A kysz albo o pozbywaniu się książek



Asumpt do napisania tego wpisu dał mi nowy post u Asi ze Styledigger, która opisuje doświadczenie przeprowadzkowe z elementem znanym chyba nam wszystkim: jakim cudem mamy tyle książek i czy na pewno chcemy je wieźć do kolejnego mieszkania? Pomyślałam zatem, że warto by było napisać o tym momencie, w którym dochodzimy do wniosku, że może jednak nie.


Widzicie, przeprowadzałam się w życiu osiem razy jak dotąd i właściwie od pierwszej samodzielnej przeprowadzki towarzyszyła mi taka myśl, że tych książek jest stanowczo za dużo, po co mi one wszystkie, skoro z niektórych dawno nie korzystałam, a poza tym są ciężkie i trudne do zapakowania. Imałam się różnych sposobów: wysyłałam je pocztą w paczkach, pięknie prosiłam o pomoc przyjaciół i rodzinę, generalnie zaś starałam się ograniczać książkowe nabytki. Aż w końcu zdałam sobie sprawę, że tych książek nie ubędzie. One po prostu przyrastają od pewnego punktu same, mnożąc się chyba z powietrza. A tak na serio: w pewnym momencie jest ich tyle, że jasne, szuka się rozwiązań (może e-booki, może rozsprzedanie, może oddanie, przynajmniej na przechowanie, w wersji ekstremalnej zsyłka do piwnicy), ale na dobrą sprawę tych książek nadal będzie dużo. 
 
 
 
 
 

Jak to właściwie jest, że uznaje się, że ma się dużo książek? Trudno stwierdzić, bo razem z tym przychodzi chyba uczucie, w którym mimo wszystko stwierdza się, że jak będzie więcej, to nie będzie się płakać. Jasne, zabraknie miejsca w przeznaczonych po temu przestrzeniach, ale zawsze można znaleźć nowe (w pewnym momencie wykształca się chyba taki zmysł, że o, a tu by się zmieściły trzy tomy, dlaczego tu jeszcze nie stoją). Jasne, coś tam ubędzie, ale zaraz się okaże, że przyjdą nowe – i nie dlatego, że zostawimy majątek w księgarni, ale dlatego, że a to coś się znajdzie, ktoś odda, skądś przyśle czy antykwariat niedaleko domu babci postanowi nam dać karton książek w podzięce jako stałemu klientowi. Serio, mam od jakiegoś czasu wrażenie, że z książkami tak po prostu jest.






Inna sprawa, że co to właściwie znaczy mieć dużo – albo za dużo – książek? Wydaje mi się, że ilość jest tu bardzo względna i nie chodzi o to, żeby licytować się na to, ile kto ma woluminów. Bo jasne, dla kogoś wysoki regał w salonie będzie odpowiadał ilości „dużo książek”, dla innego półki wokół sufitu w trzech pokojach, inny powie tak dopiero, kiedy znajdzie w mieszkaniu jeden pokój przeznaczony na bibliotekę, a inny określi tak kolekcję mieszczącą się na jednej półce. To naprawdę nie ma znaczenia. Bo tym, co w całej sprawie wydaje mi się istotne, nie jest sam fakt posiadania książek – w końcu wiadomo, że jak wszystko inne, tak i z książkami dzieją się różne rzeczy i niekoniecznie od razu wielkie katastrofy, ale a to dziecko pomaże, a to rozpadnie się ze starości, a to zaginie w podróży. Raczej podejście do nich.

Bo nie chodzi też o to, że musimy wszystkie książki mieć przeczytane czy zapamiętane. Pewnie nie ze wszystkich skorzystamy. Idzie raczej o to, jaki mamy do nich stosunek. I znowu: możemy je zbierać dla samego zbierania, taka bibliomania jest i cóż, jeśli komuś sprawia to radość. Możemy lubić świadomość, że mamy w domu regał książek. Może zbieramy, planując potem obczytywać się od rana do nocy w zgromadzone książki. Albo chomikujemy, bo przecież się przyda. Lubimy to, tak czy inaczej. I nawet jeśli w pewnym momencie zdecydujemy się pozbyć jakiejś części księgozbioru – nie będzie to zbrodnią. Możemy. A książki, no cóż, odrosną, zgodnie ze swoją naturą.

