Czemu detektyw jest nieszczęśliwy i inne fiksacje albo o bumerangach



Wiecie co, jakby się tak zastanowić, jaki element powracał w dyskusjach w zeszłym roku jak bumerang (nie tylko tutaj, mam wrażenie, że często rozmawiałam o tym i na innych blogach), to myślę, że temat „dlaczego ten detektyw pije, rozwodzi się i ma problemy z dziećmi” w tej czy innej formie byłby jedną z takich rzeczy. Postanowiłam więc, a jakże, poświęcić mu osobny wpis. I, no – pewnie się już zorientowaliście: to jest właśnie ten wpis.

Oczywiście na początku musi pojawić się magiczne słowo „konwencja” (I puff – królik z kapelusza! A właściwie może bardziej w temacie: przepiłowana na pół dama w pudle). Czym jest ta konwencja i czy ona jest faktycznie naszym sprawcą zbrodni? Konwencja to najprościej mówiąc pewien sposób pisania, ustalone dekoracje, w ramach których porusza się nasz podejrzany (pisarz, ale i bohater, którego w tych dekoracjach ustawia). Detektyw po prostu jest nieszczęśliwy, łysieje, żona się z nim rozwodzi, kochanka porzuca, a zapas whisky się kończy. I można by wszystko zrzucić na karb konwencji, gdyby nie inne pytanie, następujące nam w tym momencie na pięty: ale skąd się wzięła ta konwencja?

[1]
Wiecie, to jest ten moment, kiedy śledczy-amator, taki jak ja, może zacząć gdybać, więc wszyscy profesjonalni śledczy są zachęceni do korygowania mojego trybu myślenia. Na temat literatury kryminalnej powstała masa opracowań, ale przyznaję, że traktuję tego detektywa trochę pretekstowo: chodzi mi w ogóle o to, czemu pewien entourage w różnego typu powieściach się powtarza. Detektyw jest częstą ofiarą i dlatego się nim tutaj zajmujemy. Jaka jest konwencja już wiemy, ale spróbujmy się cofnąć w przeszłość i zapytać o alibi pisarzy dość wczesnych. Przecież w „Tajemnicy Czerwonego Domu” Milne'a wszyscy są relatywnie zadowoleni, cień mroczności jakiejkolwiek nie unosi się nad fabułą. Chodzi, co przyznawał sam Milne, o zagadkę. Jak może pamiętacie, nie byłam specjalną fanką tej powieści, dlatego że wydaje się dzisiaj wypreparowana z całego tła – a sama zagadka jakoś nie chce wystarczyć. Pytanie, czy jestem jako czytelniczka przyzwyczajona do innego typu kryminałów? Chyba niekoniecznie, o czym będzie dalej.

Weźmy z kolei Conan Doyle'a. Holmes nie jest może wesołkiem, ale te opowiadania nie są aż tak mroczne, jak można by się spodziewać (powieści zostawmy na boku, tam trochę może byśmy mroku znaleźli), nie ma w nich na pewno tej dosłownej mroczności, jaka spada na nas niekiedy przy czytaniu bliższych nam czasowo dzieł. Skąd zatem bierze się ta konwencja nieszczęśliwego detektywa? Zdaje się, że rezonuje gdzieś później, kiedy prywatny detektyw staje się człowiekiem spoza systemu, który go niesprawiedliwie osądził albo od którego odchodzi, bo czuje się do niego zniechęcony czy też wie o nim już za dużo, by weń wierzyć. Tak czy inaczej pojawia się nam tutaj to napięcie jednostka-system: detektyw działający na własną rękę jest nieszczęśliwy z wyżej wymienionych powodów, detektyw poruszający się w jego ramach jest nieszczęśliwy, bo system go przygniata i zazwyczaj wcale nie funkcjonuje sprawnie. Wpływ na smutek naszego detektywa może mieć też pewna klisza kryminału jako gatunku "męskiego": nawet jeśli główną bohaterką jest kobieta, boryka się ona z podobnymi problemami. Równouprawnienie zaszło tu zatem w dość przekorny sposób (dochodzi zresztą do tego pokutujące cały czas przekonanie, że świat zbrodni jest "męski", co jest daleko idącym uproszczeniem zarówno jeśli chodzi o tropienie, jak i popełnianie tychże zbrodni).

