Piosenka to? Albo o "Listach na wyczerpanym papierze" A. Osieckiej i J. Przybory


Kontynuując kontynuowanie ubiegłorocznego wyzwania czytelniczego, dzisiaj będę się zachwycać. Pod koniec grudnia sięgnęłam po polecone przez przyjaciela (a jakże, była taka kategoria) „Listy na wyczerpanym papierze”, czyli korespondencję Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory, z krótkiego okresu, kiedy byli razem – ale na tyle osobno, że musieli do siebie pisać. Jasne, jestem fanką Kabaretu Starszych Panów i uważam, że Osiecka była szalenie utalentowana. Ale wiecie, tak naprawdę to się nie spodziewałam, że to będzie aż takie przeżycie czytelnicze.


Bo to jest w sumie czasami tak, że człowieka otacza coś z każdej strony – a u mnie tak jakoś jest i z Osiecką, i z Przyborą, że mam hiperfanów w swoim otoczeniu – ale podchodzi się do tego tak właśnie letnio. Ale jak poprosiłam rzeczonego przyjaciela, żeby polecił mi książkę, to nie dość, że polecił, to jeszcze dał, pokazał co i jak („tam masz płytę!”) i czekał cierpliwie, dopytując, kiedy zacznę wreszcie czytać. Bo zaczęłam nawet szybko, ale początkowo się nie wciągnęłam, założyłam więc stronę i odłożyłam na zaś. Co ciekawe, mniej więcej w tym momencie, kiedy sami bohaterowie publikacji są w momencie, w którym wszystko jeszcze jest „takie sobie”, „nie na serio” i nie wiadomo, co to będzie, bo zaangażowanie w korespondencję jest takie bardziej jednostronne. Zgrało mi się więc doświadczenie lektury z treścią, co zdarza się dość rzadko. A potem... Ho, ho, a potem! 
 
 
 Dla porządku lista zeszłoroczna, z którą się
jeszcze zmagam. Ale z przyjemnością, żeby nie było.


Zacznę może od stopniowania napięcia, bo najpierw napiszę o wydaniu. Jakie to jest przepiękne wydanie! Serio, rzadko kiedy książka ma taką fajną typografię, dodane zdjęcia czy obrazki z pocztówek, które wysyłali sobie Osiecka z Przyborą, a do tego faksymile fragmentów listów, przedrukowane telegramy i tak dalej. Zresztą, zobaczcie sami, aż kilka zdjęć zrobiłam – na zachętę, żebyście też sięgnęli.
 
 
 
 
 
 
 

Format jest przez to może mniej poręczny (a autobusie trudno mi było książkę rozłożyć, żeby w ścisku nie trafić kogoś w oko – dlatego ostatecznie całość, po powrocie do lektury, pochłonęłam w jedno popołudnie na fotelu pod kaloryferem, wykrzykując „O nie! Ale jak to! Nie, tak nie może być!”, zupełnie jakbym nie czytała wymiany listów między prawdziwymi ludźmi i do tego nie wiedziała, co się stanie; chyba zaangażowanie przy czytaniu takiej, dokumentacyjnej jednak, literatury, można odbierać jako komplement dla niej, prawda?), ale można mu to wybaczyć. Całość opracowała Magda Umer i jest to praca nie tylko bardzo staranna – tam, gdzie na przykład brakuje jakiejś części korespondencji dla lepszej orientacji dostajemy urywki z dzienników, w nagłówkach mamy zdjęcie albo Agnieszki Osieckiej, albo Jeremiego Przybory, jeśli zamyśliliśmy się i straciliśmy wątek, i chcemy się szybko zorientować, czyj list czytamy. A do tego Magda Umer pisze cudowne przypisy, takie, żebyśmy się zorientowali, kto jest kim – ale i z nutką osobistych sympatii („piękna jak mało kto” – pisze na przykład w przypisie 35 o Marcie Przyborze).

Nie można się też oprzeć temu urokowi, jaki z listów bije: raz, że to jest też świadectwo pewnego świata – kiedyś wyczytałam, że w twórczości Stachury nie widać siermiężności komunizmu – tutaj też PRL jako taki mniej rzuca się w oczy; jasne, jest, bo i wyjazdy limitowane, i z telefonu skorzystać trudniej, ale to nie jest tak, że zajmuje on poczesne miejsce w tej korespondencji. Nie zrozumcie mnie źle: chodzi mi o to, że czuć, że nasi bohaterowie są w centrum zdarzeń, bez kompleksów, że tworzą dzieła, które są ważne i są dobre nie tylko jako coś z peryferii, z Europy Środkowej, ale w ogóle, z dużą dozą uniwersalności. I to jest tu też szalenie ciekawe. Dwa, że polszczyzna bohaterów jest piękna: nie dlatego, że jest w normie językowej czy że jest taka z Parnasu szczytu, ale przez swoją giętkość, bywa, że bardzo dowolną interpunkcję, przez radość, którą daje bohaterom przy posługiwaniu się nią. Zdarzają się tam miejsca, w których można się zdziwić wyrażeniami (jak choćby fragment o nowym panu sprzątaczu), ale to należy – jak sobie to tłumaczę, w każdym razie – do języka epoki.

