Cięgiem czy na przemian? Albo o prywatnych maratonach tematycznych



Właściwie to nie trzeba mieć jakichkolwiek czytelniczych strategii. Jeśli się czyta to – no cóż – się czyta. Ale widzicie, mnie jednak zawsze kusi, żeby sam ten proces analizować. Co zrobić, taka natura. Niezależnie więc, czy czytacie ciągami, czy raczej dobieracie lektury zgodnie z nastrojem (przy czym jedno z drugim się nie wyklucza), może znajdziecie tu coś Wam znajomego.

Czytanie cięgiem


+ można zauważyć zależności tematyczne/narracyjne/szerszą wizję odautorską
+ stajemy się przez przypadek nieźle zorientowani w danym temacie/epoce/autorze
+ nawet jeśli któraś z książek jest słabsza, to możemy w niej śledzić idee fixe epoki/autora/gatunku

- można się łatwo znudzić
- obawa, że jeśli nam się podoba, a przeczytamy takie mnóstwo, to jeśli znowu najdzie nas ochota na tego autora/gatunek/epokę nie znajdziemy już nic ciekawego
- z przekory zaczniemy tęsknić za zupełnie innymi książkami

Widzicie, jestem wielką fanką czytelniczego płodozmianu: tu poezja, tam science fiction, potem klasyk, potem dramat, a na koniec miesiąca powieść młodzieżowa z PRL-u. Z drugiej jednak strony uwielbiam robić sobie takie tematyczne ciągi, bo mam wtedy wrażenie, że zaczynam inaczej odbierać te książki: jaśniej widzę nawiązania, no i daję się wciągnąć w niezłą przygodę. W zależności od tego, czy śledzę jednego autora (doskonała letnia przygoda z twórczością Stanisława Lema), czy gatunek (początek roku z polskimi kryminałami z ostatnich lat), czy epokę (plan aktualny) zaczynam jaśniej chwytać wzajemne nawiązania (albo autonawiązania), realia albo sposoby pisania.

To nie jest coś, co mogę stosować zawsze. Mam dość zawzięty jednak charakter, więc jak się sama ze sobą umówię, że teraz czytam tak, to czytam. Niemniej zawsze pozostaje ta nutka przekory mówiąca „a co tak się zakopałaś w jakimś jednym autorze, weź zobacz, co masz na półce, takie to fajne”. I nie ma nic złego w tym, żeby sobie zrobić przerwę – nie zaburza to planu całości, jeśli się go nie porzuca. Jeśli się porzuca: no cóż, to znaczy, że to nie był właściwy moment, nie ma się czym martwić. Przy czym rozumiem, że przy takim sposobie czytania można się łatwo „przejeść” i potem z odrazą patrzeć na dany gatunek/autora/epokę. Tylko że to też kwestia gustu i doboru lektur: wierzę po prostu, że tak się da je wybrać, żeby się nie znudzić. W końcu słowem kluczowym jest tu „wybór”. My decydujemy, co czytamy, a nie jakaś sztywna, narzucona nam z góry lista lektur. I to w czytaniu cięgiem jest najfajniejsze. 
 
 
 
 To nie jest wpis o tym, co lepsze. Bo jedno i drugie jest super. Fot. Alice Hampton. Źródło.



Czytanie na przemian


+ trudno się znudzić, skoro ciągle mamy w lekturze coś innego
+ poczucie „ach, jestem takim wielostronnym czytelnikiem”
+ zaostrzamy sobie apetyt na więcej

- można się zastanawiać „a co tu by teraz przeczytać?”
- trudność z wejściem w następną książkę
- nie zawsze trafimy to, czego oczekiwaliśmy (chociaż to chyba generalne ryzyko przy doborze książek, jak wszyscy wiemy)

Czytanie na przemian jest super. Tak jak czytanie cięgiem jest super. Widzicie, to nie jest, wbrew pozorom, wpis antagonizujący oba sposoby, czy mający pokazać wyższość jednego nad drugim. Przeciwnie – raczej, jak zwykle, chciałam sobie uporządkować te dwa zjawiska. No dobrze, to co mi zwykle najbardziej przeszkadza, gdy czytam na przemian? Przyznaję: taki problem z zanurzeniem się w nową lekturę, zupełnie odmienną od poprzedniej, gdy jeszcze z uszami jestem zanurzona w innym świecie. Wtedy bywa, że przegryzienie się przez pierwsze strony jest zadaniem na wiele dni.