[2]
W dodatku czy nie jest aby tak, że takiemu coś za szczęśliwemu detektywowi byśmy jakoś mniej wierzyli? Abstrahując od tego, czy wierzylibyśmy mu, że zachowuje pogodę ducha w obliczu najmakabryczniejszych mordów, jakie funduje mu w dochodzeniu autor (o czym za chwilę) – czy nie jest trochę tak, że taki zupełnie w porządku ze sobą i światem bohater raczej gorzej by się czytał: no bo jak to, nic go nie rozprasza, a on jeszcze nie wpadł na rozwiązanie zagadki? Przy czym zastrzegam: mówię o tym wyłącznie w ramach świata powieściowego jako pewnej konstrukcji. No więc właśnie: ma to jeszcze drugą stronę, gdzie prowadzona sprawa może przekładać się na życie naszego bohatera i odwrotnie. Ileż tu pola do snucia analogii, rzucania aluzji i sprytnego prowadzenia czytelnika.

Dobrze, ale wróćmy do tego, o czym miało być za chwilę. Bo wydaje mi się, że to, że naszemu detektywowi w życiu się nie powodzi, to też element uspójniania decorum. Na zasadzie: smutne (bo jakież by inne) sprawy – smutny bohater. Uchachany detektyw raczej by tu nie pasował, chociaż nie wątpię, że taki kontrast można by ciekawie rozegrać. Padnie tu też – od razu ostrzegam – mój koronny argument: czy nie jest aby tak, że smutek spraw i smutek detektywa ma sprzyjać budowaniu realizmu? Jak kiedyś wspominałam, to nie zawsze jest najlepsza metoda, ale wydaje się, że bywa jednak dość często wykorzystywana. Zobaczcie zresztą, jak pięknie wykorzystuje ten schemat Akunin w „Azazelu” (i chyba nie dodam nic więcej, żeby nie psuć przyjemności z lektury tym, którzy nie czytali, a których wcześniej nie ostrzegłam, że będę spojlerować).

[3]
Dochodzi do tego jeszcze inna sprawa, której nie sposób chociaż skrótowo nie poruszyć. Chodzi rzecz jasna o ambicje, jakie przypisywane są kryminałom od ładnych paru lat: już nie chodzi o zagadkę, ale i o tło społeczne, o to, żeby powiedzieć coś więcej niż to, kto zabił (ale nie bądźmy niesprawiedliwi, tak naprawdę w starszych kryminałach tła społecznego jest mnóstwo, niekoniecznie jest ono jednak opisane wprost). Ale wracając do tematu: takie pokazywanie sytuacji społecznej, próba opisania pewnej rzeczywistości, zwykle rzeczywistości problematycznej, zachodzi wtedy przez postać detektywa i prowadzonej przez niego sprawy. A oboje są, jak już wiemy, ponurzy.

A co Wy sądzicie na ten temat?





[1]  No i oczywiście Sherlock Holmes Sidneta Piageta (1891). Źródło.
[2] Lloyd Nolan jako detektyw Martin Kane (początek lat 50.). Źródło.
[3] Bo estetycznie pasuje: Humphrey Bogart, lata 40. Źródło.

Weź dokładkę!

32 komentarze

  1. Fakt, wszyscy ci detektywi smutni jacyś. Nie dość, że smutni, to jeszcze wszyscy chleją! Mimo tego utyskiwania, całkiem lubię smutaśnych śledczych. Byle nie byli do bólu schematyczni... Ot, taki Wiktor Forst z cyklu Remigiusza Mroza: ten, zamiast zaglądać do kieliszka i palić papierosy, żuje gumy Big Red ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powieści Mroza jeszcze przede mną, ale widzę, że chociaż bohater nie pije, to i tak musi dostać jakiś swój mały nałóg, żeby coś się go uczepiło? ;)

      Usuń
    2. Na to wygląda, że normalny to on być nie może ;) Od razu ostrzegam, że Forst to jest cały z klisz, szczególnie w pierwszej części ("Ekspozycja") i myślę, że to może wkurzać - po tym, jak zjechałaś Puzyńską, nie jestem pewna, czy twórczość Mroza przypadnie Ci do gustu :) Ale ja zawsze wszystkim mówię: PRÓBUJ! CZYTAJ MROZA! I wcale nie grożę przy tym ludziom nożem, uśmiechając się obleśnie ;)

