W dwupaku albo o „Miłości pod Psią Gwiazdą” i „Dzikiej jabłoni” A. Łaciny



Słuchajcie, wpadłam w ciąg. Czasem się zdarza, ale skoro znalazłam w bibliotece pozostałe tomy powieści Anny Łaciny z serii pomyślałam „a co ci, Pyzo, szkodzi, bierz!”. Czego efektem jest dzisiejszy tekst. Zresztą, sami zobaczycie.



Miłość pod Psią Gwiazdą” 
albo dawno niewidziani znajomi w nowych sytuacjach


Źródło.


O czym to jest? Losy kilku torunian splotą się ze sobą w wyniku nieoczekiwanych (a może z drugiej strony: całkiem zwyczajnych) okoliczności. W końcu ludzie spotykają się u fryzjera, w szkole, przez wspólnych krewnych czy na wolontariacie. Główną oś fabularną autorka snuje wokół przygód licealistów, ale to wcale nie znaczy, że w szkole. Jeśli czytaliście „Kradzione róże”, to spotkacie kilka znajomych twarzy.

Wersja skrócona: Wszystko, co pisałam przy okazji „Telefonów do przyjaciela” pozostaje w mocy. Są niestandardowi bohaterowie, bardzo dobrze i naturalnie się czytające dialogi, a do tego dochodzi interesująca intryga. Czy może „intryga” nie do końca w takim potocznym rozumieniu: chodzi mi raczej o sposób zawiązania i prowadzenia akcji. Dla tych, którym się dłuży powiem więc: spokojnie chwyćcie, kiedy będziecie mieć okazję, bo o powieść młodzieżową (chociaż mam uwagi co do tak prostej klasyfikacji, ale to w wersji rozszerzonej), która nie kończy prostymi rozwiązaniami wcale nie jest tak łatwo.

Wersja rozszerzona: No dobrze, to teraz trochę szerzej. Muszę powiedzieć, że bardzo lubię powieści skonstruowane na podobnej zasadzie: ludzie, których pozornie niewiele łączy, nagle okazują się mieć pewne wspólne interesy – czy przez przypadek, czy wskutek zrządzenia losu, czy (nie)pomyślnych okoliczności. Wątki zaczynają się klarować i ze sobą zazębiać w ładny, naturalny sposób, nie wspominając już o tym, że nie ciągną się w melodramatycznych łańcuchach, ale kiedy znajdują swój finał usuwają się nieco w tył, żeby dać miejsce innym, jeszcze czekającym na rozwiązanie.

Łacina porusza tutaj kilka tematów. Niektóre ot, takie zwyczajne, „życiowe”, jak pierwsze licealne miłości, kwestia pójścia czy nie na studniówkę i jak też przygotować się do klasówki ze znienawidzonej matematyki – po dużo trudniejsze, typu toksyczne związki, poważne choroby czy znęcanie się nad zwierzętami. To, co bardzo lubię w książkach autorki (a została mi nieprzeczytana z tej serii tematycznej chyba tylko „Sześć Dominika”) to fakt, że nie doczekujemy się prostych rozwiązań. Mrukliwy chłopak z problemami nie zamieni się w księcia z bajki, klasowy nerd nie zostanie superprzystojniachą, bo zmienił koszulę (choć zacznie przyciągać wzrok koleżanek), a mężczyzna, który zaprosił cię na Święta nie zostanie z automatu rycerzem na białym koniu, który wydobędzie cię z opresji. Bohaterowie muszą dopracować się sami do tego, że wsparcie innych jest bardzo ważne, ale to samemu trzeba podjąć decyzje i – w moim ulubionym chyba wątku, dla przykładu – jeden związek nie jest remedium na poprzedni, inny. Co więcej Anna Łacina ma dobrą rękę do kreślenia bohaterek, które bywają irytujące, trudno zawsze z nimi sympatyzować, a równocześnie nie są heroinami w opresji, które wyratować może wyłącznie mężczyzna. Bardzo podoba mi się takie podejście, bo mam wrażenie, że tego typu postaci jest u nas ciągle mało.

