O strategiach albo o czytaniu na głos

 
 
Jak wspominałam nie raz i nie dwa, mam problem z tym, kiedy ktoś mi czyta. A to nie umiem się skupić, a to myślami odfruwam gdzieś daleko, a to zaczynam się nudzić. Tymczasem jednak, po eksperymencie zeszłorocznym, kiedy to czytałam memu złożonemu grypą Domownikowi „Książąt Amberu”, zdarza mi się teraz od czasu do czasu coś komuś poczytać. Najczęściej właśnie Domownikowi, na przykład w czasie długiej podróży, kiedy Domownik prowadzi i nabywa ochoty, by zapoznać się akurat z czymś, co czytam.


Postanowiłam więc (jako że taką podróż odbyliśmy także wczoraj) podsumować rożne strategie, stosowane podczas głośnego czytania. Bo kto wie, może coś ciekawego mi podpowiecie? A poza tym wiecie, że lubię sobie tego typu rzeczy spisywać. No to jazda z tym koksem.

Czytanie na głosy: sposób stary jak świat i na pewno jeśli czytaliście kiedyś komuś, też go stosowaliście. Można zmieniać tempo, melodię, wreszcie wysokość dźwięku. Uwierzcie, dobranie dla wszystkich bohaterów Zelaznego odmiennych głosów było niezłą szkołą i znacznie poszerzyło mój repertuar. W każdym razie: to niezły sposób, żeby słuchający wiedział, która postać akurat mówi, a czytający miał urozmaicenie, zabawę i czytał uważnie, żeby nagle Lady X nie przemówiła basem Lorda Y.

Czytanie jak autor przykazał: nie wiem, czy Was też to drażni, ale zawsze mnie doprowadzało do leciutkiej wściekłości (leciutkiej, bo bez przesady, nie jest to aż taka wielka sprawa), kiedy autor wyraźnie pisze „szepnął”, „rzucił ostro”, „fuknął”, „zauważył podniesionym głosem”, a czytający podał tekst w sposób, no, zupełnie nie odpowiadający temu opisowi. Jasne, czasami dopiero po dwóch zdaniach wygłoszonych przez bohatera okazuje się, że były one wyszeptane, ale w większości przypadków można się zorientować.
 
 
 
 A że czytanie na głos niegdyś było czynnością raczej pożądaną (w różnych sferach z różnych powodów), niech nam materiału ilustracyjnego dostarczą klasycy. 
To akurat Ch. W. Bartlett, obraz nazywa się, no cóż, "Czytanie na głos" (1892).
 
 

Czytanie z wczuwaniem: na początku jednak brzmi to dziwnie (dla mnie, w każdym razie, brzmiało), kiedy trzeba wykonywać te wszystkie podejrzane ruchy: a to zaciągnąć, a to krzyknąć, a to spróbować wysyczeć zdanie, w którym nie ma „s” i tak dalej. Ale potem może się okazać, że jest z tym mnóstwo zabawy, dla słuchającego i dla czytającego, a poza tym można sobie stworzyć więź z bohaterami. W końcu emocje to emocje.

Dodatki: wyznaję zasadę, że są książki, które doskonale się czyta, ale czytane na głos brzmią źle (są takie), co zrobić. Ale najbardziej lubię takie, które jednocześnie czyta się dobrze i tak, i tak. Dialogi płyną, brzmią naturalnie, i wtedy do gry wchodzi cała masa dodatków: nie wiem, czy wiecie, o co mi chodzi. Kiedy dialog tak pięknie się układa, wszystkie „hm”, „o”, pochrząkiwania i tak dalej wcale nie muszą być zaznaczone w tekście, ale naturalnie przychodzą w trakcie głośnego czytania. I takie rozmowy bohaterów nabierają życia i rumieńców.
 
 
 
 A to C. V. Holsoe i "Wnętrze z matką czytającą na głos córce" (czy to znaczy, że
teoretycznie "wnętrze" jest istotniejsze od postaci?).
 