Jak sami widzicie, jest w tym jakaś magia. Miałam napisać o pozbywaniu się książek, a wpis jest o niemożności pozbycia się ich tak do końca. Ale obiecuję, że o tym pozbywaniu się też napiszę kiedyś.

Weź dokładkę!

44 komentarze

  1. Ha, ha :D przeprowadzki i książki! Znam to :D
    Wprawdzie pierwsze przeprowadzki moje były bez książek, bo zostawiłam je w swoim pokoju u rodziców. Ale potem się zaczęło.
    Mąż się wprowadzał, tzn oboje, ale on z książkami, moje były wciąż u rodziców. Na pierwsze piętro z windą. Znoszone za to z piątego. Ale w dół :)
    Kolejna przeprowadzka - wnoszenie na 5 piętro bez windy tych jego książek (ale i moich już przyrosło), a on jest historykiem i nie czyta cienizny, a pozbycie się lub zgubienie którejś, to byłoby nie do pomyślenia. Ale za to oprócz wnoszenia, było wynoszenie książek nie naszych. To bardzo skomplikowane jest, nie wnikajmy o co w tym chodzi ;)
    Kolejna przeprowadzka. Szit, znowu ładujemy nasz księgozbiór - już nasz, bo przecież nie przechodzę przez księgarnie z zamkniętymi oczami, poza tym -święta, urodziny.. wiadomo, no i moje ulubione pozycje, szczególnie albumy i komiksy wywożę od rodziców powoli ;) Zatem ładujemy, pakujemy i na dół z piątego, na parter chwała Panu. No ale na piąte wnosimy książki kolejne.
    Patrząc na naszą obecną szafę... no nie chciałabym się przeprowadzać znowu :)Aczkolwiek nie uważam, że mamy nadmiar książek. Wręcz przeciwnie, mamy za mało wciąż, bo wiele by się jeszcze chciało :)
    Wprawdzie oddaję do biblioteki, co mniej ciekawe dla mnie tytuły, ale na ich miejsce zaraz wskakują nowe nabytki :)

    Ale trochę zmieniłam swój stosunek do książek. Zresztą do wszystkich materialnych rzeczy. Gdyby ktoś przyszedł i powiedział, że mam się spakować w jedną torbę, a resztę zostawić, to byłabym w stanie to zrobić. Czasem nawet marzę, żeby się uwolnić od całego balastu. Zresztą już samo oddawanie do biblioteki jest krokiem na przód. Jak pożyczę i nie wróci, to też nie rwę włosów z głowy, pod oknami nie wystaję, by oddali.

    Te twoje 8 przeprowadzek zdecydowanie przebija moje skromne 5 :) Bo internatu, czy akademika nie liczę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, doświadczenie noszenia i znoszenia z piątego piętra kartonów z książkami nie jest mi obce (na szczęście wtedy przeprowadzałam się do mieszkania z windą, i ja odsapnęłam, i książki, że nie patrzę na nie już mściwym wzrokiem :D). Dokładnie, jest coś takiego w całym procederze, że dość szybko się zapomina gorycz przenoszenia ich, zresztą: w pewnym momencie właśnie te książki -- może oprócz z jakichś powodów najcenniejszych -- zaczynają dość swobodnie fluktuować. I coś jest w tym, jak piszesz, z takiej przemiany w stosunku do rzeczy materialnych.

      No ba, w końcu wędrowniczkam ;).

      Usuń
  2. W ciągu ostatnich 5 lat przeprowadziłam się 6 razy i dużo bardziej wkurzało mnie pakowanie i przewożenie naczyń i garnków (o moje nieszczęsne kieliszki do wina!) niż kilku kartonów książek. Zależy co kto lubi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, kieliszki do wina zazwyczaj zdążyły się wytłuc. Natomiast garów miałam jeden komplet, kilka talerzy i kilka kubków więc to było najmniej uciążliwe :) Książki zdecydowanie najbardziej dały nam się w znaki :)

      Usuń
    2. Garnki są faktycznie uprzykrzaczami, zajmują też więcej miejsca, bo garnka się nie dopchnie do kartonu z innymi garnkami ;). Więc rozumiem cierpienie, Dominiko ;).

