednio. A zatem, jak - z przymrużeniem oka - uwić sobie czytelnicze gniazdko?