Więcej czytania albo karnawał blogowy! #4

Więcej czytania albo karnawał blogowy! #4


Powoli mija sobie całkiem przyjemny kwiecień. Przyjemny, bo nagle ni z tego, ni z owego zrobiła się wiosna. Zważywszy na to, że był to miesiąc, który zaczął się od wyprawy na Święta, podczas której nadjeżdżające z naprzeciwka samochody pokryte były śniegiem, bowiem przed nami trwała w najlepsze śnieżyca, podczas gdy my znajdowaliśmy się jeszcze w paśmie wiosennym, to trzeba przyznać, że to naprawdę wyjątkowo nieoczekiwana wiosna.
Żółtko w każdej zupie! Albo o "Jarskiej Kuchni zawierającej wypróbowane przepisy przyrządzania smacznych a zdrowych potraw roślinnych, oraz naukowe uzasadnienie jarstwa" M. Czarnowskiej

Żółtko w każdej zupie! Albo o "Jarskiej Kuchni zawierającej wypróbowane przepisy przyrządzania smacznych a zdrowych potraw roślinnych, oraz naukowe uzasadnienie jarstwa" M. Czarnowskiej


W sobotę sugerowałam Wam, że warto odwiedzać stronę Polony. Nie tylko dlatego, że jest to biblioteka cyfrowa, która prowadzi własny blog, ale przede wszystkim z tego powodu, że nowości na stronie samej biblioteki lądują w formie kolekcji tematycznych. Jedna z ostatnich skusiła mnie tytułem: „Precz z mięsożerstwem” przeczytałam i natychmiast powędrowałam zobaczyć, co też pod koniec XIX wieku uważano o wegetarianizmie.
Doktor i kobiety albo o "Doktorze Żywago" B. Pasternaka

Doktor i kobiety albo o "Doktorze Żywago" B. Pasternaka

 
Po świetnie rozpoczętym lekturowo kwietniu spodziewałam się dalszych literackich podbojów. Ponieważ „Grona gniewu”, pomimo różnych zastrzeżeń, przeczytałam sprawnie i stosunkowo szybko, z radością na jedną z kolejnych lektur wybrałam światowe arcydzieło i innego noblistę, czyli „Doktora Żywago” Borysa Pasternaka.
Wędrówka po miejscach z książkami albo przepis na ciekawe popołudnie

Wędrówka po miejscach z książkami albo przepis na ciekawe popołudnie

 
Taka piękna, wiosenna sobota, nie wiem, jak Wy, ale ja wraz z nadejściem wiosny czuję, że mogłabym zrobić wszystko – w tym czytać całymi dniami. Tak się oczywiście nie dzieje, bo czytać całymi dniami jest trudno: czasami człowiek chce coś zjeść, z kimś pogadać, zrobić sobie herbaty, pójść na spacer albo po prostu nie czytać, bo krzesło jakieś takie dzisiaj niewygodne, a to co akurat mamy pod ręką, jakoś nie wciąga.
Książki półsieroty albo wespół w zespół

Książki półsieroty albo wespół w zespół


Jakiś czas temu do mojego Domownika zadzwonił brat, żeby mu przekazać, że ma pomysł na wpis dla mnie. Domownik przekazał mi oczywiście pomysł, mnie jak to mnie – zaświeciły się oczy, przystąpiłam do rozmyślań i szeroko zakrojonego rozpisywania sobie pomysłu i... I okazało się, że nie do końca wiem, jakby ten pomysł zrealizować.
Jak Dickens pisał "Dziady" albo nieoczekiwana zmiana miejsc

Jak Dickens pisał "Dziady" albo nieoczekiwana zmiana miejsc


Przy okazji wpisu o ulubionych szkolnych lekturach wywiązała się dyskusja, w której Beata z Miros de carti poruszyła frapujący temat, który mnie zachwycił. Mianowicie: co by było, gdyby daną książkę napisał kto inny? Do tego piękne wizje wysnuła tam Ann-wlkp, więc nie pozostało mi nic innego, jak któregoś słonecznego popołudnia przysiąść fałdów i zastanowić się, kogo by tu wziąć na ząb od tej strony. I tak powstał ten wpis.
Karmienie bez korzyści historycznej albo zaczynając od jajka