      Usuń
    3. I tak wypróbuję, złapałam się na tym, że wszędzie ostatnio wszyscy mówią o Mrozie i czuję, że nie łapię jakiegoś kawałka rzeczywistości ;). Ale na razie w bibliotece są kolejki, więc za czas jakiś pewnie się doczłapię. Bardzo jestem ciekawa, jak te klisze są wykorzystane, bo jest pewna różnica jednak między graniem z konwencją, a wykorzystywaniem najbardziej utartych schematów, żeby były... no, najbardziej utartymi schematami :).

      Usuń
    4. To prawda :) Nic nie mówię, sama ocenisz. Uważam, że drugi tom Forsta był o wiele lepszy (tj. uważam tak na chłodno, bo od przeczytania pierwszego minęło 5 miesięcy).

      No i co do nałogów, poprawka: Forst żuje te gumy, by zabić w sobie chęć do alkoholu i papierosów ;)

      Usuń
    5. Ocenię na pewno, no a w każdym razie napiszę, jak mi się podobało :).

      Usuń
    6. Świetnie, bo jestem bardzo ciekawa :)

      Usuń
  2. W ogóle ktoś powinien założyć jakąś fundację na rzecz tych wszystkich nieszczęśliwych detektywów, zapewniającą im pomoc psychologiczną i innego rodzaju wsparcie :)

    To nawet nie chodzi o pogodę ducha, bo o to rzeczywiście trudno w tym zawodzie i raczej detektyw-Polyanna nie byłby zbyt wiarygodny (inna sprawa to młodociani detektywi w powieściach dla dzieci, ale to inny temat na wpis ;)). Tylko o otaczanie już i tak niewesołego detektywa masą innych traum i przeżyć. Przoduje w tym Lehane, gdzie bohater był przez ojca bity, przypalany żelazkiem (przepraszam za spoiler i nieczułość, ale on to trudne dzieciństwo tak w którejś powieści celebruje, że czekałam aż się okaże, że jeszcze ojciec robił na nim doświadczenia w porozumieniu z NASA), a Angelę Gennaro bił mąż. A i tak na tle ludzi, których sprawy rozwiązują, wyglądają na szczęśliwych i spełnionych ;) Nawet taki Drwęcki, przykład pozytywnego detektywa (zakochany, z piękną żoną, która wypróbowuje na nim seksualne nowinki) ma gdzieś w tyle głowy wojenne doświadczenia z czasów nastoletnich.

    Tylko że większość tych detektywów - paradoksalnie - nie jest nieszczęśliwa, chociaż szczęśliwa też nie. Po prostu są zbyt cyniczni, żeby być nieszczęśliwi, patrzą na wszystko ze zbyt dużego dystansu, odziedziczonego po powieściach noir, harboiled czy jak zwał. A zarazem, w głębi swego cynizmu, pielęgnują te swoje wspomnienia o narzeczonych pomordowanych w dniu ślubu, zabitych dzieciach, sierocińcach prowadzonych przez sadystyczne zakonnice, ojcach alkoholikach i tak dalej ;) Gdyby im je zabrać - to by dopiero byli nieszczęśliwi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale pięknie to napisałaś :). W sensie: bardzo mi się podoba takie odwrócenie całej sprawy, że to nieszczęście powoduje pewną homeostazę, takie względne szczęście postaci skonstruowanej zgodnie z konwencją! :)

      Usuń
  3. W odniesieniu do komentarza wyżej, też czuję się wyjęta z rzeczywistości, bo nie znam powieści Remigiusza Mroza :) Udałam się nawet wczoraj na spotkanie autorskie z jego udziałem, aby wreszcie dotarło do mnie, że czas poznać bohaterów stworzonych przez autora :) Już niedługo wezmę się za "Kasację" :)
    A co do wpisu, myślę, że coś w tym jest, że detektywi/komisarze/policjanci nie mogą być zbyt szczęśliwi, nie pasowaliby do całokształtu powieści kryminalnych. Ci, których ja spotkam na drodze, mają problemy różne, od niespełnionej miłości, po skrajny alkoholizm. Co gorsza, tych nieudaczników życiowych często się bardzo lubi i...ceni :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i jest też trochę tak, że czytanie o takim bohaterze ma nam pomóc jakoś odreagować, w tym sensie, że właśnie nasza sympatia jest spowodowana tym, że ma on gorzej (a najczęściej: znacznie gorzej), a jednak sobie radzi? W sumie nie do końca wierzę w tego rodzaju "katharsisy", ale jest to ciekawa interpretacja ;).

