Pikniki z Klasyką #10: Riwiera z piekła rodem albo o "Czuła jest noc" F. S. Fitzgeralda


Jestem sporą gromadką prostych, lecz bardzo różnych ludzi.
(cytuję z wydania Rebisu z 2010 roku, przekład Wojsława Brydaka, s. 357)

Rozgośćcie się na kolejnym pikniku z klasyką! W ramach przygotowań do niego przeczytałam w końcu „Wielkiego Gatsby'ego”, żeby mniej więcej zrozumieć, o co chodzi w stylu Fitzgeralda. Poza tym, no właśnie: „Gatsby” utorował mu drogę do sławy, nazywano tę powieść pierwszą wartą czytania powieścią amerykańską od czasów Henry'ego Jamesa. „Czuła jest noc” zaś spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem krytyki i stwierdzono po niej, że pisarz nie ma już nic ciekawego do powiedzenia. I faktycznie, obie te powieści się od siebie różnią. Ale czy naprawdę „Czuła...” zasługuje raczej na uśmiech politowania?


Pozwólcie, że dzisiejsze swoje przemyślenia spiszę w punktach, bo nie wiem, czy mam ich aż tyle, żeby stworzyć zwarty tekst. Nie zrozumcie mnie źle: nie czytało mi się tej książki jakoś opornie i nie przewracałam oczami, wzdychając ciężko. Wręcz przeciwnie, przeczytałam ją dość szybko i bezboleśnie. Tyle że nie miałam przy niej też uczucia odwrotnego – ot, czytałam, to czytałam. Przeczytałam, to nie będę przecież płakać.

Punkt pierwszy: mam wrażenie, że złe przyjęcie w swoim czasie miała „Czuła...” ze względu na to, że oczekiwano kolejnej powieści o „straconym pokoleniu”. Jakby pisarza uwięziły pochwalne slogany. Bo teoretycznie i tutaj mamy to słynne pokolenie, akcja toczy się przez lata 20., w obliczu wzrastającego kryzysu, który tak naprawdę bohaterów nie dotyka, wręcz przeciwnie, oni są ponad nim, jeszcze się przy okazji bogacą. Oczywiście mają za sobą wspomnienia wojenne, ale bardzo sprytnie wmontowane w fabułę: główny bohater, Dick, dostał duże stypendium naukowe akurat na czas I wojny światowej, siedzi więc w Europie i studiuje, głównie w krajach neutralnych, choć przez pewien czas i w Wiedniu, bo boi się, że zanim spotka Freuda, na dom ojca psychoanalizy spadnie jakaś zabłąkana bomba. Ma z tego powodu później wyrzuty sumienia, z chęcią zabrałby komuś jego wojenne wspomnienia, z chciwością wysłuchuje cudzych, a na dawnym polu bitwy zachowuje się tak, jakby był tam w czasie, gdy w tym miejscu walczono. Dick jest psychiatrą i psychologiem, widział wielu ludzi, których wojna pozbawiła normalnego życia – i jego też, poniekąd, właśnie dlatego, że jej za bardzo nie widział. To ciekawy zabieg. Dick jest więc kimś, kto uważa się za dziecko szczęścia – i tak jest postrzegany, kogoś miłego, kto może samą sympatią góry przenosić. A równocześnie to szczęście staje się jego przekleństwem – nie tylko jeśli chodzi o tę nie-wojenną przeszłość.