Karmienie bez korzyści historycznej albo zaczynając od jajka

Wiedzieliście, że dzisiaj jest Dzień Założenia Rzymu? Ja, przyznaję się, nie wiedziałam. Ale skoro tak twierdzi wikipedia, to czemuż by nie skorzystać z okazji i nie zrobić z tego punktu wyjścia? Pomyślałam sobie najpierw, że może by zrobić przegląd powieści o starożytności, ale odłożyłam to póki co na inną okazję. O mitologiach już pisałam. Co zatem? No, wiadomo, ab ovo.
Przemożna siła skojarzeń albo o pisarkach dla dzieci inaczej

Przemożna siła skojarzeń albo o pisarkach dla dzieci inaczej



Dzisiaj są urodziny Hanny Januszewskiej. Hanna Januszewska dała światu cykl książek o Pyzie Wędrowniczce, więc dla tego miejsca to data niebanalna. O samych książkach oczywiście mam zamiar kiedyś osobno napisać, ale dzisiaj pomyślałam, że kilka słów poświęcę czytaniu pisarek dziecięco-młodzieżowych tak w ogóle.
Z naszego na nasze albo jak to jest z tymi zabytkami (polszczyzny)

Z naszego na nasze albo jak to jest z tymi zabytkami (polszczyzny)


Dzisiaj jest jeden z bardziej wartych upowszechniania dni roku, czyli Dzień Ochrony Zabytków. Z zabytkami sprawa nie jest wcale łatwa – a konserwatorzy zabytków bywają jedną z najbardziej chyba znienawidzonych grup zawodowych w naszym kraju. Ale na szczęście są takie zabytki, co do których wszyscy są zgodni, że warto je chronić (mniej więcej wszyscy), to znaczy zabytki książkowe. Ale zamiast listy najgodniejszych i najczcigodniejszych nośników polszczyzny chciałabym się dzisiaj zastanowić nad problemem trochę innym: co nam z tej staropolszczyzny przychodzi?
Kiełbasa straszna, ale wbrew autorskim intencjom albo o "Rysiu Raperze i strasznej kiełbasie" S. i T. Nopoli

Kiełbasa straszna, ale wbrew autorskim intencjom albo o "Rysiu Raperze i strasznej kiełbasie" S. i T. Nopoli



Słuchajcie, jakiś czas temu moją niewinną duszę naraził na szwank kontakt z literaturą (nie w ogóle, ale z konkretnym przypadkiem). To znaczy muszę być uczciwa (skoro ma biedna dusza i tak jest już poszkodowana): sama się o ten kontakt prosiłam. Otóż jeszcze w lutym w Tramwaju nr 4 Janek opublikował recenzję książki pod jakże barwnym tytułem „Rysio Raper i straszna kiełbasa”. Konkluzja recenzji była taka, że jest to książka „dla nikogo”. Ale że jak wiecie lubię się dokopywać do różnych treści pod spodem właściwego tekstu pomyślałam, że gdzież tam, aż tak strasznie być nie może.
A co tam, panie, na Słowiańszczyźnie słychać albo o słowiańskiej fantasy (2)

A co tam, panie, na Słowiańszczyźnie słychać albo o słowiańskiej fantasy (2)


Wczoraj się zastanawiałam, jak to w ogóle z tą słowiańską fantasy jest, ale w przykłady było raczej skąpo. Dlatego trochę rozbudowałam tę część i dzisiaj będzie trochę o tym, co może być uważane za słowiańską fantasy (powtarzam jednak, że to są moje, że tak to ujmę, rozkminy, na podstawie moich różnych lektur, więc niekoniecznie jakieś superobiektywne, jeśli to w ogóle możliwe, wyznaczniki). Także odwieszamy wczorajszy cliffhanger do szafy na następną okazję (która już niedługo!) i podążamy dalej mroczną ścieżką do prasłowiańskiego boru.
A co tam, panie, na Słowiańszczyźnie słychać albo o słowiańskiej fantasy

A co tam, panie, na Słowiańszczyźnie słychać albo o słowiańskiej fantasy



Nie wiem, czy Wy też załapaliście się na którąś z fal gorącej dyskusji na temat tego, czy nasza fantasy jest słowiańska, czy tylko tak się jej wydaje. Dyskutowało się lat temu z dziesięć albo i więcej w takich rzutach, bo temat od czasu do czasu wracał. Śledziłam te dyskusje z niekłamaną przyjemnością, chociaż jak wszystkie dyskusje, tak i ta właściwie nie miała żadnej konkluzji. Ale tak sobie wówczas myślałam nad tematem, a teraz sobie pomyślałam, że w sumie skoro już założyłam tego bloga, to może te przemyślenia spisać? No i taki jest efekt.
Nazwiska nie do wymówienia albo jak się państwa czyta, szanowni autorzy?