A przy tym to jest jak najbardziej kawałek literatury biograficznej. Ciekawie jest śledzić przebieg tych listów, bo zostawiają wiele niedomówień – co się właściwie stało? Czemu nie wypaliło? A jak się to uczucie rozwija, widać. I to mimo tego, że czasami jakichś listów brak. A to też duża zasługa redakcji. „Listy...” nie miały ukazać się tak wcześnie, jak pisze w przedmowie Magda Umer, ale dzieci bohaterów tej korespondencji zdecydowały, że czegoś tak napisanego nie wolno ukrywać przed światem. I słusznie. Pozostawiając na boku aspekty biograficzne – to jest po prostu bardzo dobrze napisane.

Z tamtych lat
w słowach ślad
tylko został –
kiedy w dal
czynów stal
się wyniosła.

Fragment z „W słowach ślad” (słowa pisał Jeremi Przybora, muzykę Jerzy Wasowski, a całość znajdziecie w aneksie do „Listów...”, s. 206).

Weź dokładkę!

13 komentarze

  1. Przeczytałam kiedyś cytat z tej książki na soup.io i od razu jej zapragnęłam (oczywiście od razu kupiłam). Cudownie wydana, cudowna treść, jedna z moich ulubionych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też dopisałam ją do odkryć i ulubionych książek. Teraz zaczaiłam się na biografię Osieckiej :).

      Usuń
    2. Ja mam w najbliższych planach "Dzienniki" Osieckiej, ale chciałabym czytać po kolei, a na półce czeka tylko drugi tom :)

      Usuń
    3. Też się ku nim w końcu skłaniam, ale podejrzewam, że raczej później, może pożyczę, jak już będą wszystkie? Jeszcze nie postanowiłam, ale popieram zdecydowanie zamiar przeczytania :).

      Usuń
  2. Słyszałam już wcześniej o tej książce, ale nie byłam do końca przekonana. Bo to w formie listów. I mimo że znam i cenię Osiecką oraz Przyborę, to pewnie bym się nie zdecydowała na kupno. Dzięki Tobie książka już zamówiona, postanowiłam sprezentować ją współlokatorce i przy okazji sama przeczytam :) Wydanie jest cudowne, podejrzewam, że jako prezent sprawdzi się idealnie. No i Magda Umer opracowywała! Uwielbiam ją za mistrzowskie piosenki aktorskie! Już bym chciała dostać ją w łapki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na prezent jest na pewno idealna :). Wiesz, ja się też zastanawiałam, jak się będzie czytało bądź co bądź korespondencję, ale to jest tak ułożone i tak napisane, że czyta się płynnie i ta bariera "ale to przecież listy" zupełnie znika, tak się człowiek wciąga i angażuje, że można zapomnieć, że to nie fikcja literacka (oczywiście upraszczam, bo to do pewnego stopnia też są (auto)kreacje, ale wiadomo). Bardzo się cieszę i miłej lektury życzę! :) A Magdy Umer ostatnio -- tak do kompletu, podążam teraz tym tropem -- oczarowała mnie płyta z duetami, też pięknie wydana, a jak zaśpiewana :).

      Usuń
  3. Pierwsze słyszę o tej publikacji. Wygląda niesamowicie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham podczytywać cudze (wydane!) listy i jestem zdania, że tylko dzięki nim i ewentualnie dzięki dziennikom można zobaczyć, jaki był nasz ulubiony twórcy w rzeczywistości, często inny, niż sobie wyobrażaliśmy. Czytam teraz „Dzieła (niemal) wszystkie Przybory i jednocześnie oglądam inscenizacje tekstów, które aktualnie czytam, ewentualnie słucham audycji powstałych na motywach tych tekstów. Wspaniała zabawa, którą w przyszłości chętnie uzupełnię o „Listy na wyczerpanym papierze”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się ostatnio właśnie zamarzyły "Dzieła (niemal) wszystkie" (teraz po przeczytaniu "Listów..." tym bardziej), więc popieram wybór lektury :). Zgadzam się, że listy czy pamiętniki mogą nam pozwolić lepiej poznać twórcę, ale też nie zawsze: mam wrażenie, że ta odrobina stylizacji może być wszędzie, czasami wszak liczono się z wydaniem (dzienniki) albo pisano do innej osoby (listy), więc była ta prezentacja-siebie-na-zewnątrz.