      Usuń
    3. Garnki były chyba najczęściej porzucanymi przeze mnie przedmiotami :).

      Usuń
  3. Przeprowadzałam się dwa razy w dorosłym życiu - za pierwszym razem od rodziców do mieszkania, w którym było tylko łóżko, szafa i biurko, które przywiozłam. Półek niet. Największym wyzwaniem było zorganizowanie księgozbioru, żeby dało się z niego korzystać. System polegał na spisaniu wszystkich książek, wbiciu w komputer, wydrukowaniu i naklejeniu właściwych list na pudła i zrobieniu drugiej listy autorami z adresami pudeł :) Garnków wtedy nie miałam, ciuchy weszły w dwa pudła, książek było pudeł dwanaście, część i tak została u rodziców. Z czasem dorobiłam się regałów, męża i większego mieszkania, książki namnożyły się okrutnie, druga przeprowadzka była niełatwa, ale odpadło przynajmniej opisywanie pudeł. Książki od rodziców zwożę do dzisiaj (18 lat), w miarę dorastania do nich dziecka. Parę razy w życiu zdarzyło mi się sprzedać coś w internecie czy antykwariacie, ale to pojedyncze sztuki były, a i tak zaraz kupowałam coś nowego.
    Teraz w ramach ferii sprzątam synowi gruntownie pokój i stanęłam przed problemem schowania lektur, z których wyrósł. I po prostu nie mogę, to są takie fajne książki, do każdej mam sentyment... Poprzestawiałam niżej te, które będzie czytał, te dla młodszych dzieci wylądowały pod sufitem, do pudeł i piwnicy nie dałam rady schować. A co dopiero oddać/sprzedać. A kolejne sztuki i u niego w pokoju się mnożą. Miejsce ma jeszcze na ok. 20 sztuk. Potem nie będzie czytał :)
    A o następnej przeprowadzce nawet nie chcę myśleć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, taki plan przeprowadzkowy brzmi jak coś, co zawsze chciałam tak dokładnie zrobić, ale nigdy mi się nie udało (wyznaję zasadę, że chowam, póki się mieści do kartonu, a potem radośnie przy odpakowywaniu odkrywam, gdzie co jest, o czym zapomniałam, że tam jest, bądź jakie sąsiedztwo wygląda szczególnie zacnie ;)).

      Część moich książek, całkiem spora, też nadal jest rozparcelowana, ale co zrobić -- może kiedyś się dadzą radę zmieścić w jednym miejscu ;). Piwnica, tak jak mówię: w ostateczności. Sama nigdy nie musiałam ich tam wynosić, ale zdarzało mi się je wynosić z piwnicy w różnych miejscach, jednak trzeba mieć chyba wyjątkowo suchą piwnicę, żeby dobrze przetrwały.

      Usuń
  4. To raczej nieuleczalne, nie napiszesz;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciii... ;) Chociaż teoretycznie napiszę :D.

      Usuń
    2. (W sensie: w teorii. To znaczy -- wpis będzie, ale z wiedzą teoretyczną ;)).

      Usuń
  5. No tak, pozbywanie się bywa uwalniające, a bywa i trudne do tego stopnia, że do ostatniego momentu przekładam książki z kupki "do oddania" a kupkę "może jeszcze zostaną". Ale za to jakie satysfakcjonujące uczucie, kiedy wszystkie mieszczą się na półkach, bo coś ubyło! :) No i z książkami jak z włosami - w końcu odrosną :) Pozdrowienia dla szanownej Autorki od Krakowskich Mopsów!;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest coś magicznego w chwili, kiedy znikają z parapetów, podłóg i miejsc podejrzanie wyglądających jak nienadające się do trzymania książek -- stan rzadko przeze mnie osiągany, ale zdarzało mi się :).
      Mopsy Krakowskie Autorka odpozdrawia, życząc udanego Tłustego Czwartku :)!

      Usuń
  6. Ja po remoncie odłożyłam sobie na osobną stertę te książki, do których nie jestem przywiązana i nie mam zamiaru ich więcej czytać, ale od roku nie zdecydowałam co z nimi zrobić ;) Może ktoś się kiedyś magicznie zjawi z moim domu i mnie od nich uwolni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jakiś rodzaj wróżki-zębuszki z kwalifikacjami do bycia wróżką-książkówką? Chociaż "książkówka" brzmi jak rodzaj owada -- "książniczka" może? ;)

      Usuń
  7. Ooo! Zapytowywuję nieśmiało, czy to jest ten wpis, do którego zainspirowałam Pyzę, czy nie?