No i coś, z czym pomagają mi moje wielostronicowe listy książek: pewna chaotyczność wyboru. Lubię ją bardzo, nie myślcie, że nie – takie myślenie, że a może teraz sięgnę po to czy po tamto jest emocjonujące, bo cóż, ach cóż się trafi tym razem. Ale czasem doskwiera pewna przypadkowość wyborów – i kilka dni mogę spędzić zastanawiając się, co czytać i marudząc, że to chyba nie to, ten klimat mi nie odpowiada, i trwam sobie jakiś czas w takim przestoju czytelniczym, marudząc. Nie zawsze, oczywiście: czasami ma się już gotową całą półkę albo stos z biblioteki, który nam sam jakoś porządkuje, co by tu też czytać.

Także teraz przez jakiś czas ponownie wpadam w czytanie pasjami powieści ze wspólnym mianownikiem, zobaczymy, jak wyjdzie. W planach mam może z 4-5 książek, czyli takie czytanie cięgiem w nie jakiejś wielkiej liczbie. A Wy preferujecie któryś sposób czytania, czy podobnie do mnie uzależniacie to od chęci, nastroju i pogody?

Weź dokładkę!

26 komentarze

  1. A moja strategia to czytanie kilka książek na raz. Wtedy się nie nudzę, a jak przy którejś utknę i potrzebuję czasu, żeby do niej wrócić, to mam inną w kolejce :)
    Serie zazwyczaj czytam ciągiem. Dokładnie z tych powodów, które napisałaś -> "(...)mam wtedy wrażenie, że zaczynam inaczej odbierać te książki: jaśniej widzę nawiązania, no i daję się wciągnąć w niezłą przygodę."
    Serie, czy książki jednego autora. W takim przypadku też można prędzej czy później się znużyć i zająć uwagę inną książką, a potem wrócić stęsknionym z powrotem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, czasami próbuję tego sposobu i działa -- a czasami działa dokładnie odwrotnie: czuję się w takim ustawicznym niedoczytaniu, bo to czytam, tamto zaczęłam... Ale myślę, że tu dużo zależy od czasu i od osobistych preferencji (które nie muszą być stałe :)).

      Usuń
    2. Też miałam uczucie niedoczytania, kiedy czytałam równocześnie z 7 książek. Moja uwaga się totalnie rozbiła. Metodą prób i błędów mam metodę czytania najwyżej trzech książek jednocześnie. To dla mnie rozwiązanie idealne ^^
      Plus zawsze mam książkę lżejszą i bardziej "mobilną" do torebki (albo na Kindlu), jakieś opasłe tomiszcze w domu i jeszcze jedną, która tematycznie się różni od pozostałych ;)

      Usuń
    3. Złoty środek :). No tak, chyba siedmiu na raz nigdy nie usiłowałam czytać, zwykle to są, jeśli już, 2-3 (na przykład dwie powieści i dramat albo poezje, albo coś znajdującego się w takim permanentnym podczytywaniu :)). No i jasna sprawa, lżejsze książki, jeśli akurat tak się zdarza, też zwykle ze sobą noszę -- chyba, że nie widzę innej szansy na skończenie opasłego tomu jak zamknięcie się z nim w autobusie ;).