      Usuń
  4. Początkowi detektywi byli raczej personifikacją logiki detektywistycznej (powstało mnóstwo opowiadań krytykujących to - np. Obietnica), nie postaciami z krwi kości, potem pojawili się upadli detektywi: pijani, nieszczęśliwi, rozwiedzeni. ;)
    Ciekawy wpis! Świetny temat wybrałaś. :) Sama dawno temu zadawałam sobie pytanie umieszczone w tytule, napisałam nawet krótki tekst o pijaństwie wśród detektywów. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, ta zagadka wydaje mi się ważniejsza początkowo od charakteru detektywa -- zastanawiam się, czy Holmes nie jest też wyjątkiem, bo jest rozwijany niejako tak w trakcie czytania go przez lata, dorobił się wielu własnych interpretacji i reinterpretacji.

      Dziękuję :). Podrzucisz swój tekst? Z chęcią przeczytałabym, bo chyba nie znam :).

      Usuń
    2. Wiadomo, że Holmes to nie Dupin, ale i tak wiele ich łączy. ;)
      To bardzo stary wpis (z 2013 roku), więc myślę o nim (o wykonaniu, nie o treści) ze wstydem; jeśli mimo tego jesteś zainteresowana, znajdziesz go tutaj.

      Usuń
    3. Kasjeuszu, Ciebie się zawsze przyjemnie czyta :). Dzięki za link i za notkę, chociaż do baru bym się nie wybrała z żadnym detektywem, myślę, że muszą wtedy jeszcze bardziej snuć ponure myśli -- o, właśnie, a jakby się taki literacki detektyw upijał na wesoło? To by było jakoś interesujące ;).

      Usuń
  5. Nadrabiam zaległości (festiwal Emmowy wyszedł cudnie, na marginesie), ale notka taka ciekawa, że nie oparłam się chęci dorzucenia trzech groszy z własnej kieszeni.

    Zacznę cytatem, bo zawsze to dobrze podeprzeć się klasyką. :)
    "Miał dość przekupnych, zarozumiałych gliniarzy, szczurzych pysków szantażystów, wulgarnego śmiechu sprzedajnych dziwek, wycwanionych długonogich sekretarek sypiających z obleśnymi staruchami, gangsterów w nienagannie skrojonych garniturach". Poza tym "w okręgowym więzieniu w Miami oczywiście nie było klimatyzacji", a "burbon nie był najwyższej klasy i miał smak samogonu". No i ten paskudny dziennikarz, hiena żerująca na najniższych instynktach, a zarazem szantażysta z brukowca...
    Nie wiem, kto dziś ma prawa do książek Siewierskiego (pierwsze wydanie poszło chyba w latach 70), ale gdybym to była ja, wydawałbym w ciemno, no, może z lekką zmianą realiów (emigranci zamiast Afroamerykanów, policja zamiast FBI, chlor zamiast karbolu, Chopin zamiast burbonu itd). I Jozue Rotfeld w roli szwracchrakteru brzmi raczej komicznie, ale zamienić go na jakiegoś Roberta Nowaka czy Kamila Kaczmarka - i już obleci, nawet szczurowatego wąsa nie trzeba kasować.