    Kurczę, coś w tym jest: książki się mnożą jakoby same. Ja tak chomikowałam wiele lat, dopóki... nie zabrakło mi miejsca na całkiem sporym regale. I wtedy się zaczęło! Oddawanie znajomym, bibliotece, wyrzucanie (o zgrozo!) rozklejonych egzemplarzy miałkich powieści, do których nie będę wracać. Bo niemiałkich bym nie wywalała :) Wynoszę, pozbywam się, rozdaję, a te dalej swoje...

    Jak wiesz, kupiłam dopiero co nowy regał. Ułożyłam na nim nieprzeczytane książki... Jest pełen w 90%. Jak żyć, Pyzo droga?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to jeszcze nie on :). Będzie w marcu, na pewno zaznaczę :D.

      Bo one nie dość, że zakrzywiają czasoprzestrzeń, to mają własne plany co do przepastności półek, co zrobić? Chyba tylko czytać i podejmować trudne decyzje. Albo dokupić kolejny regał ;). Albo wypróbować ustawianie w dwóch rzędach: nie jest to aż takie przyjemne, ale przy głębokich półkach przynosi efekty (a potem można odkrywać, co też tam stoi, a o czym się zapomniało!).

      Usuń
    2. Kiedy właśnie moje półki są za płytkie :( A nowy regał przy tym pokoju, który teraz mam, nie wchodzi w grę...

      Ale nic to, na razie się nie martwię! Jakże się martwić, gdy z łóżka ma się widok na nowy, piękny regał :D? To nie przystoi!

      Usuń
    3. O, i to jest odpowiednie podejście ;)!

      Usuń
  8. Mimo wszystko jakoś nie potrafię zrozumieć nagminnego nabywania książek dla samej idei. Strasznie denerwują mnie potem komentarze "ach, tak, mam na półce od roku, pewnie niedługo przeczytam..." irytujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, ale jeśli pojawia się argument "niedługo przeczytam" -- nawet jeśli pod "niedługo" można podstawić dowolną jednostkę czasu ;) -- to już nie jest chyba nabywanie dla idei?

      Usuń
  9. Ależ pakowanie i rozpakowywanie książek to najprzyjemniejsza rzecz pod słońcem! Można je zapakować w równiutkie pudła i potem porozstawiać na półkach (tak mi się zdarzało, że wraz z kolejnymi przeprowadzkami przestrzeń na książki mi się zwiększała). Garnki i inne naczynia, rozpychające przestrzeń pościel, nieforemne sprzęty typu odkurzacz, rowery, buty i odzież zimowa - z tym miałam męczarnie przy przeprowadzce ;) Przy każdej zwiększa się moja nienawiść do ubrań, które nie chcą się składać jak Perfekcyjnej Pani Domu i nie mieszczą się do żadnej torby :)

    Ale też ostatnio przy przeprowadzce zrobiłam małą segregację i sporo "raz przeczytanych i koniec" książek oddałam do biblioteki. Radość pani bibliotekarki, która dostała prawie nowiutką i raz czytaną serię o Percym Jacksonie - bezcenna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, właśnie, pod tym względem książki mimo ilości pakuje się szybko i sprawnie. Chociaż w moim przypadku idealne spakowanie i rozpakowanie nie wchodzi w grę, raczej spontaniczne "co my tu mamy" oraz "ułożę tak, a jak będę miała chwilę, poprawię" ;).

      To ładne :). Wcale się jej nie dziwię :).

      Usuń
  10. Ja zawsze zbierałam, bo bardzo podoba mi się widok półek z książkami - takie tam estetyczne wymysły :D Ale od pewnego czasu żal mi tego, że siedzą i tak się kurzą, więc rozdaję je komu mogę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dwa sprzeczne uczucia, ale jakby znajome :).

      Usuń
  11. Książki jak trawa, zawsze odrastają :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, myślę, że trzeba się bardzo postarać, żeby przestały, ale chyba tak to nikt nie chce :).