 

Ekspresja: to może niekoniecznie w trakcie podróży, ale czasami aż prosi się jakiś fragment tekstu o powiedzenie go z wymachem rąk / wstaniem / huknięciem nad głową słuchającego (bez złych zamiarów oczywiście i nie, nie dlatego, że właśnie zasnął). Można dać upust swoim skrywanym ekspresyjnym stronom charakteru i ponownie: podejrzewam, że jeśli jesteście dość nieśmiali, najprościej się przemóc czytając komuś bliskiemu. Ba, wtedy zwykle nie trzeba się przemagać, samo jakoś wychodzi.

A czy Wy macie swoje sposoby na głośne czytanie? Czytacie w ogóle na głos: sobie, dziadkom, partnerom, rodzicom, zwierzętom? Czy raczej ta forma rozrywki Was w ogóle nie interesuje?

Weź dokładkę!

26 komentarze

  1. W komunikacji miejskiej się powstrzymuję, ale w domu też zdarza mi się czytać na głos i wczuwać w poszczególne role :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w środkach transportu publicznego też jestem czytelnikiem opanowanym ;).

      Usuń
  2. Przepiękny jest ten Holsoe! Tak, tak... wnętrze jest zdecydowanie najważniejsze. Chociaż u jego kolegi po fachu, Vilhelma Hammershøi, jest ono jeszcze istotniejsze... i taka bardziej książkowa refleksja mnie naszła. O ile panie siedzące we wnętrzach dość często coś czytają, o tyle w ogóle nie ma w nich biblioteczek ani półek z książkami. Są obrazy, stoliki, kredensy i komody, ale gdzie te panie trzymały książki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jakie piękne są te surowe wnętrza u Hammershøi (Hammershøi'ego?). Tam postać jakby przyłapana bywa mimochodem, coś w rodzaju uciekającej przed fotografią osoby, widać, że malarz zajmował się wnętrzem i akurat uchwycił kogoś, kto przechodził, jak fotograf, który przypadkiem złapał kogoś w kadr.

      W oszklonych biblioteczkach w salonikach "damskich"? Albo po prostu poza kadrem ;).

      Usuń
  3. Jasne, czytuję na głos, bo są takie książki, które doskonale brzmią i marnują się czytane po cichu :) Tak mam zawsze z "Król kłania się i zabija" Herty Muller.

    Nie wiem dlaczego, ale prawie zawsze czytam na głos, kiedy czytam w jakimś języku obcym. Niezbadany przypadek ;) Mój ukochany twierdzi, że to brzmi jak zaklęcia, kiedy tak szepczę nad książką.

    No i w końcu pozwalam też by lektorzy mi czytali i złoszczę się, kiedy popełniają błąd z punktu drugiego (te wyszeptane krzyki i wykrzyczane szepty) i inne błędy, które wynikają z braku przygotowania. Bo zwykły czytelnik może się pomylić, ale lektor chyba nie powinien czytać z zaskoczenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "są takie książki, które doskonale brzmią i marnują się czytane po cichu" -- dokładnie tak! Aż żal wtedy chociaż jakiegoś celnego fragmenciku nie przeczytać na głos :).

      O, coś w tym jest. Może nie prawie zawsze, ale bardzo często podczytuję sobie wtedy na głos: mam taką hipotezę, że to kwestia tego, że chcę wypróbować brzmienie. Wiesz, żeby zobaczyć, jak te całe zdania brzmią na głos i czy uda mi się je powiedzieć tak, jak brzmią w mojej głowie (z tym idealnym akcentem, oczywiście ;)).

      Właśnie się kiedyś zastanawiałam, czy lektor ma czas wcześniej sobie wszystko przeczytać i zaznaczyć, czy jednak nie zawsze i opiera się na swoim wyczuciu i doświadczeniu?