      Usuń
    2. Zgadzam się i jednocześnie delikatnie posypuję głowę popiołem, bo nie sprecyzowałam, o co mi chodzi. Oczywiście do tego typu tekstów trzeba podejść z pewną rezerwą, bo i dzienniki, i listy nierzadko pisano z zamiarem ich wydania (albo z cichą nadzieją, że zrobią to potomkowie lub przyjaciele), ale wciąż uważam, że są one najlepszym możliwym „odzwierciedleniem duszy” pisarza, a doszłam do tego czytając, w części stylizowane (a jakże!), listy Zygmunta Krasińskiego do przyjaciół i członków rodziny. Wyłonił się z nich obraz dzieciaka rozdartego między wiernością ojcu i obowiązkom rodowym, a tym, co nakazywało mu serducho - w innych jego tekstach nie dostrzegłam tej złożoności jego sytuacji.

      A co do „Dzieł (niemal) wszystkich" to polecam Ci je ze wszystkich sił i przyznaję się do tego, że dzięki nim mam jeszcze większą ochotę na lekturę „Listów..." :)

      Usuń
    3. A tak, to w tym się jak najbardziej zgadzamy :). Chodziło mi po prostu o to, że i tę stylizację (która owszem też coś nam mówi) brać pod uwagę. Bo czasami można założyć, że o, tu się nam autor odsłania, a to tylko pokrycie z autokreacji ku nam wygląda ;).

      Usuń
  5. A ja miałam z tą książką problem - głównie właśnie dlatego, że domaga się specjalnego traktowania - nie da się jej czytać idąc, ani na przystanku, ani w autobusie/tramwaju/pociągu. Do tego miejscami ma bardzo ciężką do czytania czcionkę (ta drobna kursywa była zabójcza dla moich oczu). Czy też tak miałaś, że po każdym rozdzialiku biegłaś do komputera żeby wyguglać jakąś piosenkę czy sprawdzić inną rzecz, którą właśnie zaczęłaś odkrywać z listów? (Muszę tu zaznaczyć, że teksty Przybory, zwłaszcza te z Kabaretu Starszych Panów towarzyszą mi od zawsze. Ale nagle zaczynają brzmieć ciut inaczej.)
    W którym miejscu "założyłaś stronę i odłożyłaś na zaś"?
    Bo ja zmęczona kaprysami książki, tym, że domaga się czytania w odpowiednich warunkach i najlepiej jeszcze z dostępem do netu, odłożyłam ją na dłużej i... nie wróciłam, bo przyszedł moment kiedy trzeba było zwrócić ją do biblioteki. W naszej bibliotece jest w stałym czytaniu, a to znaczy, że nie da się jej przedłużyć.
    Więc oddałam, obiecując sobie że "może kiedyś" do niej wrócę.
    Muszę chyba na nowo zapisać się do kolejki :)
    Chociaż trochę mnie przeraża perspektywa ponownego zetknięcia z tak kapryśną, zaborczą i żądającą wyłączności książką.

    PS - Nie miałaś poczucia, że czytasz cudzą korespondencję, jesteś kimś w rodzaju podglądacza albo paniusi jarającej się Pudelkiem, kolorowym pisemkiem "z życia celebrytów" i innymi tego typu rzeczami?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobrze to ujęłaś, to jest faktycznie taka książka domagająca się uwagi, w taki sposób jest skomponowana zresztą -- myślę, że to ciekawie koresponduje z treścią (a właśnie tak mi się z treścią zgrało to odłożenie na zaś, mniej więcej tuż przed tym listem, w którym Osiecka przyznaje, że jej uczucie do Przybory na początku było takie sobie, rodzajem zauroczenia, testowania możliwości, stąd jej listy były wtedy jeszcze krótkie i głównie zawierały teksty piosenek).

      No właśnie postanowiłam wyguglować wszystko dopiero na końcu -- teraz uzbroiłam się jeszcze w biografię Osieckiej, bo szczerze mówiąc strasznie mnie te listy zaciekawiły i zdałam sobie sprawę, że o dziele wiem więcej, niż o twórcy. Także zapisuj się w kolejkę, koniecznie! Potem spokojny wieczór na lekturę to już konieczność ;).

      Wiesz -- trochę miałam, ale przed lekturą, nie w trakcie. To znaczy przedmowa Magdy Umer jest jakaś kojąca pod tym względem i chociaż przed wzięciem się za czytanie miałam takie poczucie "kurczę, to jednak prywatna korespondencja dwójki ludzi sprzed nie tak dawna", to potem to zostało załagodzone. Zresztą myślę, że tutaj nie ma co mówić o "pudelkowatości", bo nie chodzi przecież o skandal, wydano zresztą te listy też ze względu na to, że to kawał literatury jest, tak już poza treścią. Tak w każdym razie na to patrzę.

      Usuń