      Usuń
    2. Hm, pewnie znajdą się ludzie, którzyby chcieli, ale nie w naszej bańce internetowej ;). Tutaj się raczej książkową trawę podlewa i pielęgnuje.

      Usuń
  12. Moja filozofia: za dużo tzn że nie mieszczą się w przeznaczonym miejscu. Jak dokupi się regał, jest ich w sam raz, albo ciut poniżej możliwości do momentu , kiedy znów zaczną wypływać z miejsca przeznaczenia :)

    Zresztą mam wielkie ech związane z tymi koncepcjami "za dużo", z mocnego ukosa patrzę na aktualną modę na minimalizm. (Nie żeby koncepcje były z gruntu niesłuszne, tylko, hm... jak ze wszystkim, trzeba sobie uszyć na miarę)

    ps. A tak przy okazji, znajomemu przestały się książki mieścić w mieszkaniu (odziedziczył kolekcję zmarłej ciotecznej babki), wyniósł do piwnicy na przeczekanie, aż przestrzeń przeorganizuje i ukradli! Do tej opowieści nie wiedziałam, że mamy tak kulturalnych złodziei (i nie to, że jakieś kosztowne białe kruki, może niektóre wydanie w latach sześćdziesiątych, później nie wznowione czy coś, ale nic co rzucałoby się w oczy z myślą "zbiję na tym majątek na allegro")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, minimalizm sam w sobie nie jest zły, ba, pod niektórymi kątami to idea wielce słuszna, ale myślę, że nie zawsze musi być związana z faktyczną ilością rzeczy (w tym książek), ale i do nich stosunkiem. Może się mylę, ale tak sobie dumam.

      O kurczę, takiej historii jeszcze nie słyszałam. Biedny znajomy, mimo wszystko to jednak przykre.

      Usuń
  13. Bardzo czekam na wpis o pozbywaniu, bo być może jakąś radę od Ciebie bym uskuteczniła. Właśnie mam mały problem z ilością książek i czuję, że niedługo trzeba będzie powiedzieć "a kysz", albo znaleźć większe mieszkanie. Oczywiście wolałabym wersję numer dwa, ale na nią trzeba mieć pieniądze. (Czy to nie byłoby ironią, podobną do tej gdy wydaje się pieniądze na portfel, gdybym sprzedała część zbioru, żeby mieć więcej pieniędzy na cele mieszkaniowe? Albo na kolejne półki?). Choć gdy co raz bardzie przymierzam się do wydania to widzę pozycje, które w sumie wydać nie byłoby tak bardzo szkoda, a to kieszonkowa wersja bestsellera fantasy sprzed pięciu lat, do którego zerknęłam raz. A to parę klasycznych lektur z Grega, które trzymam "dopóki kupię ilustrowaną wersję tej klasyki" (w ogóle nie rozumiem fenomenu Grega, wszystkie te wydania dostałam i przez to nie kupuje tych pięknie ilustrowanych wersji, ale gregowych też się nie pozbywam). Ale z drugiej strony, co już jakiejś pozycji się pozbędę to nagle pojawia się w domu kolejna i kolejna, masz racę Pyzo z książkami tak już jest, jest ich tylko więcej i więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbuję się nad tym zastanowić bardziej metodycznie i może dojdę do jakichś wniosków. Podpytam i popodpatruję :). Fenomen Grega to jest dopiero temat na wpis! Bo przyznaję, że tam się mieszczą najdziwniejsze rzeczy: książka wydana w takiej "klasycznej" oprawie z opracowaniem w środku (zawsze mnie te opracowania wybijały z lektury, a kilka Gregów mam, mimo to). Takie zderzenie nobliwości ze skrótowością.