Do tego świetnie zakomponowane są tutaj też wątki, zdawałoby się, średnio pasujące, czy sprawiające wrażenie „nierealistycznych”. Widzicie, wyznaję zasadę – chyba dość popularną – że realizm w powieści to nie idealne odwzorowanie „naszego” świata, a raczej takie pisanie, które sprawia wrażenie, że wszystko w tym świecie przedstawionym gra. I tutaj tak jest. Z małych mankamentów: można dość szybko domyślić się, kto jest kim, ale też w gruncie rzeczy nie ma podstaw, żeby się spodziewać, że zamiar był inny – bohaterowie mają czasami zwyczajnie dużo mniej danych niż my, więc pod tym względem trudno im wyrzucać, że są źle skonstruowani i niedomyślni. A jak już przy tym jesteśmy: bardzo podoba mi się, że mimo wielu poruszonych spraw nie odniosłam wrażenia, że któraś jest potraktowana „po łebkach”. No właśnie: bo ta powieść jest po prostu porządnie skonstruowana, a jak sami wiecie dobra konstrukcja to coś, co lubię najbardziej.

I jeszcze taki mały bonus (dla mnie, nie dla powieści): ciemnozielony płaszcz jednej z bohaterek skłonił mnie do tego, że „podpisać” powieść do ciekawego wyzwania Tarniny – jest ono na tyle precyzyjne w wymaganiach, że nie wiem, czy trafi mi się jeszcze okazja (bo trudno wybrać specjalnie powieści, które będą spełniały tę zasadę), ale jest i tak urocze, że nie mogłam się powstrzymać. Tak więc: ciemnozielony płaszczyk bohaterki, Izy, który prześladuje dwójkę postaci na dwa różne sposoby. Wyróżnia Izę z tłumu i dla jednego bohatera będzie przyciągającym wzrok atrybutem, sprawiającym, że zacznie on myśleć o niej nieco bardziej intensywnie, dla drugiego (czy też: drugiej) zaś stanie się prześladującym obrazem w i tak nieprzyjemnej scenerii. Niechaj się wpiszą w ramy„Zielonej Sukienki”:



 

***

Dzika jabłoń” 
albo lekko kulejąc w Dolnośląskie



Źródło.


O czym to jest? Wiecie co, nie chcę psuć przyjemności z tego, co dla mnie było jedną z największych zalet książki, więc powiem oględnie: to powieść o tym, że wyprawiając się na Dolny Śląsk można odkryć dużo więcej, niż sobie człowiek obiecywał.

Wersja skrócona: Mnie osobiście „Dzika jabłoń” bardzo ujęła niektórymi zwrotami fabuły i rozwiązaniami wątków, żeby w innych mocno rozczarować. Z trzech ostatnio czytanych powieści autorki tę uważam za najsłabszą, co jednak nadal nie oznacza, że nie polecam. Może tylko mniej. No i wad widzę w niej więcej niż zalet, oględnie mówiąc. Za to muszę tu powiedzieć, że jest to jedna z najciekawiej „opakowanych” książek, z jakimi się ostatnio zetknęłam. Znacie to uczucie, kiedy na ostatniej stronie okładki zostaje Wam zdradzone, o co chodzi w książce? No to tutaj nie dość, że tak nie jest, to bardzo zgrabnie przesuwa się horyzont czytelniczy potencjalnego odbiorcy – w ciekawym połączeniu z rysunkiem z pierwszej strony okładki.

A nie oględnie, czyli wersja rozszerzona: tak jak w przypadku „Miłości...” wspominałam o tym, że nawet najbardziej nieprawdopodobne rzeczy w niej zagrały, tak tutaj miałam wrażenie zbyt dużego rozstrzelenia rodzinnych tajemnic, przypadkowych spotkań i wyjaśniających się w taki czy inny sposób wątków. Nade wszystko jednak drażnił mnie dziwny dydaktyzm. Jedna z postaci pojawiła się, miałam wrażenie, specjalnie po to, żeby wygłosić umoralniające słowa w kierunku innej, a potem zniknąć. I chociaż, ponownie, w kwestii związków autorka funduje nam ciekawe i wcale niełatwe rozwiązanie (nie, nie, żadnych rycerzy na białych koniach, jak mogłoby się w pewnym momencie wydawać), to fakt, że jedna z bohaterek decyduje się na taki a nie inny krok pod wpływem umoralniającego kazania wydawał mi się ciut za prostym rozwiązaniem.