      Usuń
  4. Zdarzyło mi się czytać okazyjnie w różnych momentach mojego życia. Komediowe czytanie przestarzałego tekstu na imprezie - zaliczone, popisowe czytanie teksów po angielsku na fonetyce - zaliczone, czytanie rodzicom, gdy chcieli mnie zachęćić do śmiałości - zaliczone. Słyszałam jednak opowieści mojej koleżanki, jak to cały "Paragraf 22" przeczytała na głos ze swoim chłopakiem I uśmiali się jak dzikie norki. Spróbowałabym kiedyś takiego eksperymentu!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem spory przekrój różnych okazji :). A takie wspólne czytanie potwierdzam, wartość dodana książki rośnie w oczach ;) (i można zupełnie nowe rzeczy zobaczyć!).

      Usuń
    2. Tylko jeszcze weź człowieku czas znajdź =_= Może jak się dorobię potomków, bedę im czytać.

      Usuń
    3. Takiego czytania chyba nie da się zaplanować, po prostu nagle się zaczyna ;). W każdym razie moje doświadczenia na to wskazują -- choć grypa nawiedzająca domostwo też pomaga, jak już człowiek jest wychorowany i taki bardziej kumaty ;). Ale tego nie życzę :).

      Usuń
  5. Bardzo często czytam na głos dla swojej 5-latki. Co mnie bardzo cieszy, 12-latek też chętnie słucha. Zdarzało mi się czytać krótsze fragmenty dla ślubnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetna sprawa, podejrzewam, że musi być w tym spora dawka frajdy. A jak jeszcze chętnie słuchają, to i satysfakcja musi być duża :)!

      Usuń
  6. Pamiętam, jak czytaliśmy głośno "Pana Tadeusza" na zmianę z tatą. Trzynastozgłoskowiec brzmi cudownie czytany na głos!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, "Pan Tadeusz" jest idealny do czytania na głos, podzielam Twoją opinię :).

      Usuń
  7. Na głos czytam tylko poezję, najlepiej mi wtedy smakuje :) Za to lubię kiedy mąż mi czyta na głos, nie tylko fajnie się wczuwa, ale jego głos jest jednym z moich ulubionych i pozytywnie na mnie działa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, o co chodzi :). Ale z poezją u mnie bywa różnie: niektóre wiersze w czytaniu mnie zachwycą, ale źle przeczytane albo w ogóle przeczytane brzmią jakoś tak... Nie bardzo. Nie umiem tego lepiej ująć, po prostu mam wrażenie, że czasem ten balans brzmienie/rozumienie/znaczenie w poezji mi się zachwiewa ;).

      Usuń
  8. O właśnie, jak już zauważono w komentarzach, są książki które źle się czyta nie-na głos. Na przykład Masłowską podczytuję cicho do siebie, żeby lepiej wychwycić jej zabawy rytmem. Podobnie z poezją i niektórymi fragmentami prozy. Co do czytania drugiej osobie, często z lubym czytamy sobie nawzajem artykuły, które mogą nas zaciekawić, choć jest to na tyle irytujące, że najczęściej bez ostrzeżenia. Niekiedy też czytam mu w aucie, to co aktualnie czytam, albo dalszy fragment serii, które czytamy sobie na dobranoc. No właśnie, czasami czytamy sobie na dobranoc różne opowiadania, choć robimy to dość monotonie przy czym oboje szybciej zasypiamy. Polecam, dla tych co mają problem z zaśnięciem. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, czytanie na głos bez ostrzeżenia znam z autopsji. To strasznie ciekawe, bo jak sama tak zaczynam czytać, to oczywiście wydaje mi się naturalne -- bo przecież właśnie przeprowadzam proces myślowy, z którego ten początek czytania naturalnie wynika. Natomiast kiedy to ja jestem osobą słuchającą, to najczęściej tracę początek takiego czytania, bo zanim zareaguję, na zasadzie: "zaraz, ktoś coś do mnie...?", to już jest dalej i muszę prosić o powtórzenie początku :).

