Mopsy, epidemie i pewien Szwed albo o "Księdze z San Michele" A. Munthego



W czasie wędrówki po Włoszech młody Szwed, student medycyny, trafia na Capri. Wspina się po kamiennych schodach do miejsca, gdzie kiedyś stała samotnia cesarza rzymskiego i tam zjawia mu się Człowiek w Czerwieni. Tyberiusz? Szatan? Genius loci? W takich to bardzo hölderlińsko-nietzscheańskich okolicznościach nasz bohater zakochuje się na miejscu w pięknie krajobrazu i bogactwie historii i postanawia, że zrobi wszystko, żeby tylko mieć ten kawałek ziemi na własność. A droga przed nim długa: musi skończyć studia, zarobić, no i wyremontować potem wszystko tak, jak sobie wymarzy. A wiek XIX jest dopiero za połową, tak w ogóle.

Munthe i moja historia jego czytania

Tak zaczyna się „Księga z San Michele” Axela Munthego, książka, którą zaczęłam czytać kilka razy jeszcze w liceum i porzuciłam również kilka razy (więc zapewne Was nie dziwi, że kiedy zobaczyłam w zeszłorocznym wyzwaniu ostatnią kategorię, bez namysłu wpisałam tam właśnie „Księgę...”). To jest książka fascynująca, pełna sprzeczności, czarująca i odpychająca, wspaniała i nudna, nowoczesna i modernistyczna po szyję. Jeśli tak jak ja ją porzuciliście dawno temu albo zachęceni notką sięgnięcie po nią, pamiętajcie: musicie przetrwać pierwszy rozdział! Gdyby nie to, że miałam możliwość przeczytania go na głos mojemu Domownikowi powalonemu grypą, pewnie bym nie przetrwała. A tak nie dość, że dałam radę, to jeszcze po tymże pierwszym rozdziale Domownik książkę porwał dla siebie, przeczytał wcześniej ode mnie, a potem w trakcie lektury raczył mnie pytaniami: „Ale odpust już był? A mopsa on już tej hrabinie kupił? Wyjechał już do Laponii czy nie? Poczekaj, aż będzie ta scena z Jamesem!”.



 I w rozliczaniu się z rokiem 2015 pozostały
mi już tylko dwie lektury.



Munthe i „Księga z San Michele”

No właśnie, sami widzicie, że zdecydowanie jest tu o czym opowiadać. „Księga...” była podobno jakimś szalonym bestsellerem, kiedy się ukazała. A nie jest to arcydzieło sztuki pisarskiej: składa się raczej z epizodów, jakoś powiązanych w całość, miejscami aż człowiek zębami zgrzyta z nagromadzenia modernistycznej frazy, a niektóre poglądy bohatera mogą nas usadzić w miejscu. Ano właśnie: bo Munthe, on sam jest bowiem bohaterem i narratorem, a książka ma zabarwienie autobiograficzne, to postać nietuzinkowa. On sam zresztą zdaje sobie z tego sprawę, choć od czasu do czasu kokieteryjnie rzuci, że ależ skąd! Bo tak: student Charcota, jeden z najlepszych hipnotyzerów swoich czasów, lekarz królów i królowych (szwedzkich, ale i angielskich), przyjaciel Williama i Henry'ego Jamesów, praktykant w domu Keatsa w Rzymie, jeden z najbardziej znanych Szwedów, opiekun i przyjaciel artystów – wymieniać można by jeszcze długo.



Notka ilustrowana vintage mopsami, bo pasują! Nareszcie!
Zdjęcia mopsów z epoki (mniej więcej) znalezione na Pintereście
(niestety dokładniejszych źródeł nie udało mi się ustalić, jakby te zdjęcia
po prostu kursowały... Gdybyście wiedzieli o ich bytności bądź nie w domenie
publicznej -- dajcie znać koniecznie!)