No właśnie, bo widzicie: to prawienie umoralniających kazań leży w charakterze jeszcze innego bohatera (mamy małe natężenie takich typów tutaj), ale nie zmienia to faktu, że – wiedząc jak autorka rozwiązywała trudne wątki wcześniej – jestem takim postawieniem sprawy niepocieszona. Podobnie mam z innym rodzajem narracyjnego deus ex machina, czyli meta-komentarzem do nieprawdopodobnych zdarzeń, jakie sami bohaterowie nazywają „jak z brazylijskiej telenoweli”. To znaczy jasne, one przypominają znane z tego typu produkcji motywy, ale mnie zwykle taki komentarz od samych bohaterów napawa pewną melancholią: trochę traktuję to jako zaprojektowaną w utworze obronę przed podobnym stwierdzeniem, które może paść z ust czytelnika (nie wiem, czy wiecie, o co mi chodzi: coś jak „no, nie jest to do końca tak, jak by być mogło” – „ale w końcu przecież nie pada jasno, że autor odżegnuje się od tego, że rozwiązanie podobne”).

Ale nie jest tak, że „Dzika jabłoń” mi się zupełnie nie podobała. Jest wszystko to, za co cenię pisarstwo Anny Łaciny: nastolatki zachowują się i mówią jak nastolatki (jedna z dwóch głównych bohaterek, Wiktoria, ma nawet tumblra), a przede wszystkim dostajemy dużą dywersyfikację bohaterów. Autorka nie ucieka przed przedstawieniem bardzo różnych osób, jasne, nie wszystkich, jakie spotkać można, ale też i takich, które rzadko da się wyłapać na kartach powieści skierowanych do takiego młodzieżowo-rodzinnego czytania. A właśnie: zastanawiam się, czy te książki to jest właśnie literatura młodzieżowa, bo myślę, że jednak nie tylko. I chyba określenie „obyczajowa” najlepiej tutaj pasuje, tak po prostu (zresztą wiecie, że moja walka z gatunkami literackimi trwa). 

I co teraz? Czekam na zapowiadane „Niebo nad pustynią”, oczywiście! A o wrażeniach z dwóch książek-bohaterek dzisiejszego wpisu, jak dobrze wiecie, z chęcią porozmawiam!

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. A ja, dzięki Twojemu wpisowi, Pyzo, przeczytałam "Telefony do przyjaciela" i jestem pod wrażeniem :) Faktycznie, autorka poważnie traktuje czytelników. W tej książce nie wyczułam dydaktycznego smrodku, szkoda że pojawia się w następnych ;)

    W "Telefonach..." szczególnie podobało mi się przedstawienie relacji między siostrami. Jeden wielki kłębek: miłość, rywalizacja, zazdrość... chyba często tak bywa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, to super, bardzo się cieszę! Tak, ta siostrzana relacja wyszła bardzo ciekawie, bo też nie runęła w melodramat, a przez ciekawe nakreślenie postaci nie miała szans na popadnięcie w stereotyp :).

      Widzisz, w "Dzikiej jabłoni" mnie to osobiście denerwowało, ale już "Miłość..." bardzo Ci polecam, jeśli podobały Ci się "Telefony..." to sięgaj śmiało :). Po "Dziką..." też, żeby się przekonać, co i jak -- nie wspominając o tym, że w tej powieści jest bardzo ciekawie opisany Dolny Śląsk, lubię to w powieściach autorki, że obiera na miejsca akcji mniej wyeksploatowane miasta czy miasteczka (chociaż w "Telefonach..." trochę mniej zostaje to wyzyskane przez te podróże bohaterów).

      Usuń