O kryzysie czytelniczym raz jeszcze albo powodów garść (400 post!)



Dopadł mnie mały kryzys czytelniczy. Zdarza się. Ale od czego są kryzysy, jeśli nie od tego, by zastanowić się nad ich powodami i wyciągnąć wnioski? 

Jak być może pamiętacie, jakiś czas temu napisałam notkę utrzymaną w podobnym tonie (znajdziecie ją tutaj), ale doszłam do wniosku, że wcale nie wyczerpałam tematu, a niektóre rzeczy opisałabym dzisiaj nieco inaczej. Także siadłam i napisałam.

Za dużo czytania – najczęściej ostatnimi laty w dołki czytelnicze wpadałam, kiedy – co dość często powtarzam, bo to powód u mnie najpowszechniejszy – się „przeczytałam”, to znaczy czytałam tak dużo, że w pewnym momencie po skończeniu książki jeszcze tkwiłam w świecie przedstawionym i za szybko sięgnęłam po kolejną pozycję. Strasznie to jest denerwujące, bo człowiek wie, że w taki dołek wpadnie, a z drugiej strony nie może się pohamować. Nad tą przyczyną najprościej jest mi jednak, paradoksalnie, panować, bo wyrobiłam w sobie nawyk nie-kompulsywnego pochłaniania książek. No, prawie – czasami trafi się coś tak wciągającego, że trudno się powstrzymać.

Niechęć wobec książki –na pewno to znacie. Czytamy, czytamy i dochodzimy do wniosku, że książka, którą czytamy, jest bez sensu albo należy do kategorii „złe książki” (a nikt nas nie uprzedził wcześniej), albo po prostu nie trafia w nasz gust czytelniczy. Z jakiegoś powodu jednak decydujemy się ją doczytać i wtedy zaczynają się schody. Mamy wysprzątane na błysk mieszkanie, pełną lodówkę i wyszczotkowanego kota, obdzwoniliśmy wszystkich znajomych, których nie widzieliśmy od lat, bo – robimy wszystko, byleby odwlec choć na chwilę moment lektury. Brzmi absurdalnie, ale jeśli zdarzyło się Wam zaprzeć się, że przeczytacie, a książka spełnia powyższe warunki, to może nie brzmi wcale nieznajomo.

Zmęczenie – robicie coś ważnego, co pochłania większość Waszego czasu (to może być cokolwiek: praca, dom, podróże) i wieczorem jesteście już tak padnięci, że otworzenie książki/czytnika i bieganie oczyma po literkach, żeby złożyły się w całość przekracza Wasze umiejętności i aktualny poziom skupienia. Zmęczenie może też wynikać z kolejnego punktu na tej liście.
 Wiecie co? To jest ten moment posta, w którym trzeba by popatrzeć na melancholijne
pieski preriowe. Pokontemplujmy. Źródło.



Pogoda – mówi się czasem, że Polacy to naród meteopatów, a za wszystko da się obwinić zbyt niskie/wysokie ciśnienie. Ale coś w tym jest, że pogoda, zwłaszcza w klimacie, gdzie zima ciągnie się od października do maja, warunkuje nasze postrzeganie świata i siebie (ciepło: „dam radę, cudownie, lubię mieć dużo wyzwań!”, zimno: „dajcie mi spokój, gdzie jest moje igliwie, najem się i zapadam w sen”). I wpływa też, przynajmniej w moim przypadku, na czytelnictwo – jeśli pogoda się zmienia, zazwyczaj jestem w kiepskiej formie i dopada mnie wzmiankowane wyżej zmęczenie, a wtedy potrafię kilka dni pod rząd nie otworzyć książki.

Brak ustalonego planu – to być może tylko moja przypadłość, ale niekoniecznie. Niektórzy skarżą się, że wpadają w przygnębienie, kiedy zdadzą sobie sprawę, że tyle jest książek, które warto by było przeczytać, a nie na wszystkie jest czas. Mnie zdarza się natomiast wpaść w dołek, kiedy nie mam jasnego planu czytelniczego (za jasny plan uznaję też na przykład kupkę książek z biblioteki do przeczytania, zanim upłynie termin zwrotu) i tak waham się między jednym a drugim wyborem, a w rezultacie czas mija. Tutaj zresztą wliczam i sytuacje, kiedy już się zdecydowałam, a Domownik sprzątnął mi książkę sprzed nosa i właśnie czyta, podczas gdy ja pluję sobie w brodę, że trzeba się było szybciej zabrać, a teraz nic, tylko czytać.

