Kalendarze w dłoń albo – głównie – o „Terminarzu Herstorycznym 2016”



Otóż: kupiłam kalendarz. Nie jest to wydarzenie wielkie ani przełomowe, właściwie jest czynnością dość typową w początkach nowego roku, jeśli korzysta się z papierowych kalendarzy. Zastanowiło mnie jednak, że spędziłam w księgarni ponad pół godziny usiłując sobie odpowiedni kalendarz wybrać. I jak tak przebierałam, pomyślałam, że może by tak o kalendarzach napisać.


Ponieważ jestem na bakier z techniką, to papierowe kalendarze mnie ratują przed zapominaniem o różnych rzeczach (jeśli nie zapomnę sobie ich wcześniej zapisać, ale generalnie staram się w sobie wykształcić taki nawyk). Kalendarz, który kupiłam na ten rok ma ogromną zaletę: jest mały, lekki i wszędzie się zmieści. No to skoro wiedziałam, jaki chcę kalendarz, to jakim cudem wybierałam go tak długo? Okazuje się, że wypuszczono go w kilku różnych wersjach „muzycznych” (tudzież „literackich”) – jego wygląd ma odzwierciedlać dany nurt. Oparłam się więc jazzowi i w końcu wybrałam romantyzm (co zrobić, kiedy był zielony?), przy okazji zdając sobie sprawę, że wygląd jak wygląd, same te kategorie sprawiają, że wybór kalendarza to już nie tyle wybór kalendarza, ale też podkreślenie jakiegoś swojego stanowiska względem sztuk wszelakich. Jasne, znanego tylko mnie (w końcu że to „romantyzm” wiem, bo było to napisane na obwolucie, a po jej zdjęciu kalendarz wygląda po prostu jak kalendarz), ale jednak – jest to dość zabawne, że roztrząsania, czy romantyzm, czy jednak może awangarda zajęły mi tyle czasu.

Ale tak naprawdę chciałam Wam dzisiaj napisać o innym kalendarzu, który zachwycił mnie już jakiś czas temu, pod koniec roku. Nie jest on niestety taki mały i poręczny, więc został kalendarzem domowym do zapisywania numerów telefonów i pilnych rzeczy, które trzeba zapisać. A jest to „Terminarz herstoryczny”, cudeńko zrobione przez Fundację Przestrzeń Kobiet przy wsparciu finansowym Funduszu Inicjatyw Obywatelskich. Z okładki spogląda na nas Clara Immwerwahr-Haber, czyli pierwsza kobieta z tytułem doktorskim na Uniwersytecie Wrocławskim (swoją drogą to jest szalenie ciekawa, i tragiczna, postać, o której bardzo rzadko się wspomina), więc można się już domyśleć, kto nas będzie prowadził przez rok 2016 na kartach terminarza. 
 
 
 
 Tak dzisiaj dość standardowo zilustrowany post,
ale też głupio napisać o literaturze użytkowej
i nie pokazać, jak wygląda. Więc nawet zdjęcia zrobiłam.
Zresztą, po jakości widać, że ja robiłam.



Bo może Was zastanawia, czemu „herstoryczny”? Herstory to angielski neologizm ukuty od słowa, oczywiście, history (mamy tam na początku słówko „his”, czyli „jego” – stąd dla przeciwwagi dostajemy „her” – czyli „jej”). Sama jestem fanką tego słowa, bo podoba mi się, jak sprytnie w nim samym pokazuje się pewne problemy (choćby mniejszą liczbę wybitnych kobiet w historii, o których się mówi – bo nie, że ich nie było, ale jakoś zajmują mniej miejsca). Ale niezależnie, czy teraz wzruszycie ramionami mrucząc gniewnie „Pf! Postmodernizm! Bzdury! Idź sobie, Pyzo!”, czy zachęceni pobiegniecie doczytywać, co to ta herstoria – naprawdę warto się nad tą publikacją pochylić. Co w niej znajdziemy? Jedna strona to jeden dzień, podzielony na godziny (więc to taki terminarz dla osób dokładnych albo takich, które lubią mieć dużo miejsca do pisania – format jest zeszytowy, objętość, jak się domyślacie, słuszna – i ignorują co im tam wydawca podopisywał). Ze stron – białych albo czerwonych – wyglądają kobiety z daną datą związane.