Nazwiska nie do wymówienia albo jak się państwa czyta, szanowni autorzy?


Siedziałam tak sobie podczas weekendu przy stole i przyglądałam się parapetowi, który jako jedno z wielu miejsc w naszym domostwie służy jako przygodny regał (czytaj: nie ma miejsc, w których nie dałoby się położyć książek) – bądź w słonecznie dni jako legowisko dla kota. I tak sobie kontemplowałam i kontemplowałam, i pomyślałam sobie, że jednak te grzbiety powieści stwarzają czasami sporo kłopotów. A konkretnie, to nazwiska autorów.
Łańcuszek pytań i odpowiedzi albo 11 rzeczy, które chcieliście wiedzieć o Pyzie, ale baliście się zapytać

Łańcuszek pytań i odpowiedzi albo 11 rzeczy, które chcieliście wiedzieć o Pyzie, ale baliście się zapytać




Tak jak mówiłam, chyba jestem jedną z licznych ofiar przesilenia wiosennego. Jakoś mnie tak dopadło, że co prawda pracuję, czytam, nawet spotykam się z przyjaciółmi, piszę i w ogóle, ale tak jakoś mam wrażenie, że – jak mawia moja Mama – jakby mnie ktoś kopnął, to bym zaleciała na księżyc. Dlatego pomyślałam sobie, że może napiszę dzisiaj notkę taką z gatunku tych lżejszych – to znaczy odpowiem na pytania Hadyny, która nominowała mnie do Liebster Award.
10 najlepszych baśni narodów dawnego Związku Radzieckiego albo ranking wybitnie subiektywny #4

10 najlepszych baśni narodów dawnego Związku Radzieckiego albo ranking wybitnie subiektywny #4


Ponieważ wymyśliłam sobie tę samozwańczą tradycję, żeby dziesiątego każdego miesiąca pisać o baśniach – w takim osobistym ujęciu dziesięciu moich naj – to nie dziwicie się zapewne, że dzisiaj ten pomysł kontynuuję. Za cel obrałam sobie tym razem pięciotomowe, pięknie ilustrowane wydawnictwo z końca lat osiemdziesiątych, które bawiło mnie i fascynowało przez całą szkołę podstawową.
Moi ulubieni czescy pisarze albo o książkach zza Olzy

Moi ulubieni czescy pisarze albo o książkach zza Olzy


Jak zapowiadałam nie raz już, a zaczęło się wszystko w dyskusji pod tym wpisem o listach książek, napisałam w końcu taką notkę – w której przyznaję się, jakich czeskich pisarzy lubię bardzo. I których, rzecz jasna, każdemu gorąco polecam, bo w moim mniemaniu to są po prostu bardzo, bardzo dobrzy pisarze. Podczas pisania tego wpisu zdałam sobie sprawę, że to nie jest do końca użyteczny przewodnik, jako że brakuje u nas przekładów, ale zawsze możecie zobaczyć, jacy czescy pisarze oprócz tych najbardziej znanych istnieją.
Biblijna katastrofa ekonomiczna albo o "Gronach gniewu" J. Steinbecka

Biblijna katastrofa ekonomiczna albo o "Gronach gniewu" J. Steinbecka




Są tacy pisarze, o których wiele słyszałam i od dawna mam na nich chrapkę, bo po prostu jakoś się do tej pory nie złożyło, żeby ich dzieła wpadły mi w ręce. Zwłaszcza dwóch amerykańskich klasyków do tej pory było mi zupełnie obcych – John Steinbeck i William Faulkner. Co więcej, ja ich nieustająco ze sobą mylę. Dlatego postanowiłam położyć temu kres i sięgnęłam w końcu po coś reprezentatywnego – i tak przeczytałam „Grona gniewu” Steinbecka i dzisiaj o tejże książce słów kilka.
Jak czytać cegiełki albo co zrobić, człowiek ma kręgosłup

Jak czytać cegiełki albo co zrobić, człowiek ma kręgosłup


Nie, nie, nie martwcie się, nie będzie o czytaniu cegiełek w znaczeniu takich karteczek-bonów, które wykupuje się w ramach wspierania jakiejś akcji. Byłoby to jakieś wyzwanie, napisać cały wpis na ten temat, ale to może niekoniecznie dzisiaj. Chodzi oczywiście o książki, które gabarytowo nas niekiedy przerastają czy przerażają – albo odwrotnie, napełniają nas przyjemnym drżeniem oczekiwania, bo zaraz zanurzymy się w świat, z którym przez kolejne tysiąc stron się nie rozstaniemy.