Munthe i kobiety

A z drugiej strony: przez całą książkę ani razu nie wspomina o swoich dwóch żonach (druga w posagu wniosła mu niemały majątek i zaszczyty, jako angielska arystokratka), potrafi poświęcić kilka stron na wywody o rzekomo mniejszym mózgu kobiecym, zrzymając się na niestałość kobiecej natury. Za każdym razem jednak – kiedy już-już chce się zakrzyknąć, że bohater jest bałwanem (ku niemałej, jak mniemam, jego uciesze) monolog Munthego przerywa jego przyjaciel, szwedzki doktor Norström, żeby mu powiedzieć, że gada głupoty i może by tak spać poszedł. Ta ironiczna konstrukcja jest tutaj taka wyprowadzająca z równowagi, ale w tym dobrym sensie, bo przez to robi się ciekawiej. Trudno powiedzieć, jakie właściwie można by mieć o Munthem zdanie. Mimo to nadal się zastanawiam, czemu w ogóle nie wspomina o żonach? Myślę, że duży wpływ na to, jak pisze o kobietach w ogóle, ma i to, że najczęściej mowa jest o jego pacjentkach – a leczył głośne wówczas przypadki histerii, i to jakoś rzutuje na jego zdanie nie tylko nawet o kobietach, ale i o ludzkości. Nie, żebym szukała usprawiedliwień, tak się po prostu zastanawiam.





Munthe i styl

Poza tym Munthe straszy. Serio, opis jego podejrzanej gospodyni, wyprawy do Laponii czy przygód rzymskiego chirurga jest jak szereg scen z horroru (ale wiecie, ja się łatwo wystraszam, tyle że tutaj naprawdę słychać echa czy to Jamesa, czy Wellsa). Muthe lubi się też pochwalić zasługami, wyklarować swoje stanowisko (czy to w sprawie dopuszczalności eutanazji, świeckości państwa, czy związków męsko-damskich). Tyle że, chociaż potrafi być dobitny, puentuje często te partie książki w taki sposób, że można się zastanawiać, czy naprawdę tak myśli, czy tylko potrzebuje chociaż częściowo wykreować się na taki autorytet w tej czy innej dziedzinie, albo chociaż – bo pewnie by się obruszył, by w stosunku do niego użyć słowa „autorytet” – wyrazić się (w miarę) jasno.





Munthe i zwierzęta

A do tego zwierzęta! To jest piękna książka o zwierzętach (pomijając fragmenty dotyczące tego, że ich usypianie jest niehumanitarne – Munthe optuje za zupełnie innymi metodami, ale podejrzewam, że to może być kwestia epoki: problemu z lekiem do usypiania czy z dawkowaniem go, przez co faktycznie zwierzę mogło się męczyć). Nie znajdziecie tu co prawda kotów (no, pojawia się jeden, ale tak, że lepiej nie pamiętać), bo Munthe jest zadeklarowanym psiarzem, więc zakochuje się w nim mops Loulou, piękny okaz lapończyka (tak jest określony w tłumaczeniu, podejrzewam, że chodzi o lapońskiego psa pasterskiego), stadko żółwi oraz mała sowa, któa uczy się spać w nocy, żeby móc mieć Munthego na oku za dnia (wszystkie te zwierzęta mają też partie dialogowe). Zostaje też Munthe w czasie akcji właścicielem dwóch małp. I z całym tym zwierzyńcem kursuje po Europie, bo pracuje i w Paryżu, i w Rzymie, i kupuje w końcu San Michele na Capri, i w Londynie udziela się na konsyliach. No i, a propos zwierząt, dostajemy też cudowny wątek pojedynkowania się z pewnym wicehrabią w obronie psa. Jak na epokę – zacnie.





Munthe i jego Europa

Jest to też taki opis pewnego nieistniejącego już świata, Europy przed I wojną światową. Nie jest to świat, do którego autor wyłącznie wzdycha (czy, bądźmy szczerzy, raczej nie wzdycha w ogóle, może poza pewną iluzją świętego spokoju), patrzy na niego dość krytycznie: to w końcu czas znudzonej arystokracji, zmyślonych chorób warstw wyższych, podczas gdy te niższe naprawdę zmagają się z okropnymi dolegliwościami, epoka epidemii i pierwszych eksperymentów ze szczepionkami (oczywiście nasz bohater zna Pasteura!), epoka, w której dzieci urodzone poza małżeństwem wysyła się daleko od matek, a je same skazuje na rodzenie w okropnych warunkach, słowem: żadna tam idylla. Ale równocześnie dostajemy coś w rodzaju świata bez granic fizycznych, za to z klasowymi: Munthe podróżuje więc bez większych przeszkód z Laponii do Neapolu, żeby oberwało mu się, że jest dziwakiem, bo jeździ do dzielnic biedoty.