No właśnie, i tu „Terminarz...” okazuje się kopalnią wiedzy. Nie wiem jak Wam, ale mnie często polskie emancypantki nie kojarzyły się w ogóle z twarzy czy nazwiska, ale jako pewna masa, ruch, no, ewentualnie z tytułem powieści Prusa. Tutaj jest okazja, żeby spotkać je imiennie. Ale nie tylko je: mamy tutaj sportowców (sportowczynie?), pisarki, działaczki polityczne (z różnych stron), działaczki społeczne, czy kobiety – pionierki w nauce (czy to dlatego, że przecierały szlaki na uczelniach, czy ze względu na ich osiągnięcia, czy z obu tych powodów – co w sumie logiczne, że skoro miały tyle siły i samozaparcia, żeby kończyć studia, na których bywały uważane za te „mniej zdolne”, delikatnie mówiąc, zwykle święciły naukowe tryumfy). 
 


I jeszcze strona z Zofią Nałowską, a jakże. Obok Lina Morgenstern, dotąd
mi nie znana, bo z kobiet czasów wojny 1866 kojarzyła mi się wyraziście tylko
Babunia Niemcowej.


 
Ale trochę się też poczepiam – każdy miesiąc otwiera karta ze zdjęciem jednej z bohaterek kalendarza, szkoda tylko, że bez drobnego choćby opisu (nie zawsze umiem wywnioskować, czy to ktoś, o kim jest już na następnej stronie, czy nie – a skoro dawać bohaterkom twarz, to niechże nie będzie to twarz anonimowa, albo tylko do wyszperania w spisie ilustracji). To znaczy, no właśnie: dostajemy na końcu spis ilustracji wraz ze źródłami, ale dobrze by było, by chociaż malutkimi literami ta dana postać z karty z nazwą miesiąca była opisana. Bo w notkach o tych kobietach, które na danej stronie są wspomniane (ze względu na datę urodzenia, śmierci lub inną rocznicę, na przykład uzyskania tytułu naukowego) znajdziemy czasami coś więcej niż można się spodziewać lub niż krąży w wiedzy ogólnej na temat danej postaci. Nie wspominając już o tym, ile jest tu pisarek, których nie tylko że nie czytałam, ale nawet o nich nie słyszałam (tak, zgadliście, zamierzam sprokurować sobie listę czytelniczą).

A z wiadomości praktycznych – jeśli jesteście ciekawi, to „Terminarz...” jest darmowy, można napisać do Fundacji (szczegóły na ich stronie) i dowiedzieć się, czy jeszcze zostały im jakieś egzemplarze i zaopatrzyć się w swój. Wystarczy opłacić koszt wysyłki albo znaleźć miejsce blisko Was, gdzie one są. A listę czytelniczą zapewne podrzucę też tutaj, gdybyście byli ciekawi.

Weź dokładkę!

29 komentarze

  1. O, zacny wielce. Co prawda, chyba nie byłabym w stanie pisać po zdjęciach, ale sama idea bardzo mi się podoba. I skoro jeden dzień=jedna kartka to mnóstwo miejsca do pisania ^^. Pytanie tylko, jak solidnie jest zrobiony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjęcia można omijać, są zwykle na tyle małe, że to w niczym nie przeszkadza (ale to oczywiście zależy od tego, ile zapisujemy i jak dużymi literami, wiadomo ;)). Kalendarz jest klejony, ale używam go od przed-Świąt i póki co jest cały i zdrowy mimo wyginania, żeby się wygodnie pisało. A jak będzie dalej, zobaczymy :).

      Usuń
  2. Ciekawy, a w dodatku przydatny, chociaż kalendarze akurat nie dla mnie. W nastolęctwie kilka razy kupowałam sobie kalendarze, ale chyba nigdy w nich nie pisałam ;)
    Ale ja właściwie chciałam niezwiązaną dygresję (mogę?). Przez ten nowy amerykański format daty na blogu przez sekundę pomyślałam "to już maj?" i aż się rozmarzyłam, dopóki nie spojrzałam za okno. Dzięki Pyzo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze do usług ;). Próbowałam coś z tym zrobić, ale wszystko wyglądało średnio -- a tak jest dodatkowa korzyść (zresztą: bliżej nam do wiosny teraz, tak w ogóle! :)).

      Usuń
  3. Wygląda interesująco, chyba na niego zapoluję. Zwłaszcza że ja na razie sprawiłam sobie tylko kalendarz ścienny, ale tu kierowałam się głównie urodą modelek i modeli: http://ogonkowo.pl/ogonkowy-kalendarz-2016/ :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudowny (rozpływam się -- gdyby nie fakt, że mam już kalendarz ścienny z Avengersami, przemyślałabym taki "ogonkowy" :))! A terminarz oczywiście polecam :).