    A tak na serio, faktycznie ten cień Chandlera i pogrobowców długi jest i szeroki, a co było odkrywcze parędziesiąt lat temu, dziś jest już tylko sztancą i to często odbitą na kiepskim materiale. Za to gdy autor/ka zechce uciec z cienia kryminału noir, to zaraz wpada w pułapkę tła społecznego (tło społeczne w kryminale przypomina mi czasem obraz społeczeństwa polskiego w niektórych filmach, które to społeczeństwo składa się z samych "typów").
    I do tego dołącza się jeszcze przekonanie, że - jak piszesz - smutno = poważnie = głęboko. I ta głębia tak się pogłębia, że pożera prawdziwe życie. W efekcie czytelnikowi serwuje się na tacy jakieś emo-chłopki, które snują spostrzeżenia typowe dla dwudziestolatków (komendant bierze w łapę, kuratorka chodzi do burdelu, a kolega za dodatek mundurowy kupił radio kochanicy... i Jezus Maria, upadek świata z tego będzie, jedna bada, granda i samorząd, na nic cała cywilizacja i nowe metro).
    Choć mnie drażni co innego: otóż ta gotowość do snucia głębokości przemyśleń wydaje mi się bardzo nienaturalna. Bo jeśli ktoś widzi kolejnego trupa i po tym trupie (nawet jeśli jest to zazwyczaj trup prostytutki i to leżący w rynsztoku) pełza wesz, to, jako żywo, normalny, obyty z trupami człowiek pierwsze, co robi, to odsuwa się, żeby mu ta wesz nie wpełzła pod własne skarpetki, a nie dywaguje o degrengoladzie społecznej czy innej ogólnej nędzy. Raczej spodziewałabym się tu głupawo-szkolnego humoru nienajwyższych lotów (w celu tzw. odreagowania), niż filozoficznych rozmyślań.
    Dlatego, przyznam szczerze, od kilku lat kolekcjonuję w prywatnej, literackiej kapliczce "Detektywów, Którzy Mają Normalne Życie". Jasne, czasem ich coś zaboli, czasem popadną w przygnębienie, czasem zderzą się z murem, ale, na miłość Boską, nie dokonują rachunku sumienia przy pedałowaniu na rowerze.
    Z drugiej strony, każdemu, co kto lubi. Mam swoje ukochane klisze, mają i inni. Od tego kultura jest, żeby był wybór między pomidorową a grzybową. Problem w tym, jak się zaczyna trend, że grzybowa to creme de la creme, must have i gwóźdź sezonu, a pomidorowa znika z karty dań.

    A cytaty mogą być z lekka niedokładne, bo spisywane z "z ręki". Ale jakby co, to tytuł dzieła brzmi "Zaufajcie Drakuli". I polecam zaufać. :) Bo widać, że jaka kusząca jest sztanca i, jak ostrożnym trzeba być, pisząc "kryminał społecznemu", żeby nie stoczyć się do śmiesznej propagandówki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ann_wlkp, wszystkiego dobrego w nowym roku :)!

      Cytat z klasyki przedni, a nawet prze-przedni, bo pięknie ilustruje tego naszego detektywa-ponuraka, a że książka słynna, że ho, ho i bardzo bym chciała ją kiedyś podejrzeć chociaż, bo słyszałam o niej legendy, to bardzo się cieszę, że go przywołałaś :).

      Dokładnie tak: "tło społeczne", rozumiane jako "jest źle, a będzie jeszcze gorzej, o, i ostatnia iskiereczka zgasła" jest pułapką. Co więcej dość łatwo chyba w nią wpaść, właśnie na tej zasadzie źle=poważnie (a jak mówiła Ania Shirley, na zupełną tragedię może sobie pozwolić geniusz literacki i zawsze mi się ta myśl przypomina przy czytaniu). I granicę jakoś łatwiej przekroczyć, a przecież nawet w tragediach klasycznych są elementy komediowe, właśnie dla takiego przełamania, żeby utrzymać czytelnika/widza w nastroju odpowiednim, co nie znaczy, że z automatu dobijającym. Jak wszystko będzie wyłącznie czarne, to nic nie będzie widać, jakieś kontury by się chociaż przydały ;).

      Czy podzielisz się jakimiś namiarami na Detektywów-Którzy-Mają-Normalne-Życie? Bo zbiór to cenny i pod ochroną właściwie powinien się znaleźć :).