      Usuń
  2. Aha i chciałam Ci jeszcze napisać, że ostatnio coraz częściej zdradzam LubimyCzytac z Goodreads i to wszystko Twoja zasługa :D Już z automatu najpierw wchodzę na Goodreads, żeby coś oznaczyć, czy nawet sprawdzić. Zrobiłaś im świetną reklamę, bo na mnie zadziałało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurczę *wpływowa Pyza*. Nie, nie żartuję. Ale jeśli Ci się na GR podoba, to super (nareszcie nauczyłam się zmieniać tam wydanie na to, które czytam i nie muszę już przeliczać stron, więc też robię postępy ;)).

      Usuń
    2. Hehe a ja się niedawno nauczyłam zaznaczać postępy w czytaniu, więc też się uczę i dzięki temu GR mi się co raz bardziej podoba. A zmienianie wydań to od początku był dla mnie ogromny plus, bo przykładam do tego dużą uwagę :D

      Usuń
    3. Fajne to jest, prawda? No i ma się takie dodatkowe poczucie, że "o proszę, ileż już przeczytałam!" ;).

      Usuń
  3. Zdecydowanie na przemian. Kiedyś, dobre parę lat temu potrafiłam czytać ciągle tylko i wyłącznie Cobena, albo tylko Gerristen. Ale teraz jest Internet, mogę sobie czegoś poszukać, poza tym lubię wiele gatunków i teraz nawet od kryminału muszę odpocząć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasna sprawa -- chociaż mnie się te ciągi zdarzają, nie powiem, czasem po prostu trudno mi się oprzeć. A potem radośnie wracam do czytania na przemian :).

      Usuń
  4. Kiedyś czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce - na przemian. Teraz czytam jednego autora cały czas - i to w kolejności wydania. Jak mi się skończą jego książki albo nie mogę ich dostać - to przerywam innym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam tak z Lemem, to super przygoda :). I można śledzić, jak autor się rozwija, jakie problemy kiedy go nurtowały i jak je przetwarzał w kolejnych książkach :).

      Usuń
  5. Ja tak jak moja przedmówczyni również czytam kilka książek jednocześnie. Nie potrafię oprzeć się pokusie nowej, świeżo zakupionej pozycji. Na szczęście wątki ani bohaterowie nie mylą mi się więc jest dobrze, a i na znudzenie narzekać nie mogę :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, a zdarza Ci się czasem tak, że tak się nastawisz na nowość, tak się cieszysz, że ją przeczytasz, a potem jakoś tak odkładasz, obiecując sobie, że już-zaraz-za momencik po nią sięgniesz i... mijają trzy miesiące :D? Mnie się tak zdarza nagminnie ;). I to nie musi być "nowość" w znaczeniu nowo wydanej książki, po prostu taka książka, która właśnie do nas trafiła.

      Usuń
  6. Od chęci, nastroju, terminu zwrotu do biblioteki... poza tym, jak wpadnę w XIX wiek, to ciężko mi się z niego wygrzebać :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, jak się wpadnie w taki okres, który nam odpowiada, wygrzebać się jest strasznie ciężko ;). Chyba że w końcu sam nas porzuci, innymi słowy -- coś nas z niego wyciągnie ;).

      Usuń
  7. Na przemian, choć wciąż próbuję się zmobilizować do ciągiem. W sensie widzę to teraz, przy posiadaniu blogaska: przeczytałam francuski pamiętnik z epoki, wpadłam na pomysł, żeby sięgnąć po jeszcze kilka, żeby tak hurtem napisać, ale guzik z pętelką, nie potrafię, przeczytam najpierw pięć książek, zanim sięgnę po zamierzoną. Tak samo ciężko mi idzie z moim Szekspirowskim projektem, no nie mogę ciurkiem, aż mnie odrzuca. Dziwi mnie to o tyle, bo niczego bardziej nie lubię na festiwalach filmowych, niż cyklu retrospektyw, czyli oglądania jeden za drugim filmów konkretnego reżysera/aktora...