Czy coś z tego brzmi Wam znajomo? A może Wasze przyczyny okresowego nie-czytania są inne? A w ogóle to wiecie, że to już czterechsetny post na blogu? Rety, ależ zleciało!

Weź dokładkę!

28 komentarze

  1. Zima nie ciągnie się u nas od października, bo październik i listopad to w ostatnich latach piękna (i ciepła) złota polska jesień ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie optymistyczna odpowiedź ;). Ale z drugiej strony: światła ubywa, a jak światła ubywa, to zaczynam funkcjonować w trybie zimowym ;).

      Usuń
  2. Pierwszy powód to mój powód. "Przedawkowanie" książek objawia się w moim przypadku (przejściową, na szczęście) wszechogarniającą niechęcią do słowa pisanego. Bywa, że przestaję mieć ochotę nie tylko na książki, ale i na gazety, a nawet "internety". Detoks. Ale nawyk jest we krwi - z reguły nie muszę uciekać się do żadnych magicznych sztuczek, żeby ochota na lekturę wróciła. Po prostu się pojawia, z reguły wcześniej niż później.
    A kota zawsze można wyszczotkować dwa razy - nie obrazi się ;-)
    Ostatni powód jest arcyciekawy. Wyobrażenie sobie ogromu nieprzeczytanych książek może skutecznie do czytania zniechęcić. Ale tylko w przepadku, gdy ktoś ma nierealistyczne marzenia, że przeczyta Wszystkie Książki Świata (przy okazji, czytałam niedawno esej Pierre'a Bayarda, "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało" - jest tam i o tym, jak walczyć z takimi "szkodliwymi" czytelniczymi wyobrażeniami).
    Last but no least - 400-tny post! Gratuluję wytrwałości i weny twórczej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda to, ochota wraca sama. I zgadzam się, mam podobnie: tracę zainteresowanie wszystkim, co pisane, dlatego tym bardziej cieszę się, że od jakiegoś czasu ten akurat powód niespecjalnie często mi się pojawia jako przyczyna kryzysu. Bo jednak czytanie jest fajne ;).

      O, na pewno się nie obrazi -- nie wiem jak inne, mój kocha czesanie :).

      A wiesz, że z "Jak rozmawiać..." mam taki problem, że kilka razy ją zaczynałam i ani razu nie skończyłam :D? Muszę chyba kiedyś spróbować znowu, bo na przykład tego, o czym mówisz, w ogóle z tej książki nie pamiętam (może dlatego, że do tego fragmentu nie dotrwałam?).

      Dziękuję :)!

      Usuń
  3. Brak czasu i zmęczenie spowodowały, że tak długo czytałam "Samotnię " Dickensa... Do tego zbyt wiele godzin i nadgodzin w pracy przy komputerze i zmęczony wzrok. Niestety czasami rzeczywistość nas przerasta i nasze plany, także czytelnicze krzyżuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, czasami po prostu mimo najszczerszych chęci człowiek po powrocie z pracy nie jest w stanie do tej książki zajrzeć. A jak jeszcze zmiesza się to z innymi czynnikami -- kryzys gotowy ;).