Punkt drugi: no właśnie, dla mnie „Czuła...” jest bardzo wartościową książką pod zupełnie innym względem. Dick żeni się z Nicole, pacjentką kliniki psychiatrycznej, molestowaną w dzieciństwie kobietą, cierpiącą na depresję (w powieści pojawia się diagnoza „schizofrenia”, taką samą postawiono żonie Fitzgeralda, Zeldzie, ale dzisiaj wiemy, że w tym czasie nazywano tak większość chorób nerwowych, na jakie w owym czasie zapadały kobiety, zwłaszcza te cierpiące na długą, przewlekłą depresję; „schizofrenia” stała się w międzywojniu podobnym słowem-wytrychem co pod koniec wieku XIX „histeria”). I ten zapis ich wspólnego życia, obowiązków wobec siebie, przywiązania i stopniowego oddalania się, zapis życia z osobą chorą psychicznie – co jest wątkiem autobiograficznym, jak już wyżej wspomniałam – jest chyba największą zaletą książki. Inna sprawa, w jaki sposób Fitzgerald potraktował materiał z własnego życia i co z nim zrobił, ale generalnie jest to taka, mam wrażenie, poniekąd ekspiacyjna proza. Zwłaszcza, że Dick, w tym układzie alter ego samego Fitzgeralda, dostaje taki mini happy ending, ale naprawdę: mini. Zdradzać Wam nie będę, jeśli jeszcze nie czytaliście, to dla samego zakończenia warto się skusić.
Piosenka wspomniana w powieści, "I'm Glad I Can Make You Cry" z 1918 roku.
 

Punkt trzeci: czytałam powieść w nowym przekładzie Wojsława Brydaka i mam wrażenie, że to jest powieść szalenie trudna do przetłumaczenia (podobnie jak „Gatsby”, wokół którego nowego tłumaczenia narosło wiele kontrowersji). I nie chcę tu o nic oskarżać tłumacza, myślę, że przekład jest w porządku, tyle że to jest jedna z tych nieprzetłumaczalnych powieści. Język się rwie, sceny przechodzą w siebie nie wiadomo jak i skąd, zostajemy wrzuceni w środek kolejnych opowieści i jeszcze narrator spodziewa się, że jesteśmy w nich zorientowani. Pod tym względem bardzo trudno się „Czułą...” czyta. Fitzgerald umieszcza w niej całe pasaże cytatów, autocytatów, slangu, odniesień trudnych dzisiaj do – nawet nie: zrozumienia, ale do uchwycenia bardziej w ogóle. Początkowo można być nieźle skonfundowanym. No i tutaj jeszcze coś a propos: „Gatsby” wygrywa tym, że jest bardzo oszczędnie napisany, „Czuła...” jest miejscami bardzo – w porównaniu – przegadana, a poetycki, rozhuśtany język autora popada gdzieniegdzie w miejsca niebezpiecznie bliskie kiczu (metafory, one zwłaszcza).
 No i nie mogłam się powstrzymać, wybaczcie.



Punkt czwarty: i jeszcze jedna rzecz, która mnie chyba najbardziej, muszę przyznać, zafrapowała: czy Fitzgerald tworząc postać psychiatry, bardzo popularnego, bywalca szwajcarskich gór, znanego w Rzymie i w Paryżu, nie inspirował się aby Axelem Munthe? Bo przecież jest tu i hipnoza, i znany psychiatra, ba, jest nawet scena, kiedy Dickowi otuchy dodaje widok domu Keatsa – czyli miejsca, w którym Munthe prowadził swój gabinet przez wiele lat! Chronologicznie rzecz pasuje: „Księga...” ukazuje się po raz pierwszy w 1929 roku, „Czuła...” zaś w 1934. Oczywiście można uznać, że fascynacja takimi sposobami leczenia była wówczas dość powszechna, ale zważywszy na to, że historia Munthego szybko stała się bestsellerem, kto wie, czy ta hipoteza jest zupełnie bezpodstawna. A wtedy można by czytać „Czułą...” jako swego rodzaju dopełnienie „Księgi...”, tam gdzie Munthe zupełnie wycina jakikolwiek kobiecy głos. Spierać się jednak można, jak ten kobiecy głos brzmi u Fitzgeralda.

Przeczytajcie koniecznie, co o „Czułej...” sądzi Tarnina, o tutaj, i w tym miesiącu właśnie pod jej notką będzie się toczyła dyskusja! A w lutym bierzemy na warsztat "Bez dogmatu" Sienkiewicza, oczywiście serdecznie zapraszamy, jeśli kusiło Was, żeby przeczytać, ale w pojedynkę się Wam nie chciało albo po prostu chcecie się podzielić wrażeniami, będzie okazja już 20. lutego!

Weź dokładkę!

0 komentarze