    Już pomijając nawet czytanie kilku książek jednocześnie (praktykuję), ale to bardziej z logistycznych względów: np. teraz "Teatr postdramatyczny" Lehmanna raczej zbyt trudny by się na nim skupić w miejscach bardziej/mniej publicznych, więc noszę przy sobie inną książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to faktycznie ciekawe. Ale wiem, o co chodzi -- czasami po prostu sobie postanawiamy, a potem się okazuje, że jednak to coś, na co nie mamy wielkiej chęci ;). A może rada z Szekspirem jest taka, żeby do czytania oglądać filmy albo wybrać się do teatru? Tak dla urozmaicenia, ale pozostania przy autorze :)?

      Ach tak, takie czytanie kilku książek to mi się zdarza: zwłaszcza jak aktualnie czytana jest po prostu zbyt duża gabarytowo (chyba, że to coś, z czym utkwiłam w miejscu i jedyna rada to zasiąść z nią w środku komunikacji publicznej ;)).

      Usuń
    2. Taka rada nie pomaga :) Bo dużo oglądam ekranizacji, sfilmowanych przedstawień, ba, w teatrze byłam i jeszcze bardziej mi się nie chce czytać :D Przy czym nie wiem jak to działa, widziałam "Burzę", planuję inne wystawienie, to samo mam z innymi dziełami, każde obejrzenie napędza następne, a z czytaniem wręcz odwrotnie. Cóż, ten typ tak ma ;)

      Jedyne co czytam ciurkiem, to jakieś wielotomowe UrbanFantasy/inne Paranormale, które często głupie cliffhangery stosują. Ale to traktuję bardziej w kategorii maratonowania seriali, niż lektury, jeśli ma to sens.

      Usuń
    3. No chciałam dobrze ;). Wiesz, po prostu w moim przypadku działa to tak, że jak zobaczę w teatrze, to potem chcę przeczytać, jeśli nie znałam wcześniej albo sobie przypomnieć (co nie znaczy, że od razu to robię ;)). I tak sobie pomyślałam, ale wiadomo, wszystko zależy od osobistych upodobań :D.

      Usuń
    4. Znaczy może uściślę: to nie tak, że reakcja to "zgiń, przepadnij maro nieczysta", po Burzę sięgnęłam, ale raczej w ramach przejrzenia, żeby sobie uściślić co kto kiedy powiedział (jak wiadomo współczesny teatr żongluje zakładając pamięć widza ;)), na porządną lekturę chęci brak :)

      Usuń
    5. Się wie ;). Ach, no to mamy podobnie, też zwykle nieufnie podchodzę do tego, co widzę na scenie i potem z chęcią sprawdzam, jakie nastąpiły przesunięcia w stosunku do oryginału (co zresztą pozwala lepiej wyczuć reżyserskie intencje ;)).

      Usuń
  8. Odeszłam już od czytania ciągiem jednego autora. Po kilku pozycjach miałam wrażenie, że coś się powtarza. Teraz robię sobie przerwy. Jest o wiele ciekawiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przyznać, że lubię wyłapywać co i jak się powtarza (u Lema sprawiało mi to sporo radości, bo widać było, jak się pewne idee rozwijały). No chyba, że autor trzaska wszystkie powieści według jednego schematu, wtedy zmęczenie materiałem może przyjść szybciej, niż zakładamy ;).

      Usuń
  9. Ja się chyba nie nadaję do ciągów. To trochę jak z byciem na diecie, nagle zaczynam myśleć o słodyczach, więcej niż zwykle. Podobnie mam teraz w marcu, kiedy postanowiłam czytać tylko kobiety. Został jeszcze tydzień i jedna lektura, a ja już rozmyślam, od którego faceta rozpocząć kwietniowe czytanie. :)
    Masz rację, że czytając grupami można lepiej wyłapać podobieństwa i różnice, i to jak autorzy się rozwijają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, masz rację, że tutaj bardzo działa jednak zwykła przekora ;). Dlatego nawet w ciągu można sobie zrobić małe odstępstwo (coś jak taki zjedzony mały cukierek, kiedy jesteśmy na diecie ;)).

      Usuń