Przerwa w lekturze albo o sposobach na przetrwanie tejże



Utkwiła mi w głowie taka historia (skąd też ona może pochodzić?) o balu karnawałowym w Ostatki, który płynnie o północy przechodził w początek postu i wszystkie te tańczące pary nagle buchnęły na kolana i nuże bić się w piersi. Ale to tylko anegdotka w ramach wstępu tudzież zagajenia. Bo chciałabym napisać o sytuacji podobnej do opisywanej: że nagle (albo nie nagle: wiemy, że musimy, gdyż ponieważ) musimy przerwać lekturę jakiejś szalenie ciekawej książki. I jak sobie wtedy radzić?

Na pewno to znacie. Książka jest taka, że najchętniej wyrzucilibyście telefon, zapominacie o istnieniu internetu, kwiaty usychają i nie widzieliście rodziny od tygodnia – bo czytacie. I oto wydarza się rzecz w takich razach zwykła: trzeba iść do pracy, do szkoły, wyjść na superpilne zakupy, musicie jechać w delegację albo po prostu pójść spać, bo niespanie zbyt długo powoduje, że zaczynacie mieć halucynacje. Tak czy inaczej: lektura przerwana, ale nie skończona. I co teraz?

Wersja łagodna: rozmyślam, więc jakbym czytała

Odrywamy się od książki, ale co z tego, skoro myślami jesteśmy przy niej. Wyobrażamy sobie coraz to nowe ciągi dalsze, przypominamy co lepsze sceny i generalnie krążymy wokół już poznanej części fabuły oraz tego, co przed nami. Ba, ciągi dalsze i końcówki zaczynają się coraz bardziej rozgałęziać, w końcu dochodzi do tego, że zaczynamy się bać, czy aby nie są w naszej wyobraźni już lepsze niż w rzeczywistości. W końcu jest ich już tyle.

Wersja wciąż łagodna, ale z lekkim odcieniem trudności: noszę ją z sobą – wszędzie

Wiemy, że nie będzie chwili nawet na to, by wyciągnąć ją z torby, ale co z tego – mamy ją na wszelki wypadek przy sobie. Wiemy, że tam jest, a w środku och, hej, przygodo, ale co z tego. Uprawiamy więc taki książkowy rodzaj masochizmu, a jednocześnie pocieszamy się chociaż zerknięciem, że ciągle tam jest. Możemy też w wolniejszej chwili myśleć sobie z ekscytacją, że mamy tę książkę na wyciągnięcie ręki i jak trafi się okazja, zaraz poczytamy. A w każdym razie na pewno poczytamy, jak już skończymy robić to, co nas od czytania odciąga.

Wersja nieco trudniejsza: opowiadam, więc prawie czytam

Zaczynamy opowiadać o książce – już nie sobie w myślach, ale dowolnemu słuchaczowi, najlepiej jednak zaufanemu (i zainteresowanemu). A o czym jest, a co myślę o głównym bohaterze, a jak sądzę, jak się to wszystko skończy i kim jest Tajemniczy Drań z rozdziału piętnastego. Snujemy domysły, kreślimy charaktery, opisujemy co lepsze sceny i dzielimy się żartami. Istotną kwestią odróżniającą tę wersję od wersji trudnej jest to, że nie zagłuszają nas krzyki słuchacza „nie mów, nie mów, ja też chcę przeczytać!”. 
 
 
 
 A to tak, by podbudować niewzruszoność.



Wersja trudna (głównie dla otoczenia): mówię i mówię, i mówię

Tu już nie liczy się, czy znamy słuchacza. Można złapać się na mówieniu do osoby przypadkowo spotkanej na ulicy (jakoś tak długo staliście obok siebie na czerwonym świetle, szkoda było się nie podzielić refleksją). Zaczynasz się zastanawiać, czemu wszyscy cię unikają. Możesz zmienić sobie drugie imię na coś w rodzaju Omawiacz ze Szczegółami, Siewca Spojlerów albo Po Co Będziesz Czytać, Ja Ci Wszystko Opowiem.

Wersja bardzo trudna: godzę się ze stanem rzeczywistości

Z dużymi trudnościami, ale jednak akceptujemy stan, w jakim się znaleźliśmy: no nie damy rady szybko wrócić do lektury. Staramy się ułożyć sobie dzień tak, żeby w miarę szybko wykonać to, co wykonać trzeba, żeby zracjonalizować potrzebę powrotu do kuszącej książki. Zostaje czas na czytanie – dobrze. Nie zostanie – trudno. Książka nie zając, nie ucieknie (w takiej sytuacji brzmi to jednak niemal jak herezja).

Wersja ultra-super-mega-trudna: wszechświat jest malutki

Nie czytamy, to jasne, to już wiemy, nie mamy jak. Nie szkodzi – opowiadamy. I nie tylko: rozrysowaliśmy sobie powiązania między bohaterami, naszkicowaliśmy ich podobizny, rozmyślamy o ułożeniu wątków i wzajemnych powiązaniach między bohaterami, a znajomi myślą, że popadliśmy w niezdrową obsesję, bo cały tył notatnika/kalendarza/zeszytu mamy zapisany imionami i nazwiskami bohaterów.

Coś z tego brzmi dla Was znajomo? A może macie inne zwyczaje w takich sytuacjach?

Weź dokładkę!

10 komentarze

  1. Uff, na szczęście poprzestaję na trzech pierwszych punktach :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zanim kupiłam Kindle'a nie rozumiałam po co są te wszystkie aplikacje: na telefon, na komputer... Kto by czytał książkę na komputerze?! Jednak posiadanie zintegrowanych aplikacji na wszystkich możliwych urządzeniach elektronicznych pozwala zwyczajnie na nieprzerywanie lektury. Nawet w czasie pracy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie próbowałam, głównie ze względu na to, że jeślibym się wciągnęła, praca byłaby poszkodowana ;).

      Usuń
    2. Niby tak... ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto w pracy nie zagląda na pudelka czy blogi. Zamiast tego, można poczytać. :)

      Usuń
    3. O, nie wpadłam na to... a jako że moja praca polega m.in. na czytaniu książek, mogłabym się nieźle kryć... hmmm... rozważę.

      Usuń
    4. @Niekoniecznie Papierowe: jeśli zdarza mi się wolna chwila, zwykle mam ze sobą książkę, ale jednak z baaardzo rzadka się zdarza :). @AHa: no w takiej sytuacji... ;)

      Usuń
  3. Wszechświat zdecydowanie jest malutki
    a szkicownik za cieniutki
    notatek już więcej nie zmieszczę
    o bohaterach piszę własne wiersze
    jak nie piszę to rysuję
    cytaty przy tym wertuję
    i przy tym nie ma wątpliwości
    że sprawdziłam wszystkie możliwości
    i tak myśli me ciągle wracają do tej książki
    aż na nową pozycję się znajdą pieniążki

    Wybacz Pyzo jakość rymów, ale jest już trochę późno. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedyś z niecierpliwością czekałam na dokończenie książki, kolejny raz wyobrażając sobie bohaterów. Z wiekiem stałam się bardziej cierpliwa :)

    OdpowiedzUsuń