Pachnąca literatura albo o książkach, perfumach i reklamach

Pachnąca literatura albo o książkach, perfumach i reklamach


Czy już zostaliście symbolicznie popryskani wodą przez najbliższych (o bycie oblanym przez przypadkowych ludzi na ulicy nie pytam, bo nikomu tego nie życzę)? Nie wiem jak u Was, ale w moim domu rodzinnym był zwyczaj pryskania każdego rano, żeby już na cały dzień był spokój. I to psikanie cieczą – o rety, jak to źle brzmi! – naprowadziło mnie na pomysł dzisiejszej notki.
Dzięcielina, mity i droga w tytule albo o książkach w piosenkach

Dzięcielina, mity i droga w tytule albo o książkach w piosenkach

Na początku chciałam Wam życzyć udanych dni świątecznych – niezależnie od tego, jak je świętujecie. Co prawda to są krótkie święta, ale zawsze co wolny poniedziałek, to wolny poniedziałek. A przechodząc do meritum: dzisiaj zapowiadany ostatnio wpis gościnny. Napisał go na moją prośbę Wojtek, jeden z moich przyjaciół, który tak się składa, że zdecydował się całe życie pracować właśnie w niedzielę, bo został księdzem, więc stwierdziłam, że cóż to dla niego napisać jeszcze na niedzielę świąteczną wpis (zresztą Wojtek sam bloguje na ksiedza.pl). Wojtek jest największym fanem polskiej muzyki popularnej, jakiego znam, więc o wpis w tych klimatach go poprosiłam – ale oczywiście z nutką książkową, bo jakże by mogło być inaczej! A teraz już oddaję głos gościowi.
Ku Wielkanocy albo o pisarzach, u których to widać

Ku Wielkanocy albo o pisarzach, u których to widać


Niezależnie od tego, czy dzisiejszy dzień jest dla Was najważniejszy w roku, czy jest preludium do tego, co jutro (albo za tydzień), czy po prostu to początek czasu wolnego, na pewno zdarzyło Wam się przeczytać powieść jakiegoś pisarza, który deklarował się jako pisarz chrześcijański – mniej lub bardziej (a jeszcze z boku jest cała kolejka tych, których chrześcijańskimi mianowano bez ich woli i wiedzy). Dlatego dzisiaj zrobiłam wybór takich pisarzy, dla których chrześcijaństwo w różnych wydaniach było pewnym punktem odniesienia i pomyślałam, żeby się zastanowić, jakim właściwie. Co wcale nie ogranicza tematu.

Wilki, krew i pomarszczone ręce albo czego oczekujemy od książki dla dzieci

Wilki, krew i pomarszczone ręce albo czego oczekujemy od książki dla dzieci


Na dzisiaj przypada jedno z ważniejszych czytelniczych świąt w roku, czyli Dzień Książki dla Dzieci. Ponieważ już sprokurowałam przeróżne listy moich ukochanych książek dla dzieci (na przykład tu i tu), więc pomyślałam, że nie ma sensu powtarzać tego, tyle że w innej konfiguracji, za to nadarza się pyszna okazja, żeby zastanowić się nad tym, czego jako czytelnicy już nie dziecięcy – ale zainteresowani literaturą dziecięcą bądź ją czytający dzieciom własnym i cudzym – oczekujemy i jak się do tego mają nasze kulturowe wymogi.
Kiedy autor wcale nie chce powiedzieć tego, co mówi albo o książkach, które nie istniały

Kiedy autor wcale nie chce powiedzieć tego, co mówi albo o książkach, które nie istniały


Wiadomo, jak pierwszy kwietnia, to trzeba by poruszyć kwestię żartowania. Właściwie nie wiem, czy jestem fanką praktycznych dowcipów, na pewno nie takich, w których ktoś robi coś przerażającego, żeby zobaczyć moją minę (aczkolwiek mając lat cztery-pięć namiętnie krzyczałam w prima aprilis „pająk!”, żeby zobaczyć jak reaguje ta część mojej rodziny, która pająków nie znosi; na szczęście mi przeszło). Dlatego dzisiaj postanowiłam napisać o czymś, co wydaje mi się interesujące: czyli dowcipach książkowych, w które włożono tyle trudu, że w sumie ciężko mówić o tym, że to były dowcipy. Raczej zmaterializowane andegdoty? A czasami nawet i nie to. Bo czasami coś, co obieramy dzisiaj jako dowcip było zupełnie na serio.