      Usuń
  4. Niestety też zdarza mi się czasem okresowe wypalenie i książki lądują w kącie. Ale po jakimś czasie to przechodzi (na szczęście).
    Aktualnie mam problem trochę innego rodzaju z "Czarodziejską Górą" Manna, którą zaczęłam czytać jakoś na początku roku i stanęłam w okolicach 1/3 pierwszego z dwóch tomów. Nie jest to raczej spowodowane wspomnianym wypaleniem, bo w tzw. międzyczasie przeczytałam 3 inne książki i właśnie kończę czwartą :) I nie chodzi też o to, że książka mi się nie podoba, bo jest całkiem interesująca. Myślę, że może to specyficzny upływ czasu w powieści tak na mnie podziałał - co poniekąd wpisuje się we wczorajsze rozważania nad książką 3D :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to jest bardzo ciekawe, bo podejrzewam, że wiem, o czym mówisz. To znaczy zdarza mi się czasami, że książka jest bardzo ciekawa, ale nie należy do gatunku "muszę szybko przeczytać, bo ciekawe, co to będzie!", więc sobie ją czytam powolutku, przerywam, nie mam takiego poczucia, że każdą wolną chwilę dla niej poświęcę :). Plus czasami tak mi się podoba, że ją sobie dawkuję, żeby za szybko się nie skończyła ;).

      Usuń
  5. Nigdy nie czytam z przymusu. Raczej żałuję, że mam za mało czasu na czytanie i jeszcze tyle pozycji na mojej liście :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, czytanie z przymusu potrafi skutecznie zniechęcić :). Oczywiście te chwile, kiedy po prostu nie ma czasu na czytanie nie wliczają się u mnie w żadne czytelnicze kryzysy -- to raczej warunki zewnętrzne niż jakiś faktyczny dołek czytelniczy ;).

      Usuń
  6. Ja miewałam opory, gdy nazbierało się książek do recenzji na stosiku. Dlatego skończyłam ze współpracami;) Boję się stosików, przerażają mnie. Jeśli nie ma żadnych terminów, czytanie jest samą przyjemnością:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, terminy czasami faktycznie sprawiają, że można się zestresować -- ale muszę przyznać, że na mnie taka ustalona lista lektur zwykle wywiera pozytywne wrażenie, bo lubię wiedzieć, co będę czytać, czuję się wtedy taka bardziej zorganizowana ;). Natomiast co do współprac się siłą rzeczy nie wypowiem :).

      Usuń
  7. "Niechęć wobec książki" ostatnio, niestety, dopadła też mnie. Bardzo cieszyłem się na jedną powieść, która na razie nie spełnia oczekiwań. Może spełni, na to liczę, ale nie sprawia mi dużej przyjemności wracanie do niej, nie myślę o dalszych wydarzeniach z podnieceniem i radosnym wyczekiwaniem, choć wciąż wierzę, że to się zmieni. I faktycznie kiedy już postanowię, że siadam właśnie do niej, tracę czas na jakieś głupotki, a gdy już zacznę czytać, szybko przerywam na jeszcze jedną niezbędną głupotkę ;) W międzyczasie przeczytałem dwie inne pozycje i były świetne, dlatego kiedy znów wracam do tego, co miało mi się spodobać, a na razie podoba się średnio, to jest nieciekawie. Mam napisać recenzję, ale nie mam terminu, więc wszystko na spokojnie - chcę dać tej książce szansę i spróbować się zaprzyjaźnić ;)W razie czego inne czekają na stosie, aby mnie wspomóc! (Bo stosy są świetne, zwłaszcza te czekające już trochę, na które przez ostatnie 2 tygodnie mogło się tylko patrzeć ;p)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przybij piątkę, zupełnie jakbym czytała o sobie :). Właśnie to rozczarowanie bywa strasznie przygniatające: miało być super, a okazuje się, że kurczę, jest dokładnie odwrotnie. Przy czym i ja wówczas wyczekuję, że a nuż się poprawi, skoro miało być cudnie, to może jeszcze będzie...? Ale właśnie tak: a to zrobię coś innego, a tu sobie przypomnę, że coś jeszcze i coś jeszcze... ;) I tak to idzie ;).

      A masz też czasami tak, że jak przychodzi już do rozbierania takiego stosu, a nie trafi się tam autentyczna perełka, to myślami jesteś już przy kolejnej książce, chociaż ta nie jest zła, po prostu nie jest aż taka dobra?

