Pikniki z Klasyką #12: Gdzieś w Anglii albo o „Miasteczku Middlemarch” G. Eliot



George Eliot była zupełnie niesamowita. To taka postać, że gdyby ktoś dzisiaj napisał powieść z nią w roli głównej, na pewno oburzalibyśmy się, że przesadza i że rzutuje swoje dzisiejsze poglądy na przeszłość. A samo „Middlemarch”, uznawane za literackie wyżyny twórczości na Wyspach, to powieść, która obrosła w egzegezę jak w mech. Tylko że wiecie, czytanie tego w Polsce, gdzie jedyne (!) wydanie pojawiło się dopiero w połowie lat dwutysięcznych, to zupełnie inna sprawa. Dlatego, że tego mchu jakby mniej. I może dlatego pewne rzeczy widać inaczej?


Część I – dla tych, którzy nie czytali
(oraz dla wszystkich zainteresowanych w ogóle,
zresztą: sami wiecie)


Gdyby chcieć w skrócie powiedzieć „o czym to jest”, trzeba by powiedzieć, że faktycznie tytuł nie kłamie. To jest o Middlemarch, miasteczku gdzieś w Anglii, na pozór idyllicznym, jak to angielskie miasteczko, pod spodem niekiedy dość koszmarnym, gdzie szczerość oznacza roznoszenie przykrych wiadomości jak najszybciej, żeby pokrzywdzony dowiedział się tego właśnie od ciebie.

Można oczywiście wyróżnić główne wątki. Mamy zatem wątek miłosny, przebiegający wokół trzech kobiet i nieco większej liczby mężczyzn. Każdy różni się nie tylko klasą społeczną, której aktorami są nasi bohaterowie, ale i przebiegiem. Ba, żadne proste równania w rodzaju happy end oznacza ślub nie mają tutaj miejsca (a jak mają, to okazują się wcale nie takie proste). Jeśli nie lubicie Jane Austen, sięgnijcie po „Middlemarch”. Jeśli lubicie – też sięgnijcie. Dlaczego? Jeśli brakuje Wam atmosfery dworu i rozmyślania o zamążpójściu w powieści, znajdziecie to tutaj, sprytnie jednak przedekorowane i zupełnie inaczej napisane. George Eliot jest złośliwa, ale też ma taką skłonność do pisania sentencjonalnych zdań (co niekiedy może irytować, w zależności od czytelniczych upodobań).



Ilustracje zaś będą przewrotne, bo wiecie, że w Nowej Zelandii jest miasteczko,
które nazywa się Middlemarch? No i tak ono wygląda. Zdj. Ulrich Lange.



To nie jest szybka lektura (prawie 1000 stron), ani łatwa. Można się trochę pogubić w gęstwinie postaci albo zastanawiać, po co tutaj jest ten wątek. Ale summa summarum to się opłaca – konstrukcyjnie „Middlemarch” nie jest zbudowane na fajerwerkowym montażu literackim, nie, nie, ale utkane jest bardzo zręcznie i nie ma co kryć, to jest po prostu solidnie zbudowana powieść. Co więcej „Finał” jest taką klamrą, która spina, odpowiada na wszystkie pytania i nie zostawia szuflad wysuniętych, by ładować w nie domysły. Może się to nie podobać, ja jednak lubię wiedzieć, co też stało się z bohaterami, w których zainwestowałam tyle czasu i stron.

Innymi słowy: jeśli chcecie poobcować sobie z wyspiarską klasyką, to „Middlemarch” jest dobrym wyborem. Mam swoje zastrzeżenia co do tego jedynego wydania (zbyt szerokie szpalty, przymały druk, niewielka interlinia) i co do samego tłumaczenia (przy porównaniu z oryginałem całkiem sporo traci, niestety, ale nie jest tak, że po jego lekturze poczujecie się totalnie ograbieni z sensów, znaczeń i odniesień, więc spokojnie).

Część II – dla tych, którzy czytali
(w sensie, że omawiam pewne wątki bardziej szczegółowo,
ale można spokojnie czytać, jeśli Wam to nie przeszkadza)

Z „Middlemarch” jest tak, że w zasadzie trudno jest je objąć jako całość, chociażby dlatego, że to jest faktycznie panorama stosunków społecznych w latach 30. XIX wieku – co oznacza, że postaci jest mnóstwo, część zupełnie epizodycznych, ale istotnych (bo przecież jak jest karczma, to jest i karczmarka, jak właścicieli stać, to mają pokojówkę, a i przy piwie z kimś trzeba pogadać). Wątków też w zasadzie jest multum. I z tego względu nie chciałabym się w tej części skupić na całości, ale na trzech wybranych zagadnieniach, z którymi bym sobie popolemizowała.

Zagadnienie 1: Małżeństwo Dorotei i pana Causabona

Otóż natchnął mnie do tego ten tekst, w którym słynni pisarze opowiadają o swoich wrażeniach z lektury „Middlemarch”. Zarówno Martin Amis, który stwierdza, że małżeństwo Dorotei ze starszym pastorem było clearly unconsummated, jak i Kathryn Hughes, która wspomina o tym, że Causabon był impotentem, skłonili mnie do zastanowienia się, czy aby na pewno wszystkie wskazówki w tekście przemawiają za takim rozwiązaniem? Będę własnym adwokatem diabła i zacznę od tego, co za tym faktem przemawia.