Jeśli zatem trafi się Wam sposobność: koniecznie zerknijcie, bo dla niektórych epizodów warto przetrwać te co przydługie, poetyckie w stylistyce epoki rozważania. Bo to jest naprawdę interesująca książka. A jeśli już czytaliście, to koniecznie powiedzcie, co sądzicie, z radością porozmawiam!

Weź dokładkę!

21 komentarze

  1. Czytać, nie czytałam. Jak tylko się kiedyś zdecyduję, obiecuję przetrwać pierwszy rozdział i rozkoszować się później tak wieloma pozytywnymi epitetami. Modernistyczna po szyję? Jestem bardzo zaintrygowana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie, pierwszy rozdział przetrwać, na modernistyczną frazę patrzeć z przymrużeniem oka, i choć czasem się zębem zazgrzyta, to czytać ;).

      Usuń
  2. Kiedy to czytałam, zastanawiałam się, dlaczego ta książka jest taka sławna i nazywana nawet "najpiękniejszą książką na świecie". EYYY? Dla mnie zupełnie przeciętna, zwłaszcza, że nie przepadam za epoką. Daje faktycznie pojęcie o tragicznym stanie medycyny, tudzież higieny w XIX wieku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, nie powiedziałabym, że to jest "najpiękniejsza książka na świecie" (też widziałam, że ją w epoce tak nazywano), ale uważam, że faktycznie jest w niej mnóstwo elementów, które urzekają: nawet i to, że Munthe jest bardzo nowoczesny jak na swoją epokę (podejście do pozamałżeńskich dzieci, osób chorych psychicznie, ludzi "nie ze swojej sfery", a nade wszystko w swojej miłości do zwierząt). No i ten stan medycyny wcale nie jest taki tragiczny, mnie się bardzo podobało, jak realistycznie autor do tego podchodzi, jak również do niekonwencjonalnych metod terapii: widzi ich zalety, ale i wady (głównie, jeśli chodzi o hipnozę, ale nie tylko).

      Usuń
  3. Nie czytałam tej pozycji, ale już kilka pierwszych zdań tego posta bardzo mnie zaintrygowało i szybko dobrnęłam do końca. Akcja toczy się w moim ulubionym literackim czasie, historia jest niebanalna. Chyba dopiszę do mojej listy czytelniczej na 2016 rok :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie niebanalna, a jeśli i epoka się interesuje, to myślę, że możesz wiele znajomych postaci historycznych zobaczyć w "Księdze..." w zupełnie innym świetle (a jak cudownie Munthe komentuje Freuda...! ;)). Jeśli dopiszesz, to z radością porozmawiam potem o wrażeniach :)!

      Usuń
  4. Czytałam w czasie studiów, lata temu, pamiętam, że nawet mi się podobała, chociaż miałam poczucie, że książka jest "dziwna", ale właśnie sobie uświadomiłam, ze NIC z niej nie pamiętam!
    (To tam był ten krasnoludek? A niedźwiedzie w Laponii, które nie atakują kobiet, wystarczy pokazać niedźwiedziowi kobiece spodnie, tez stamtąd pamiętam?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest taka "dziwna" książka, w tym sensie, że składa się z serii epizodów, obrazków z różnych miejsc, czasem przedstawionych chronologiczne, czasami nie, z różnymi aluzjami, czasami -- mam wrażenie -- rzucanych przez autora autorowi, a nie czytelnikowi. Ale mimo wszystko czyta się z zainteresowaniem. I tak, tak -- i krasnoludek, i sposób na niedźwiedzie to stamtąd :)! W ogóle rozdział o Laponii jest jednym z ciekawszych ;).