      Usuń
    2. Tak! Mam coś takiego i staram się pozbyć, bo to tym bardziej spycha tę książkę na dalszy plan, a poprzez tracenie zainteresowania cierpi opowiadana historia, którą pozbawia się dobrych warunków, aby przed nami zabłysnąć ;) O podobnej rzeczy pisał Gombrowicz w nienarracyjnych wstawkach do "Ferdydurke", że praca pisarza jest niewdzięczna, bo nigdy nie wiadomo, na jaki grunt trafi książka - czy gdy ma wybrzmieć jej najważniejsze zdanie, które zapewne olśni czytelnika, nie zaszczeka wtedy pies albo nie walnie piorun (już nie pamiętam, u Gombrowicza było chyba coś innego, nie pies czy piorun), który odwróci uwagę w najistotniejszym momencie i pozbawi się szansy na wyjątkowość w oczach odbiorcy. Tutaj miejsce psa i pioruna zajmuje ta inna książka, która czeka i zapewne będzie doskonalsza. Kiedy zaś książka po prostu nie jest tak dobra, jak miała być, to i tak lepiej o tym nie myśleć (albo chociaż nie myśleć o tych lepszych), bo wtedy będzie tylko jeszcze gorsza ;)

      Usuń
    3. Oj tak, kiedy w pewnym momencie stwierdzimy, w trakcie lektury, że książka jest do niczego, to naprawdę trzeba wielkiej finałowej wolty, żeby ją ocalić, a tymczasem czyta się ją z tym wyrobionym uprzednio uprzedzeniem. I jak ładnie to Gombrowicz opisał, zupełnie tego nie pamiętam (ale też "Ferdydurke" musiałam czytać w liceum albo wcześniej może nawet, i potem wracałam tylko do ulubionych fragmentów -- a ten mi się widać nie zapisał jako "ulubiony" :)).

      Usuń
    4. "Powiedzcie mi, jak sądzicie — czy zdaniem waszym czytelnik nie asymiluje części tylko i tylko częściowo? Czyta on część albo kawałek, a potem przerywa, by za jakiś czas przeczytać następny kawałek, a nieraz tak się zdarza, iż zaczyna od środka lub od końca posuwając się wstecz, ku początkowi. Nierzadko poczyta parę kawałków i rzuci, nie dlatego nawet, aby go nie zajmowało, ale że coś innego mu się nasunęło. A choćby wreszcie przeczytał całość — czy mniemacie, że obejmie ją wzrokiem i pozna się na stosunku i harmonii poszczególnych części, jeśli nie dowie się od specjalisty? Na to więc autor biedzi się latami, kroi, nagina, zrywa, łata, poci się i męczy, aby specjalista powiedział czytelnikowi, że dobra konstrukcja? Ale dalej idźmy, dalej, na teren codziennego prywatnego doświadczenia! Czy byle telefon albo byle mucha nie oderwie go od lektury akurat w tym miejscu, gdzie wszystkie poszczególne części zbiegają się w jedność dramatycznego rozwiązania? A cóż dopiero, jeśli w tym momencie brat jego (dajmy na to) wejdzie do pokoju i coś powie? Szlachetny trud pisarza idzie na marne wobec brata, muchy albo telefonu — fe, niedobre muszki, dlaczego kąsacie ludzi, którzy potracili już ogony i nie mają czym się opędzać?" - Służę, może trafi do ulubionych ;)

      Usuń
  8. Po pierwsze, gratulacje, Pyza! Prowadzisz swojego bloga niewiele ponad rok, a już napisałaś ponad dwa razy tyle co ja:) A na dodatek każdy wpis jest staranny, ciekawy i niebanalny.
    Po drugie, mnie jednak brzydka pogoda bardziej nastraja do czytania niż słońce. Lato mnie rozleniwia albo energetyzuje do tego stopnia, że pcha do ruchu, do świeżego powietrza. Monotonny deszcz, paskudny wiatr, prószący śnieg - zachęcają do zostania w ciepłym domu, ułożenia się z kocykiem i herbatką i beztroskiego czytania.
    Mimo wszystko jednak częściej czytam w autobusach, tramwajach, pociągach, w biegu, podczas pospiesznego śniadania i tak dalej. Rzadko mogę sobie pozwolić na luksus fotela z kocykiem.
    Ja mam czasem taką irytującą blokadę pierwszych kilku stron. Nie mogę się dostroić do książki, jeszcze mi nie do końca zgrywa, nie do końca widze bohaterów, nie ogarniam, gdzie mnie wrzucono. I jak nie docisnę gazu w czytaniu, to może się zdarzyć, że odrzucę książkę w kąt na zbyt długo i zniechecenie zostanie we mnie na tyle długo, by na dobre zepsuć czytanie. Potem musi choć jedna książka upłynąć, żebym się zabrała od nowa.
    Bywa też blokada formy. Pisałam o tym przy Shirley - niedopasowana do wygody oczu czcionka może wiele nabroić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)! Staram się :).