      Usuń
  6. Hmmm... Tak się jakoś zastanawiam. Bo wiecie, tzw. "detektywi", czyli ludzie zajmujący się problematyką śledczą, istnieją naprawdę i jest ich całkiem dużo: policjanci pionu kryminalnego, prokuratorzy... Może zrobić jakieś badania środowiskowe? Może to tak jest, że grabarze faktycznie piją, a detektywom podobni policjanci też piją?... I nie tyle są smutni, co smętni i cyniczni. I żony od nich odchodzą, bo jak ktoś ma trzecią realizację w miesiącu i znów był 26 godzin poza domem, a potem mu przełożony tych nadgodzin nie chce oddać, bo przecież tyle roboty jeszcze, to te żony też mają dosyć i odchodzą z dziećmi? I ci policjanci dostają od tego do głowy? I znów piją?
    Śmiem twierdzić, że dość łatwo jest zrobić takie badania. O wiele łatwiej, niż zbadać wpływ długotrwałej izolacji na psyche kosmonautów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne (i myślę, że to by było interesujące: zresztą niewykluczone, że takie badania już są, może tylko na wewnętrzny użytek, ale sądzę, że są robione właśnie dlatego, że to jest szalenie odpowiedzialna i trudna praca). Stąd zresztą zastrzegłam się, że chodzi mi o konstrukcję świata przedstawionego i bohatera, a nie o rzeczywistość. I tu dochodzi też kwestia realizmu: wiadomo, że nie chodzi o przełożenie 1:1 tego, co faktycznie zachodzi, tylko wybranie pewnych elementów i poskładanie ich w wiarygodny -- w założonych granicach -- obraz. Stąd pytanie: czemu wybiera się akurat to i składa akurat tak?

      Myślę też, tak na marginesie ;), że te badania odnośnie do izolacji astronautów, też są, bo temat jest tak wdzięczny, a grupa jasno określona, że nie wierzę, by się oparto pokusie ;).

      Usuń
  7. No właśnie, nie chodzi o przełożenie 1:1, ale chodzi o pewną wiarygodność. "Detektyw" (w tej liczbie detektywi wszelkiego autoramentu, policjanci, kotr-szpiedzy, czy - coraz popularniejsi - prokuratorzy), który ma złamaną psyche dostaje od razu +10 do wiarygodności. Przykro mi bardzo, ale taki Detektyw o temperamencie Józefa Szwejka budziłby pewnie w czytelniku silny dysonans poznawczy. Nawet, gdyby zamieścić jego certyfikat z Mensy o IQ przebijającym pułap 140.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, o co chodzi. Ale wydaje mi się, że tu dochodzi jeszcze jedna rzecz (ale popraw mnie, jeśli się mylę, bo to dość szeroko zakrojona intuicja, a takie zwykle coś pomijają): "smutny detektyw" -- w ramach tego niełamania decorum i realizmu w granicach prawa ;) -- będzie przy okazji zwykle rozwiązywał sprawę w pasującym entourage'u (przy okazji wychodzi nam ponura Skandynawia w lokalnych odmianach). A co z detektywami na południu? Włoskimi kryminałami, swego czasu dość popularnymi? Nawet ci detektywi z Florydy bywają jakoś bardziej sarkastyczni w sposób przywodzący na myśl, niech będzie, że Szwejka (który jest szalenie sarkastyczny jednak ;)) niż ponurzy po prostu.

      Usuń
    2. A detektyw u Andrei Camillierego? Czytałam strasznie dawno i wyleciało mi z głowy, jak się nazywał, pamiętam jednak, że lubił dobrze zjeść (ach ta sycylijska kuchnia!) i nawet jeśli miał jakieś problemy osobiste, to podczas lektury niespecjalnie zaprzątnęły mi umysł.
      No i oczywiście Christie - jej detektywi są dziwni (Hercules Poirot, panna Marple, Tommy i Tuppence) w sensie "nieco ekscentryczni" ale żadna z tych osób nie pije ponad miarę, nie ma problemów osobistych ani własnego mola, ani traumy z dzieciństwa. I to właśnie mi się w tych kryminałach podoba. Detektywów alkoholików nie trawię niezależnie od tego kto ich stworzył i pewnie dlatego dla mnie kryminały skończyły się na Christie i Chmielewskiej. Lektura współczesnych kryminałów nie sprawia mi takiej przyjemności. (No jeszcze Drwęcki jest w miarę strawny, może dlatego że jego trauma nie wychodzi na pierwszy plan.) Chętnie przeczytałabym serię z detektywem w typie Szwejka.
      Czasem odnoszę wrażenie, że współcześni autorzy kryminałów wzięli udział w kompletnie bezsensownym wyścigu, który wymyśli gorsze okropieństwa, bardziej zboczonego zabójcę, a przy okazji mocniej dowali swojemu detektywowi, jakby liczyli, że to jest najlepsza przynęta na czytelnika. A mnie ciągle najbardziej interesuje intryga i inteligencja :)
      Nie macie czasem poczucia, że teraz w kryminałach prawie cała (a czasem cała) para idzie w gwizdek?