      Usuń
  5. A ja się zastanawiałam skąd mam takie wiadomości - miałam poczucie, że to realna historia (z tymi niedźwiedziami) przeczytana w jakiejś książce podróżniczej. Tymczasem nie da się wykluczyć że A.M. wszystko zmyślił :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urok tej książki polega też według mnie na tym, że można spokojnie uwierzyć we wszystko, co pisze Munthe, uznać to za podejrzaną licencia poetica albo założyć, że to tylko próba przefiltrowania rzeczywistości przez fantazję i nic z tego się nie wydarzyło -- i nic się nie traci przy żadnym sposobie lektury. A i tak pozostaje mnóstwo fantastycznych rzeczy (bo skoro Munthe mógł być przy wynalezieniu szczepionki przez Pasteura, ratować żołnierzy pod Verdun czy pracować w czasie epidemii cholery w Neapolu -- o czym wiemy, że to robił, bo to akurat wiadomo nie tylko od niego -- to czemu nie miałby w Laponii dowiedzieć się o zwyczajach Lapończyków co do spotkań z niedźwiedziem.

      Usuń
  6. Czytałam i bardzo mi się podobało, parę lat temu tak o niej pisałam:
    "Znakomita opowieść lekarza o życiu i o śmierci, tak fascynującej dla autora. Medycyna jest przepiękną nauką, wyjątkowo ściśle skierowaną na człowieka, Munthe udowadnia to każdym rozdziałem, każdym słowem. Dobrym lekarzem może być każdy, kto odebrał stosowne ku temu wykształcenie i praktykę. Znakomitym lekarzem jest ten, który rozumie drugiego człowieka, jest na niego wyczulony, który współczuje - ale w tym dosłownym tego słowa znaczeniu - współczucie, czyli współodczuwanie, empatia. No i takim właśnie jawi się nam autor. Do tego dochodzą przepiękne opisy wyspy, gdzie autor buduje dom, jej mieszkańców, a sąsiadów lekarza, obrzędów, obyczajów - wszystko to bardzo interesujące. "
    Wynotowałam też sobie parę cytatów http://mcagnes.blogspot.com/2010/11/ksiega-z-san-michele-cytaty.html - odpust jest dla mnie szczególnie istotny, bo tak podobny do polskich obrządków religijnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze współodczuwaniem u Munthego ciekawe jest to, że on do tego jednak dochodzi, bo nie od początku -- i nie zawsze -- tak ma (w stosunku do ludzi -- bo zwierzęta to już inna para kaloszy :)).

      Zgadzam się, że odpust jest pięknie opisany (ta orkiestra! ten Henry James w piżamie!).

      Usuń
  7. To książka-hit z czasów młodości moich dziadków, babcia mi o niej mówiła. Wzięłam się więc do niej, bardziej z powodów, hm, etnograficznych, by zrozumieć, co mogło fascynować ówczesną (=z czasów młodości babci) młodzież, ale na etnografii się skończyło. Moim zdaniem książka zupełnie przestarzała, czyli właśnie taka, która może się podobać tylko w jakiejś krótkiej epoce i to też na zasadzie bestsellera właśnie, czyli czegoś, co wszyscy czytają, bo inni wszyscy też czytają. Przetrwałam pierwszy rozdział, ale nadal nic nie poczułam prócz znużenia. No, może odrobinię badawczej (tej etnograficznej) ciekawości, ale i to nie na tyle, by przeczytać całość. Niemniej, ze względu na babcię, cieszę się, że ktoś jeszcze po nią sięga:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to cudownie, że masz babcię, która czytała Munthego w czasach, gdy był bestsellerem, właśnie ciekawa byłam, czy tak było rzeczywiście, bo znalazłam tylko wzmianki, a żadnego świadka bezpośredniego na to :)! No i: tam są nadal cudowne fragmenty (rozmowy z mopsem, anegdoty dotyczące słynnych ludzi z epoki -- moja ulubiona to chyba ta z Williamem Jamesem, opisy takiego zwyczajnego życia i medycznych "obyczajów"). Zestarzała się za to, jeśli chodzi o sposób pisania, tę modernistyczną frazę, ale muszę powiedzieć, że jednak jak się przez nią przedrze, to pozostaje przyjemną, choć miejscami zadziwiającą, lekturą :). A pierwszy rozdział jest właśnie jednym z najgorszych -- jak wspominałam, mnie samą na wiele lat zmusił do odłożenia książki. Także jak będziesz miała jeszcze kiedyś chęć, zobacz, można swobodnie czytać nie po kolei, nawet wybrane rozdziały :).