      Usuń
  4. Zaczęłam już zamawiać ten kalendarz, gdy uświadomiłam sobie, że mam już dwa i nie wypada mi odbierać szansy posiadania jakiegokolwiek osobom, które jeszcze się w żaden nie zaopatrzyły. Przyznaję, że nie wiem nic na temat polskiego ruchu emancypacyjnego poza tym, że istniał i uważam to za wielką ujmę na moim honorze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam, że powstała też książka "Szlaki kobiet" o polskich emancypantkach, więc jeśli kalendarzy za dużo, to stamtąd pewnie można dowiedzieć się więcej (ale książki jeszcze nie miałam w ręku, więc domniemywam :)).

      Usuń
    2. Zwróciłam uwagę na tę książkę i za pamięci zapisałam jej tytuł. W wakacje chętnie po nią sięgnę a jeszcze chętniej pouzupełniam ją innymi lekturami, np. tymi autorstwa polskich emancypantek.

      Usuń
  5. Idea jak najbardziej słuszna - tu pełna zgoda. Ale jak słyszę takie irytujące nowotwory językowe jak "herstory" (o ich pochodnych już nawet nie wspominając), to od razu skacze mi ciśnienie. Kiedyś też proponowano "urlopy tacierzyńskie", ale mam wrażenie, że - całe szczęście - w końcu przyjęły się jak najbardziej słuszne urlopy ojcowskie. Tak jak nie ma "tacierzy" i "tacierzyństwa", tak etymologia "history" nie ma nic wspólnego z "his". Więc "herstory", jako żart językowy użyty raz, jest interesujące - i tu się nawet zgodzę, że trochę daje do myślenia - ale wielokrotnie powtarzane jest już tylko irytujące. Tak jest z wszystkimi żartami językowymi, które się za długo powtarza. W kalendarz chętnie bym się zaopatrzyła, gdyby nie ta nazwa - bo nie zgadzam się na to, żeby w imię ideologii (lub nawet idei jak najbardziej słusznych) zadawano gwałt językowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie podoba się właśnie ta idea: że "history" staje się "his story" przez to, że bardzo mało mówi się o wpływowych kobietach (ponownie: nie, że w ogóle, ale jednak mniej), więc samo słowo odzwierciedla tę tendencję w pisaniu historii (różnych). Stąd myślę, że autorki kalendarza postawiły na to "herstory", żeby podkreślić to, co robią. W tym sensie "herstory" nie będzie więc żartem słownym, ale deklaracją kierunku. Przy czym rozumiem, że to może drażnić, ale ponownie: język wydaje mi się dość elastyczny, tak żeby była sobie w nim i "herstory" :).

      Usuń
    2. Ja tylko dodam, że zgadzam się z Pyzą i że w "tacierzyństwie" też kryje się deklaracja - może nie od razu ideologiczna, ale co do postawy rodzicielskiej. Mężczyzna, który identyfikuje się z tym określeniem, nie chce być zdystansowanym patriarchalnym "ojcem", chce być właśnie "tatą". Mnie się podoba, kiedy testujemy możliwości języka (zresztą ogromne), żeby wyrazić siebie i swoje poglądy.

      Bardzo też lubię określenie "herstory" i cały nurt, który się z nim wiąże. Pewnie rzuciłabym się na ten cudny kalendarz, gdyby nie to, że moją życiową ideologią jest brak kalendarza. ;) I przeczytałam o losach Clary Immerwahr, i teraz marzy mi się o niej film. Co za straszny konflikt między miłością i lojalnością a wrażliwością i zasadami moralnymi.

      Usuń
    3. Rozumiem to, o czym mówi @Tarnina, czyli że "tacierzyński" to nie jest odpowiednik "macierzyńskiego" (ale tutaj mamy jednak pewną nierównomierność nazewniczą chyba i nazw pochodnych też -- więc zgodzę się z @Alicją, że ten "tacierzyński" deklaruje podobną postawę, co "macierzyński", chociaż słowotwórczo jest to zawikłane ;)). I tak w ogóle to "urlop rodzicielski" chyba jakoś rozwiązuje ten problem, ale nie jestem pewna, czy to już nie aby co innego prawnie ;).

      @Alicjo, zawsze można go traktować jak zeszyt (do czego częściowo się przyznaję, bo jest za duży, żebym mogła go ze sobą wygodnie nosić, a domowe kalendarze zwykle są takie zeszytowe, notatnikowe i tak dalej :)).

      A Clara Immerwahr -- och, zdecydowanie! W tej najprostszej wersji całej historii mąż wyrasta na strasznego drania, ale tam pod spodem jest cała szalona masa skłębionych emocji, bo i dochodzi pewna wizja "pruskiego patriotyzmu", i wspólnota intelektualna, i miłość właśnie. Ciekawe, czy jest jakaś powieść o niej?