      Usuń
    3. Właśnie, Camillieri mi przyszedł na myśl przy tych włoskich kryminałach, o których wspomniałam :). I też mam poczucie tego "wyścigu na okropności", ale moja hipoteza jest taka, że to pościg za realizmem rozumianym właśnie w ten sposób, że im okropniej, tym bardziej realistycznie (ale muszę powiedzieć, że zastanawiam się ostatnio nad zweryfikowaniem tego poglądu, ale nie doszłam jeszcze do żadnych konstruktywnych wniosków ;)).

      Usuń
    4. Hmm. Tak sobie dziś pomyślałem w drodze do racy, że zupełnie pomijamy pewną prawidłowość związaną z wpływem... literatury romantycznej na kryminał. To temat na cały wpis. Ale przyjrzyj się dziwnym podobieństwom detektywów do bohaterów romantycznych danej kultury. Jak bardzo bohaterowie Chandlera czy Hammetta są odbiciami postaci od E. A. Poego, jak nasi detektywi wpasowywaliby się w Mickiewicza, jakże morfinista Holmes swą dedukcją dekonstruując mroczne przesądy o demonicznych psach jest wręcz odbiciem bohaterów Shalleya i Byrona? Osobną sprawą jawi się tak popularny obecnie kryminał skandynawski (głównie szwedzki). Znam go mało. Ale za każdym razem mam wrażenie, że ta cała duszna i ciemna atmosfera, te tajemnice przeszłości skrzętnie upychane po kątach i piwnicach, to wszystko Strindberg i jego kobieta-mumia zamieszkująca szafę w "Sonacie widm".
      Ale to tylko przyczynek do zastanowienia, bo zbyt mało znam romantyzm i jeszcze mniej kryminały, by móc się upierać przy tej hipotezie. Hipotezce, zgoła ;-)

      Usuń
    5. Och, przeczytałabym taką notkę (wiesz, nie musi być elaborat, może być właśnie szkic, prolegomena, czy jakby to nazwać; zawsze mnie takie hipotezy fascynują, a ta zwłaszcza -- ten Strindberg wydaje się być świetnym tropem do udowodnienia :)!).

      Usuń
  8. A czy to nie jest ciekawe, że wiele postaci detektywów (pod którymi rozumiem także policjantów, i wszelkich innych śledczych) jest już z punktu wyjścia nieszczęśliwych?
    Poniekąd zgadzam się, że czytelnik mógłby mieć zbyt duży dysonans, czytając o losach zadowolonego z życia detektywa, który babra się w morderstwach, ale czy - wzorem seriali - nie lepiej byłoby przynajmniej ZACZĄĆ od szczęśliwego detektywa, a następnie w ramach rozwijania się fabuły, stopniowo go unieszczęśliwiać. Patrząc własnych wrażeniach np. z oglądania od 11 sezonów "Criminal Minds", widzę że o wiele bardziej rusza mnie ból/smutek postaci w momencie, gdy jako widz byłam najpierw świadkiem jej szczęścia (którego następnie, na moich oczach, zostaje brutalnie pozbawiona).
    Czy to nie dziwne, że częściej z marszu zaczynamy z postacią cynicznego, doświadczonego przez los bohatera, niż takiego, który dopiero załamuje się na naszych oczach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Myślę, że -- jeśli nie znasz -- Akunin mógłby Ci się w takim razie spodobać (ale mówię z perspektywy osoby, która przeczytała dopiero tom pierwszy). Zresztą jak wspomniałam w poście, on tak eksperymentuje z tym schematem właśnie.

      Zastanawiam się też, czy nie jest tak, że taki schemat realizowany jest głównie na osi "on jest szczęśliwy, ale a) nie zdaje sobie z tego sprawy, b) wiedziony skłonnościami autodestrukcyjnymi sam się tego szczęścia pozbawi, c) jego cynizm przesłania mu to, że jest szczęśliwy" (trochę wpisuje się w to najbardziej denerwująca mnie postać książkowa ubiegłego roku, czyli detektyw Szacki ;)).