      Usuń
  8. No może jeszcze kiedyś po nią sięgnę. A hitem była na pewno, znalazłam o niej wzmiankę nawet w korespondencji mojej babci i dziadka, z czasów, kiedy jeszcze nie byli małżeństwem, całkiem to wzruszające...

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja właśnie ją czytam (a właściwie odsłuchuję audiobooka). Porywa. Naprawdę. Mam też kontekst, bo dowiedziałam się o niej właśnie na Capri, gdzie byłam jeden dzień podczas wycieczki objazdowej i już wtedy wiedziałam, że muszę tam wrócić.
    Ciekawostka: w parku na Capri spotkałam niemłodą Polkę obsługująca toaletę. W trakcie krótkiej rozmowy spytałam ją, jak często płynie na stały ląd. Odpowiedziała: "A po co?"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne, w sensie: jakoś Munthe uchwycił w miarę niezmiennego ducha Capri :).

      Właściwie dodam jeszcze, że im więcej czasu mija od przeczytania tej książki, tym jakoś cenniejsze wydaje mi się jej przeczytanie (zwłaszcza, że ostatnio spotykam całe tabuny lekarzy w powieściach XIX-wiecznych i z przełomu wieków).

      Usuń
  10. Witaj,mam ochotę na tę książkę:)W listopadzie ma wyjść nowe wydanie i nie wiem czy polować na nie czy kupić to z napisem na okładce że porownywana do biblii i koranu (co nie za bardzo do mnie przemawia)
    A wspomniałaś o kocie w książce....jestem ich miłośniczką i szkoda,że nie ma ich tam a jak jest to piszesz,że lepiej nie pamiętać...hmm..dlaczego?Czy to jakiś przykry opis jego cierpienia??
    Proszę o odpowiedź i pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli chodzi o wydania, mam dwa: takie najpopularniejsze, niebieskie, które nie jest jakoś szalenie wygodne w czytaniu (druk jest tego rodzaju, co w "Samotni" Dickensa: jakby wytłuszczony), i drugie, "Śląska" z lat 60., bardzo ładne. Także tutaj mogę polecić to właśnie. Reklamami na temat "Księgi..." się nie przejmuj -- była strasznie popularna swego czasu i to, co jest w tym fascynujące, to fakt, że na okładkach przedrukowuje się reklamy z międzywojnia, podczas gdy dzisiaj ani odbiór książki ten sam być nie może, ani te hasła takie kuszące się nie wydają :).

      Aż sobie przejrzałam "Księgę..." jeszcze raz: koty nie są tu specjalnie podmiotami, pojawiają się czasem jako rodzaj scenografii (wiesz, w rodzaju "a obok drzemała kotka z kociętami"). Ten jeden, o którym wspominam, niestety padł ofiarą małpy, Billy'ego, mieszkającej w San Michele -- także tak, uprzedzam z góry, to nie jest niestety najweselsza historia. Ale więcej nie będę pisać, bo sama historia małpy i Munthego z nią przebojów jest szalenie interesująca.

      Mam nadzieję, że pomogłam (i zachęciłam do lektury :)) -- jeśli po przeczytaniu podzielisz się wrażeniami, z chęcią pogadam :).

      Usuń
  11. Dziękuję Ci serdecznie za wyczerpującą odpowiedź:)
    Pomogłaś mi i jeszcze bardziej zachęciłaś do przeczytania "Księgi..."
    Podzielę się swoimi odczuciami po przeczytaniu:)))
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń