O książkowych praktykach albo co było, a nie jest



Czy macie tak czasem przy czytaniu starszych książek, że nachodzi Was myśl o tym, że kiedyś coś robiono inaczej – i nie w fabule, ale w rzeczach związanych z samymi książkami i ich wydawaniem? Bo przyłapałam się na myśli, że mnie się jednak zdarza


Kiedyś co prawda rzadziej, ba, niektóre rzeczy – z racji tego, że nowości czytałam bardzo mało (widzę wyraźny postęp w tym względzie), a starych i starszych książek wiele – wydawały mi się naturalne. Dopiero później spostrzegłam, że tak wcale nie jest i żyję w jakiejś epoce, w której praktyka wygląda jednak inaczej. No właśnie, to wszystko skłoniło mnie, by sobie podsumować, o czym właściwie myślę, kiedy myślę o tych praktykach książkowych, których się już – raczej – nie spotyka. Słowem kluczowy jest tu „raczej”, bo zawsze można znaleźć książkę, w której akurat to coś będzie (więc się tym „raczej” zabezpieczam, o). 
 
 
 
 A na zdjęciach fragmenty z "Niwy polskiej" z 18 lutego 1899 roku. 
Wszystkie fragmenty pochodzą z Polony, a konkretnie stąd.
 
 

Rozcinanie stron: jeśli chodzi o rozcinanie stron, to początkowo pozostawało ono dla mnie tajemnicą (z aż tak starymi książkami długo nie miałam jednak do czynienia, wiejskie biblioteki nie były pełne wydań tego typu), póki w końcu sama nie natrafiłam na jakąś starszą książkę z kilkoma nadal nierozciętymi stronami. Wtedy zrozumiałam wszystkie kłopoty bohaterów fabuł, w których musieli rozcinać strony otrzymanych właśnie książek. A jeszcze lepiej zrozumiałam ich, kiedy udało mi się nabyć książkę antykwaryczną, która w ogóle nie miała porozcinanych stron. Z jednej strony: radość (ach, będę pierwszym czytelnikiem), z drugiej spociłam się jak mysz ze strachu (czym rozcinać? A jak się omsknie? O, moja piękna książko, żegnaj!). Także może za rozcinaniem stron jakoś szalenie mi nie tęskno. Ale to ciekawe.
 
 
 
 



Metryczka książki: a za tym akurat trochę tęsknię. Na pewno kojarzycie, na ostatniej stronie znajdowała się zwykle taka właśnie metryczka. I nie chodziło tylko na nakład i nazwę wydawnictwa (którą to nazwę można było znaleźć i z przodu, i na grzbiecie), ale i o całą masę najróżniejszy wiadomości o tej naszej książce, jao o rzeczy materialnej. Bo i to, że wydało ją wydawnictwo Y jako swoją n-tą publikację, że druk zakończono wtedy a wtedy, a egzemplarzy wydrukowany tyle a tyle + jeszcze tyle (swoją drogą, skąd się brał ten „+”? Co miał oznaczać? Bo przyznaję, że nigdy tego nie zgłębiłam). 
 
 
 


Zdjęcie autora na wkładce: zdjęcie autora zostało, tylko przeniosło się na obwolutę albo ostatnią stronę okładki, natomiast muszę przyznać, że mam słabość do tych starszych wydań, gdzie można znaleźć go na osobnej wklejce, zazwyczaj na początku książki, jak spogląda na nas. Zwykle oczywiście mowa tu raczej o dziełach zebranych albo powieściach klasyków, a takie zdjęcie jest elementem jednolitej szaty graficznej serii. Moje ulubione to chyba te z dzieł zebranych Zofii Nałkowskiej (niebieskie wydania ze złotymi inicjałami w białych obwolutach – na pewno kojarzycie), bo zdjęcie zmieniało się w zależności od tego, w jakim wieku była Nałkowska, wydając książkę (a że po drodze mody się zmieniały – także mody dotyczące póz do przybierania na zdjęciach – jest naprawdę ciekawie).
 
 
 
 

Ilustracje w książkach dla dorosłych: temu poświęciłam osobny wpis, więc mogę Was tam chyłkiem przekierować (co czynię).
 
 
 
 

Długie nietłumaczone fragmenty: i na koniec coś, co jeszcze od czasu do czasu wywołuje okrzyk zgrozy, czyli ta praktyka, która kazała nie tłumaczyć w przypisach długich fragmentów wygłaszanych przez bohaterów w obcych językach (pozdrawiamy cię, Lwie Nikołajowiczu). Wynika to, jak zawsze mi się wydawało z tego, że docelowy czytelnik znał zapewne i ten język/te języki, którymi dodatkowo posługiwali się bohaterowie – a jeśli nie, to do znania miał aspirować. Muszę przyznać, że wywarło na mnie to jakiś wpływ, niemniej od czasu do czasu trafiając na fragment w języku, którego nie znam albo znam bardzo słabo, trochę jeszcze marudzę, że jak to tak. A tak – duch epoki. I nie, nie chodzi mi tu o narzekanie, że kiedyś to ludzie byli bardziej wykształceni czy cokolwiek z tej mańki. No a przypis wcale nie jest złą praktyką (choć, jak sądzę, dla niektórych może odbierać takim dialogom/monologom autentyczność).

A Wy macie takie książkowe praktyki, które zniknęły albo stały się rzadkością i Wam tego szkoda?

Weź dokładkę!

17 komentarze

  1. Och Pyzo, przypomniałaś mi moje ukochane wydanie Lolity gdzie francuski wyskakuje stąd i nazad, choć nie wiem w sumie czy w nowszych wydaniach te wszystkie stawki się tłumaczy (spojrzę jak będę w księgarni) to jednak pozostawianie czytelnika bez choćby adnotacji dawało mi dużo frajdy, a co trudniejsze zwroty tłumaczyła mi ciotka przez telefon. ;) Ten plus też mnie zastanawia i w sumie nadal nie wiem cóż ma oznaczać. A rozcinanie zdarzyło mi się tylko ze dwa razy, ale jaka byłam dumna, kiedy mogłam pożyczyć od ojca jego nożyk do listów w kształcie Szczerbca i rozcinać.
    I mam wrażenie, że jest swoisty renesans ilustracji, powoli bo powoli ale coś czuję, że niedługo powrócą. Przy okazji widziałaś może wydanie ilustrowane Pana Tadeusza? Bo ja jeszcze się nie natknęłam (i nie szukam za bardzo, bo cena, a stare dobre po rodzicach świetnie się trzyma, ale...).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, a jaki człowiek się robił dumny, jak coś samodzielnie rozwiązał albo nagle okazywało się, że już rozumie ;). Ale czasami nadal jest to dla mnie zagwozdka, zależy dużo właśnie od języka :). A widzisz, miałaś od kogo pożyczyć nożyk, u mnie w oczach była raczej panika w rodzaju "ale czym, nożem kuchennym? pilniczkiem? ratunku!" ;).

      Które :D? Bo mam takie z ilustracjami Szancera i z ilustracjami Andriollego (w ogóle mam kilka "Panów Tadeuszów", częściowo to poplon edukacji, a częściowo właściwie nie wiem, czemu ;)), ale jest jeszcze, zdaje się, jedno nowe?