      Usuń
    4. Z zeszytami mi też nie po drodze, chyba że na uczelni, ale one wtedy przeżywają najwyżej 3 miesiące. :P Chyba więc będę podziwiać herstoryczny kalendarz z daleka.
      Nie mam pojęcia, czy jest powieść, ale już znalazłam film: http://www.imdb.com/title/tt3266934/?ref_=fn_al_tt_1, tylko trochę mnie niepokoi ta niska ocena. Podobno jest też biografia i dramat z 1992 roku autorstwa Tony'ego Harrisona, ale prawdę mówiąc nie znam jego twórczości. Właśnie, to niezwykłe: wspólnota intelektualna, ale zarazem radykalnie inna wizja nauki oraz mąż, który nie szanuje intelektualnych aspiracji i osiągnięć żony. Jak to mogło działać?

      Usuń
    5. O, a ja z kolei znalazłam krótki metraż: http://www.imdb.com/title/tt1258199/?ref_=fn_al_tt_1. Też nie wiem, czy to dobre, ale można przy okazji sprawdzić, jeśli da się to u nas dostać. Poszukam też tego Harrisona w takim razie!

      Wiesz, mnie się wydaje, że ona jakoś Habera na początku przynajmniej musiała podziwiać -- w każdym razie zaś jego osiągnięcia. Tłumaczyła przecież jego prace na angielski. Może Haberowi wydawało się, że taka wizja świata jest okej i to, że żona "coś tam też robi" było mu obojętne? Ale ciekawa właśnie jestem, od czego to wyszło i jak przebiegało, że tak się skończyło (Haber dzień po jej śmierci wyjechał podobno na front doglądać użycia gazów bojowych -- przerażające i teraz: czy musiał, bo machina już się rozpędziła i nie dało się jej zatrzymać, czy chciał, czy powody były jeszcze inne?).

      Usuń
    6. Koniecznie potem daj znać, czy warto przeczytać! W całej sprawie jest też wątek społeczny. Z tekstu, który czytałam, wynika, że Haber był Żydem i w środowisku naukowym spoglądano na niego krzywym okiem - może stąd ta zakręcona próba udowodnienia własnego patriotyzmu? Gdyby wycofał się z badań nad gazami bojowymi - i to jeszcze za namową kobiety, która publicznie go krytykowała - pewnie spotkałby się z ostracyzmem. Też w sumie tragiczna postać, choć współczucia nie budzi. Mnie poruszyło jeszcze, że syn Habera i Clary popełnił samobójstwo. W 1945 roku.

      Usuń
    7. Oczywiście, napiszę o tym :).

      Tak, zerknij na plakat tej krótkometrażówki, zaznaczono to tam bardzo wyraźnie, zastanawiam się, czy w samym filmie to odkrywa dużą rolę -- bo Haber musiał opuścić Niemcy po tym, jak hitlerowcy doszli do władzy. Podejrzewam, że to, o czym piszesz, na pewno miało tu jakieś znaczenie, że to nie była tylko jakaś dziwna próba udowodnienia "praktyczności" badań naukowych. I tak, też o tym czytałam, straszne.

      Usuń
  6. Zaciekawiłaś tym terminarzem, choć dla mnie za dużo w nim kobiet ;) Choć koncepcję rozumiem i popieram. Potraktuję jako ciekawostkę.

    Ja sama mam dwa kalendarze (dobra, trzy). Jeden taki pracowy (służbowy), drugi osobisty (marzycielski, planowy itd.), a trzeci... trzeci elektroniczny - googlowski, który zawsze ratuje mi życie, gdy chcę gdzieś się umówić, a nie wiem, czy akurat mam wolne. Wychodzi na to, że szybciej zajrzę do internetu, niż do torby z kalendarzem ;) Teraz przypomniałam sobie o czwartym i piątym. Czwarty stoi na biurku, piąty wisi na ścianie (ten piąty to cudo z "Bestiariusza słowiańskiego" - co miesiąc nowy strach lub demon słowiański!). Fajnie jest mieć tyle kalendarzy, bo to stwarza pozór..panowania nad własnym życiem i czasem ;) Pozór ;) Najgorsze to ogarniać je wszystkie. Ale przynajmniej, gdy już zapiszę jedno wydarzenie we wszystkich (co najmniej czterech), na 95% po prostu je zapamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, idea jest taka, żeby je lepiej poznać -- stąd tyle ich tam (dla mnie rarytas głównie ze względu na pisarki: myślałam sobie ostatnio właśnie nad tym, jak ich mało w takim szerokim kanonie).