      I tak, to frapujące, że dostajemy to załamanie ewentualnie w takim flashbacku.

      Usuń
    2. Wiesz, ja ogólnie czytam raczej mało kryminałów - mam garść lubianych autorów i poza nich rzadko wychodzę. Ale zapamiętam sobie tego Akunina, może przy okazji się napatoczy.

      Być może tak też jest ten schemat realizowany, ale wówczas wciąż postać kreowana jest na nieszczęśliwą (no bo skoro nie zdaje sobie z sprawy ze swojego szczęścia, to w swoich oczach -jest- nieszczęśliwa). Zastanawia mnie, dlaczego twórcy literaccy nie wykorzystują tego serialowego schematu--zwłaszcza, że ten naprawdę działa raz po raz, doprowadzając fanów kolejnych seriali proceduralno-kryminalnych (i nie tylko!) do płaczu nad smutnym losem niegdyś radosnych bohaterów ;)

      Usuń
    3. Ja sama dopiero stosunkowo niedawno zawędrowałam więcej między kryminały, więc wiem, o czym mówisz :).

      Tak sobie teraz pomyślałam: może dlatego, że natura serialu jest nieco inna -- jest dłuższy, a przynajmniej jest planowany, jako dłuższy, przebywamy z bohaterami generalnie więcej? A kryminały oczywiście wychodzą seriami, ale to niekoniecznie znaczy, że od początku jako takie są planowane?

      Usuń
    4. Być może... ale zauważ, że z serialem też nigdy nie wiadomo. Bywało, że kasowano je po jednym sezonie, paru odcinkach czy nawet pilocie! Sądzę raczej, że jest to po prostu pewien schemat, tak naturalny dla gatunku literackiego, że trudno się z niego otrząsnąć. Wiesz, może dlatego tak wielu osobom się podobały "Rzeki londynu" - bo to niby kryminał, urban fantasy, dość mroczne, a postaci, mimo wszystko, są dość optymistyczne i zadowolone z życia. Może w tym tkwiła część uroku?... po sobie wiem, że o wiele bardziej lubię urban fantasy, gdy bohaterka (jakoś częściej czytam ten gatunek pisany przez kobiety/o kobietach) jest rezolutna, dowcipna i dąży do szczęścia (np. bardzo z tego powodu lubiłam serię o sukkubie Richelle Mead), a nie snuje się markotnie, jaka to ona jest nieszczęśliwa.
      Myślę też, że dlatego odstrasza mnie cały podgatunek skandynawskiego horroru - zbyt przygnębiający ;)

      Usuń
    5. Jasne, dlatego napisałam, że teoretycznie są zwykle planowane jako dłuższe -- a że to się nie zawsze udaje, to inna para kaloszy ;). Ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby było tak jak mówisz -- albo (tu lekka wariacja na temat Twojej hipotezy) może gdyby tak się przyjrzeć historii tego motywu w serialu/filmie okazałoby się, że tam również był smutny detektyw od początku akcji, tyle że ten schemat został przepracowany? Jak myślisz?

      O, z "Rzekami..." się zgadzam, coś w tym zdecydowanie jest. I może dlatego Peter Grant zachowuje się potem tak, jak się zachowuje? Żeby nie opuścić tej formy? To by nawet jakoś go w moich oczach -- ociupinkę -- usprawiedliwiało.

      Usuń
    6. Myślę, że z pewnością coś w tym jest - nie wiem jak z serialami, ale w filmach na pewno tak było: spójrz na cały gatunek noir, Dicka Tracy, itd. Zastanawiam się ile w tym zakresie zmieniły procedurale, zwłaszcza te oparte na parze głównych bohaterów (którzy się czubią, ale lubią) - te seriale, nawet jeśli są poważne, zwykle mają bardziej komediowe momenty (Elementary, Bones, nawet Sleepy Hollow) i w ten sposób starają się nadać serialowi nieco lekkości. Poważne, smutne tematy są zarezerwowane dla dramatów HBO/Showtime/itd. takich jak np. True Detective. Zresztą "markotność" True Detective bardzo szybko mnie od serialu odstraszyła... co jest o tyle dziwne, że podobne poważne, trudne tematy w takim np. Mr. Robot w ogóle mi nie przeszkadzają. Ale tu już zbaczam z tematu :D

      Usuń