      Usuń
    2. Tak, cieszę się z tej możliwości (zwłaszcza, że kochałam ten nożyk i zawsze jak dostawałam listy to biegłam do gabinetu ojca otwierać, hm, aż się łezka w oku kręci - pomyśleć, że miałam w domu gabinet ze skórzanym fotelem, mahoniowymi meblami, biblioteczką i jakimś górskim landsztafem. I zawsze było w nim czuć odrobiną kurzu. W sumie tak o ty nie myślałam, ale warto byłoby stworzyć taką przestrzeń i w swoim mieszkaniu. ;)). Wracając do tematu - też nie wiedziałabym czym otworzyć, chyba nożem, choć drżałabym o książkę, bo jestem niezdarą w takich sprawach. A jak sobie ostatecznie poradziłaś Pyzo? :)

      To nowe, z ilustracjami Wilkonia. ;)

      Usuń
    3. Zdecydowanie, gabinet w mieszkaniu to cudowna sprawa, bo jednak to taki pokój, gdzie wchodzisz i wiesz, że o, tu się pracuje i jakoś tak od razu się człowiek bardziej skupia ;). I książki wytwarzają ten zapach kurzu z automatu, o to nie trzeba się nawet specjalnie starać :D. Och, kombinacją różnych ostrych narzędzi, nóż do sushi wygrał, bo był wtedy najostrzejszy, chociaż trzeba się było napocić, bo jest strasznie duży, a książka była dość mała ;).

      No właśnie, Bazyl o nim ostatnio wspominał, właśnie chyba przy wpisie o ilustracjach -- tego nie mam (ale się nie zarzekam, bo słuchałam ostatnio w Dwójce wywiadu z Wilkoniem o tych ilustracjach, był cudnie plastyczny :)).

      Usuń
  2. Errata... to coś, za czym tęsknię najbardziej... że o starannej korekcie nie wspomnę...
    I ta metryczka, teraz zdarzają mi się książki, gdzie podstawowych informacji nie ma - roku wydania, miejsca, tytułu w oryginale, tłumacza... Frustruje mnie to :)

    A o ten plus w nakładzie spytałam brata bibliotekarza z wykształcenia, coś mi mówi, że uczyli go tych tajników. Czekam na odpowiedź.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, errata! Ale wiesz, że na początku mnie to drażniło, bo wiecznie drżałam, żeby tego karteluszka z erratą nie zgubić ;)? Ale bardzo podobało mi się też zawsze, że na końcu bywał dopisek, że jeśli czytelnik znajdzie jakiś błąd, to jest uprzejmie proszony o zgłoszenie tego do wydawnictwa, w imię przyszłych udoskonalonych wydań :).

      O, to czekam też! :)

      Usuń
    2. Też przyszłam zatęsknić za Erratą, takie proste rozwiązanie, a od razu ratuje honor książki ;)

      Z tą metryczką to mam zawsze problem w angielskich publikacjach: często informacja brzmi First Edition 1995 (dla przykładu ściągnęłam Rainmakera z półki) i tyle. Z którego roku jest moje wydanie, które to wydanie już ani słowa...

      Pyza: ja tam brałam/biorę klej i sobię erratę wklejam na pierwszej/ostatniej stronie. Problem rozwiązany :)

      Usuń
    3. W czeskich jest podobnie, z tym, że nie z datą, a z miejscem publikacji, bo często jest podana tylko nazwa wydawnictwa (zwłaszcza w starszych książkach), więc rozumiem zdenerwowanie :). Natomiast do co klejenia: nigdy na to nie wpadłam ;). Ale czasami bywają przecież takie dwustronne! No i w książce z biblioteki (gdzie strach o zgubę jest największy) takie rozwiązanie nie wchodzi w grę ;).

      Usuń
    4. O, i już wiem :) to są egzemplarze przeznaczone dla bibliotek :)

      Usuń
    5. A co do erraty, to ja w swoich książkach od razu nanosiłam poprawki ołówkiem. Bo kto by potem pamiętał, że gdzieś był błąd, zwłaszcza jeśli to jakieś dane były a nie ortografia. Od mamy przejęłam ten zwyczaj - ona też od razu poprawiała wszystko, żebyśmy się z bratem nie oswajali z błędną pisownią. No i znikał strach przed zgubieniem karteczki :)

      Usuń
    6. Satysfakcjonujące wyjaśnienie! I teraz można sprawdzić, z jakim prawdopodobieństwem książkę antykwaryczną mamy raczej tylko my, a z jakim jest w większości bibliotek (nie licząc rzeczy w dużych co prawda nakładach, które ostatecznie ubytkowano).