      Usuń
  9. Mnie też drażni oświadczanie o fuknięciu, czy szepcie już po fakcie. Wtedy często czytam wypowiedź jeszcze raz, tym razem "prawidłowo", ale to wybija z rytmu opowieści i dekoncentruje nie tylko czytacza, ale i słuchacza.
    Bardzo lubię czytać na głos, kiedyś praktykowałam to na plażach z Pratchettem. Słuchaczem była moja przyjaciółka, z którą wychodziłyśmy na spacery w celach nie tylko ruchowych, ale i czytelniczych :) A kiedyś też wyczytałam prawie całą "My, dzieci z dworca Zoo" dla grupki kolonijnej, bo była tylko jedna książka, a osiem osób chciało czytać :D
    Obecnie mam problem z czytaniem na głos po angielsku. Wydaje mi się brzmię nienaturalnie i źle wymawiam słowa. Chyba muszę poćwiczyć sama w domu, żeby się na nowo ze sobą osłuchać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam podobnie, to znaczy że jak słyszę się w myślach, mój angielski jest nienaganny, przy głośnym czytaniu nie zawsze jednak brzmi tak, jakbym chciała i jak się słyszę ;).

      Usuń
  10. Czytam na głos dzieciom (bo jeszcze nieczytate), z ekspresją, czasem nawet przesadną. "Pali się" Brzechwy zinterpretowałam tak sugestywnie, że jedno moje dziecko wlazło na górę piętrowego łóżka, żeby ratować poduszki i pierzyny (i kota), a drugie, widząc to, zaczęło wrzeszczeć "uciekaj, uciekaj!".
    Od tego czasu wybieram na dobranoc nieco mniej dynamiczne lektury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepiękna historia :D! (No i jak dobrze, że kocie pomyślano ;))

      Usuń
  11. W Teatrze Polskim we Wrocławiu odbywają się tzw Czynne Poniedziałki, kiedy odbywają się czytania literatury (raczej nie sztuk teatralnych). Czytane na głosy, przez aktorów, a całość jest skrupulatnie wyreżyserowana przez profesjonalistów. Polecam przy okazji, szczególnie, że wstęp wolny ;)
    Do dziś pamiętam doskonale wydarzenie sprzed paru lat, "Bram raju" Andrzejewskiego: zachwyt totalny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda bardzo zachęcająco. Zwłaszcza jeśli to faktycznie nie takie próby stolikowe, ale właśnie zupełnie osobne projekty. Jak mi się zdarzy być w poniedziałek we Wrocławiu, będę miała w pamięci :).

      Usuń
  12. Jak to możliwe że przegapiłam wpis o czytaniu na głos?! Ja wiem, że miałam styczniowo-lutowy zastój w czytaniu Pierogów (kajam się!), ale żeby aż tak...
    Jak byłam młodsza bardzo się wstydziłam czytać na głos. Głównie z powodu punktu pierwszego - nie umiem i nie chcę czytać na role. Natomiast pozostałe punkty - zwłaszcza drugi - obowiązkowo!
    Niechęć przed głośnym czytaniem pomogło mi pokonać czytanie mojej babci Władcy Pierścieni. :)
    Uwielbiałam za to od zawsze czytać w obcych językach - i rodzina żadnych języków obcych nieznająca wysłuchuje od czasu do czasu angielskich książek dla dzieci, francuskich biografii albo niemieckiej klasyki ;) Ale wtedy traktuję to bardziej jako specyficznego rodzaju,hmmm, melorecytację, i czuję się naturalniej (i nawet rolesame przychodzą czasem!)
    To będzie pewnie na długo mój ulubiony wpis tutaj.

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma się za co kajać :). No i super, że wpis się spodobał, oby więcej takiej radości udawało mi się dostarczać :). Och, czytanie babci "Władcy..." musiało być cudowne, wierzę! No i co do czytania w obcych językach -- właśnie, właśnie, czasami człowiek korci przeczytać coś nawet w takim języku, którego nie zna (i nie ma pojęcia, czy wymawia prawidłowo), choćby po to, żeby przetestować jak to brzmi albo brzmi potencjalnie, jeśli nie znamy zupełnie zasad wymowy ;).

      Usuń