      O, nie, ja bym się pogubiła :). To znaczy zawsze dążę do tego, żeby mieć jedno miejsce, gdzie wszystko zapisuję, żeby nie zgubić ani tego kalendarza/notatnika, ani nie pogubić się, co i jak, i gdzie z tymi datami (strategia zapisywania tego kilka razy jest mi natomiast dobrze znana ;)). O, taki ścienny kalendarz to musi być całkiem, całkiem! Chociaż trochę może bym się bała ;). Natomiast przyznaję, że kalendarza google'owego nie opanowałam do dzisiaj ;).

      Usuń
  7. A ja z kolei mam ogromny problem z terminarzami. Jak już go mam - zapominam, żeby coś do niego wpisywać. Jak nie mam - zapisuję wszystko w komórce, albo na marginesach przeróżnych zeszytów. Jestem okropna, inaczej skwitować się tego nie da. :-D

    Pomysł wspaniały, moim zdaniem. Bardzo też lubię takie zabawy językiem, jak właśnie tutaj "terminarz herstoryczny" i wszystko to, co się za tym kryje. Ciekawa jestem co by było, gdyby ten neologizm się przyjął. Czy mielibyśmy "jej" historię i "jego" historię? Jakby miało to wyglądać? Interesująca idea. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak miałam do pewnego momentu, w końcu jednak okazało się, że po prostu muszę mieć kalendarz, bo miałam taki przestrach w oczach, że zapomnę o tym czy tamtym, że pomyślałam: "pal licho, spróbuj chociaż notować" ;) i jakoś poszło.

      W polszczyźnie nie ma to takiej siły oddziaływania chyba, ale tak w ogóle, to historia jako taka to "historia", oczywiście, "herstory" zwraca uwagę na pewne luki czy niedopowiedzenia, które się w niej pojawiają i w tym sensie to jest pewna deklaracja. Szczerze mówiąc może dałoby się ukuć jakiś ładny polski odpowiednik, ale chyba go jeszcze nie wymyślono ;).

      Usuń
  8. Piękny ten terminarz.
    Ja swój już zamówiłam w listopadzie - zawsze dostaję kalendarz z firmy mojego T., a ponieważ niedawno zmienił pracę obecny terminarz jest lepszy niż wcześniejsze, bo ma wprost idealny format :) Plusem jest to, że dostaję go odpowiednio wcześniej (z uwagi na moją pracę potrzebuję terminarza już w listopadzie), ale minusem jest wygląd, który niestety nie jest tak spektakularny, a powiedziałabym nawet zwyczajny.

    Świetna jest ta inicjatywa, aczkolwiek mnie też troszkę zgrzyta "terminarz herstoryczny" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze można jakoś poozdabiać na własną rękę ;). W tym sensie, że da się zużyć jakieś gromadzone naklejki, ulotki z kina i tak dalej -- efekty mogą być naprawdę super :).

      No, ale zwraca na pewno na siebie uwagę i myślę, że to może być intrygujące dla odbiorcy, o co w ogóle chodzi ;).

      Usuń
  9. Rzeczywiście niezwykły terminarz, uwielbiam tak pięknie wydane rzeczy, które dodatkowo niosą za sobą pewne przesłanie. Uważam, że to bardzo słuszna inicjatywa, sama chętnie zaangażowałabym się w projektowanie czegoś takiego :). Kalendarz na 2016 już mam, więc raczej zrezygnuję z nabywania tego, ale jeszcze się zastanowię czy nie warto dla choćby poznania postaci w niej pokazanych :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla walorów poznawczych na pewno warto! A i całość jest bardzo przyjemna dla oka, więc dla estetycznych również ;).

      Usuń
  10. Interesujący pomysł na terminarz. Chociaż ten wszechobecny czerwony kolor trochę mnie niepokoi;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na żywo jest, mam wrażenie, mniej czerwony. Jakoś wybitnie na zdjęciach wyszedł intensywny ;).

      Usuń
  11. Bardzo ciekawe przybliżenie tematu. Kiedyś, w zamierzchłych czasach korzystałam w szkole z zeszytów z ciekawostkami na marginesach dotyczącymi przedmiotu i powiem, że bardzo mi się to przydało :)
    Każda forma jest dobra, by poszerzać wiedzę.

    Ja wyjątkowo w tym roku kupiłam zwykły kalendarz. Czarny, tradycyjny, gruby kalendarz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Też myślę, że to fajny wstęp do pogłębienia wiedzy :).

      Usuń