      Systematyczne :). Zdarzało mi się, ale niewiele razy, jeśli miałam ołówek pod ręką. Ale praktyka zacna!

      Usuń
  3. O tak, te długie nietłumaczone fragmenty zawsze i u mnie wywoływały okrzyk zgrozy, bo zwykle były po francusku, a ja po francusku ni w ząb i na dodatek nie bardzo miałam kogo spytać. Samej też mi zwykle nie starczało cierpliwości, żeby sprawdzać te słówka. Co ciekawe, współecześnie też zdarza się, że autor nie tłumaczy wypowiedzi bohaterów w innych językach – tak jest na przykład w "Drachu" Szczepana Twardocha (oprócz polskiego mamy tam również niemiecki i śląski). Podobno zabieg taki miał wzmocnić poczucie wyobcowania u czytelnika, dzięki czemu powinno być mu łatwiej utożsamić się z bohaterami. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że właśnie jak to pisałam, pomyślałam o Twardochu? Ale o "Morfinie" -- a że nie mam egzemplarza w domu, żeby sprawdzić, to nie byłam pewna, czy dobrze zapamiętałam. No jest w tym coś z takiego efektu obcości i "urealnienia" narracji jednocześnie.

      Usuń
    2. A właśnie w "Morfinie" przypisy jeszcze są (wiem, bo czytałam ostatnio ;) ). Swoją drogą byłam w zeszłym roku na spotkaniu z Tawrdochem, Karpowiczem, Tokarczuk i Fiedorczuk, na którym mówili o swoich (wtedy) nowych książkach właśnie w kontekście obcojęzycznych wstawek w tekście. Pamiętam, że Twardoch był z siebie wyjątkowo zadowolony, że zdecydował się na brak tłumaczenia i trochę działał mi tym na nerwy, bo mimo że znam niemiecki, ze śląskim podczas lektury nie szło mi - wbrew pozorom - tak łatwo. :)

      Usuń
    3. A, czyli jednak :). To prawda, z kaszubskim jest podobnie -- owszem, słysząc, można sporo zrozumieć przy znajomości dwóch języków, ale w piśmie bywa już różnie. Trzeba się przyzwyczaić do zapisu, wybranego alfabetu i tak dalej. A swoją drogą to bardzo ciekawe, jaką w takim razie funkcję ma tutaj język śląski: czy ma wywołać obcość, czy ma być zrozumiany, czy ma dać czytelnikowi spoza Śląska znać, że jednak nie jest tak, że on tu wszystko zrozumie?

      Usuń
  4. Metryczka! Tego mi najbardziej brakuje. Gdzie, ile, jak, typ i waga papieru etc. To fascynujace informacje o stanie czytelnictwa, zwlaszcza w PRL-u, gdy ksiazka byla towarem luksusowym. A to wydanie "Wojny i Pokoju" kochanego Lwa Nikolajewicza, gdzie przypisy zajmuja 3/4 strony... Ciezko to czytac, bo druk bardzo drobny. Nie wiem, czy ktos wpadl na pomysl, zeby te wszystkie listy en français drukowac równolegle do ich tlumaczen na polski dzielac strone na dwie czesci. Byloby to przynajmniej pomocne w nauce jezyka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Wszystkiego można się było z niej dowiedzieć i ta książka stawała się przez to jeszcze bardziej materialnym przedmiotem, takim, o którym wiemy o wiele więcej, co jest jakoś fascynujące.

      W rosyjskim e-booku od razu w nawiasie jest tłumaczenie ;). Wiem od Domownika, który tak z Lwem Nikołajewiczem się pojedynkuje :).

      Usuń