      Usuń
    2. A chętnie poczytałabym o fenomenie Grega. Zwłaszcza, że uważam, że to właśnie Greg spopularyzował streszczenia. Bardzo mi się źle czytało wersje gregowskie - zwłaszcza kiedy wiedziałam, że cała zanalizowana fabuła jest w zasięgu ręki i jeśli tam zerknę to będę wiedziała kto zabił/zdradził/wszystko przeżył i żył szczęśliwie. A ja właśnie jestem takim niecierpliwym czytelnikiem co chce znać całą fabułę już-teraz. I te wiadomości na marginesach mnie rozpraszały, bo czasem nie widziałam motywu x akurat w tym fragmencie i zamiast czytać szukałam co trzeba (a były to czasem chochliki i motyw szukany znajdywał się gdzie indziej). Co do oprawy - jak pierwszy raz dostałam taką nobilitowaną, Grega jeszcze nie znając, to spodziewałam się, że zawartość będzie na pięknym papierze i będzie dużo obrazów w środku. A tu taki psikus. ;) Choć przyznam, że lubiłam analizy z Grega, zwłaszcza jak pojawiały się w niektórych ciekawostki o autorze.

      Usuń
    3. Będzie, jak ukończę risercz, a co :). Tak, też uważam, że Greg to był taki krok w stronę popularyzacji streszczeń: bo wcześniej były takie, wydawane broszurkowo, omówienia książek (ale bodajć -- kto to wydawał?), były wstępy BN-kowe, ale żadne z nich nie było tak skrótowe, no i nie było wprost w książce. Przy czym przyznaję: nie one też rozpraszały (że ten wzrok mimowolnie zbaczał na to, co też zostało tam dopisane, przez co rozbijała mi się płynność czytania). To był główny powód, dla którego nie przepadałam za tymi wydaniami -- drugi był taki, że często nie zgadzałam się z tymi interpretacjami, jakie były tam podawane ;).

      Usuń
    4. W takim razie życzę owocnego riserczu. :) pamiętam takie broszurki-wkładki do magazynu Victor (albo Victor Junior) ale nie jestem pewna czy o nie Ci chodziło. Właśnie podobało mi się to, że w wielu przypadkach się z Gregiem nie zgadzam - motywowało do szukania inaczej. ;) Choć niektóre interpretacje mnie irytowały.

      Usuń
    5. O, racja, o Victorach zapomniałam! Ale nie, były takie dużo starsze, nie wiem, czy nawet nie sprzed lat 90. Muszę zajrzeć do biblioteki i sprawdzić, czy jeszcze je mają i co to dokładnie było :).

      Usuń
  14. Można też skorzystać z akcji wymiany książek np. przez internet, w bibliotekach czy infoboxach. Przez co zbiór nie będzie rósł :) Nie polecam wynoszenia ulubieńców do piwnicy. Nabywają tam zapach stęchlizny, który dla ich właściciela może być alergizujący :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, wymienianie książek to super sprawa. Co do zapachu -- zgadzam się, poza tym często się rozklejają, butwieją, a jeśli piwnicę mamy pechową, to mogą zostać zalane w dość dowolnej konfiguracji.

      Usuń
  15. Dla mnie mieszkanie bez książek nie ma duszy. Regał z książkami to obowiązkowy element wystroju, niekończące się półki z apetycznymi woluminami to marzenie. Ale z drugiej strony te moje dwa regały patrzą na mnie z wyrzutem, gdy leżę na łóżku i przyglądam się, ile książek jeszcze na mnie czeka. Nie zamierzam się jednak pozbywać żadnych prócz tych absolutnie mnie nie ciekawiacych i zbędnych.

    Tak, przeprowadzki to koszmar.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiem, lubię przeglądać cudze książki w mieszkaniach (no dobrze: uwielbiam, nic na to nie poradzę), ale też myślę, że rodzajów takich "dusz" może być wiele, książki to jeden z nich :).

      Usuń
  16. już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że tych książek zawsze będę miała "za dużo." przy ostatniej przeprowadzce, pięć lat temu, miałam ich 17 średniej wielkości kartonów, w tym roku szykuje mi się kolejna przeprowadzka, obawiam się, że tych kartonów będzie dwa razy więcej, bo nawet jeśli pozbędę się tych książek, które mnie już przestały interesować, to będzie dokładnie tak jak piszesz, w to miejsce pojawią się następne. cóż, taki los! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu skoro się nam książki mnożą, to chyba ku uciesze :).

      Usuń
  17. To jest beznadziejne. Staram się utrzymać równowagę pomiędzy nabytkami i ubytkami książkowymi, ale to przegrana walka. Zawsze przybywa więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego chyba pozostaje tylko utrzymywać równowagę duchową i tegoż ducha spokój ;).

      Usuń