      O, jasne, brzydka pogoda motywuje (chyba, że ładna pogoda plus możliwość czytania na zewnątrz plus wolny czas), ale chodzi mi tu bardziej o taką pogodę, która sprawia, że trapią Cię migreny, czujesz się ciągle zmęczona i zapomniałaś, jak wygląda ten żółty krążek, o którym legendy powiadają, że nazywa się Słońce ;).

      Tak, tak! Znam! Dobrze to nazwałaś: "blokada pierwszych stron". Wtedy faktycznie trzeba się przemóc, żeby w ten świat książkowy "wejść", bo inaczej można tak zostać na progu i nie pójść dalej.

      Usuń
  9. Prawie wszystkie te powody brzmią znajomo, ale chyba najgorzej mam jak wpadnę w jakiś temat albo gatunek książek i potem nagle stwierdzam, że już starczy, to mi się przejadło i mogę poczytać coś innego - tylko co? Czasem w takich chwilach nie mam jasnej wizji i przez jakiś czas nic mi specjalnie nie pasuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wtedy trudno się wykaraskać i przerzucić. Z doświadczenia mogę podpowiedzieć, że często wtedy przerzucam się na krótką formę: jakieś jedno opowiadanie, urywek dziennika, listy. Tak dla rozczytania się ogólnego :). Bywa, że pomaga. A czasami po prostu trzeba poczekać, aż przejdzie :).

      Usuń
  10. Chwalę się, że ta niechęć, co to o niej mówiłem wyżej w kontekście jednej książki, w połowie lektury przerodziła się w duże zainteresowanie, i ostateczne wrażenia zaliczam na plus ;) Powieść skończona i czeka na recenzję, całkiem pozytywną!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to taka optymistyczna historia, jak się okazuje ;). Bardzo jestem ciekawa, co to w takim razie było -- bo mnie się zdarza coś podobnego, ale rzadko w trakcie lektury, czasami za to po: i im dalej od zakończenia samego procesu, tym lepsza wydaje mi się ta książka, bo emocje negatywne wychładzają się i dostrzegam walory. Nie zawsze, ale czasami :).

      Usuń
    2. Coś takiego też mi się zdarza ;) Myślenie o książce pozwala nabrać do niej dystansu, a jeśli już myślimy, to o tym, co nas zachwyciło, i frustracje z czasu lektury schodzą na dalszy plan. One przy ponownym czytaniu pewnie by wróciły, ale im dalej w czasie, tym bardziej się zacierają ;) A książka, o której mówiłem, to "Świat według Garpa" Johna Irvinga – musiałem tę Irvingowską przesadę i absurdalność przetrawić, ale w dalszej części było jej mniej i zaczynałem się z nią oswajać... Choć ze świadomości nie znikła, to na pewno zajdzie tu sytuacja, którą opisałaś wyżej ;)

      Usuń
    3. No proszę :) -- ja jednak lekturę "Świata..." zakończyłam po chyba 30 stronach, nigdy też nie próbowałam do niej wrócić, bo dość mocno się zniechęciłam, nawet teraz, jak myślę o tym początku, to mnie zupełnie do tej książki nie ciągnie.

      Usuń
    4. No bo ten początek był... baardzo specyficzny ;) Spróbuj z filmem, może trochę odczaruje samą historię – jest całkiem przyjemny i ma mniej Irvinga w Irvingu.

      Usuń