Przede wszystkim, oczywiście, Causabonowie nie mają dzieci. No dobrze, ale też jakoś specjalnie długo tym małżeństwem nie są. Ale to takie zdroworozsądkowe rozważania, a przecież miałam trzymać się tekstu. Cała sprawa pomiędzy starym Causabonem i młodym Ladislawem wydaje się wypełniać taki mitologiczny schemat, w którym mamy starego króla (Causabon – na marginesie: jak czytacie to nazwisko?), posiadającego królową (Doroteę), ale niezdolnego do wypełniania małżeńskich obowiązków alkowianych. Drży więc przed młodym królem, przybywającym z zewnątrz (Ladislaw), który – pełen sił witalnych – może mu ją odebrać, a wtedy przepadnie i królestwo (które królowa uosabia; wiecie: królowa rodzi dzieci, jak ziemia rodzi plony, myśl dość popularna na przykład w „Złotej gałęzi” Frazera). W porządku, teoretycznie pan Causabon realizuje ten schemat, a Ladislaw jest podwójnie obcy, jako potomek podejrzanego polskiego uchodźcy (podejrzanego oczywiście dla szanownych mieszczan), a w dodatku z domieszką krwi żydowskiej.


 Nadal nowozelandzkie Middlemarch. Zdj. Benchill.



Tylko że same rozwiązania fabularne wskazują, że jednak pan Causabon, choć ślęczy nad swoim „Kluczem do wszystkich mitologii” wcale a wcale nie zamierza w realnym życiu postępować według mitycznych schematów. Po pierwsze, całkiem realnie zastanawia się nad posiadaniem syna. Ba, uważa, że to jeden z tych obowiązków małżeńskich, które powinien wypełnić, nawet jeśli mu się nie chce (a przyznajmy szczerze, niewiele z nich wypełniać mu się chce), a zostawienie po sobie takiej kopii, jak to nazywa, uważa za czyn chwalebny. Czyżby zatem miał w ogóle nie próbować? Najbardziej jednak w kierunku „o czym ty mówisz, Martinie Amisie?!” popchnęła mnie jedna ze scen kończących księgę (powieść podzielona jest na takie właśnie księgi). Oto Dorotea zmaga się ze sobą, co robić – wie, że pan Causabon ją zwiódł, że wcale nie jest takim wielkim naukowcem, jak to sobie wyobrażała; sama również się zatem zwiodła. To w ogóle jest powieść o mirażach, które sami sobie tworzymy, o czym zaraz. Siedzi więc, gryzie się wewnętrznie i przemaga, chcąc jednak wypełniać obowiązki żony, tak jak je widzi społeczeństwo i usiłuje się nagiąć do żądań Causabona. Przemaga wewnętrzny opór, przemienia własny charakter, nagina się pod wolę męża, choć przychodzi jej to z cierpieniem. I po tej scenie Dorotea wychodzi na korytarz, spotyka męża i ten, obejmując ją, zabiera ją do sypialni.

Moim zdaniem to dość czysty rysunek. Dorotea zmagając się ze sobą, ostatecznie postanawia się poddać woli męża, któremu nawet w głowie nie postało, że mają w tym związku równe prawa. Zagarnia ją na tym korytarzu, prowadzi do sypialni, sytuacja jest jednoznaczna. Jest ciemno, tylko on trzyma świecę – idą korytarzem, my zostajemy z narratorem w miejscu, obserwując, jak odchodzą, światło znika, zapada ciemność. Przykrywająca to, co „niewymowne” (nadal jednak jesteśmy w epoce wiktoriańskiej, skandale czy nie).

Zagadnienie 2: Pan Ladislaw

Ten „mech” porastający „Middlemarch”, o którym wspominam, to dwustuletnia recepcja książki. Już od samego początku krytycy byli zgodni, że powieść ma jeden słaby punkt – Ladislawa. Dlaczego? Podobno dlatego, że to postać niepogłębiona psychologicznie, zbyt lekka, a rozwiązanie, jakie daje wątkowi Dorotei to zbyt pośpieszny i prosty happy end. Widzicie, znowu się nie zgadzam (wyjdę na profana, trudno, podyskutować z odczytaniami literatury zawsze można).

Ladislaw to jest postać z zewnątrz. Strasznie z zewnątrz, od samego początku. To taka postać, która została pozbawiona majątku przez mezalians babki, dzięki czemu wszystko dzierży sobie twardą ręką pan Causabon. A to dlatego, że ma w sobie domieszkę „obcej” krwi. W sumie Ladislaw to taki trochę symbol kolonializmu, na którym dorabiają się ci, których sumienie rusza z rzadka, za to zabierać coś, co przynależy z gruntu rzeczy komuś innemu, czemu nie. Ale to taki poboczny wątek, nie będę Was przekonywać twardo, że tak jest. Po prostu im dłużej myślę, czemu Ladislaw odkrywa swoje korzenie, które są bardziej poplątane niż myślał, tym bardziej mi się wydaje, że coś jest na rzeczy.

Ale właśnie, co z tym happy endem? Otóż jak najbardziej uważam, że Dorotea zasługuje na to szczęście, tyle że mam wrażenie, że tę końcówkę można czytać też zupełnie inaczej. Bo, jak wspominałam, „Middlemarch” to powieść o wzajemnym budowaniu złudzeń. Zobaczcie: Dorotea i Ladislaw właściwie się nie znają. Większość ich rozmów opartych jest o niewłaściwie rozumienie słów tej drugiej osoby (kurczę, to właśnie tutaj jest straszne: że nic się nie da powiedzieć wprost, a to, co powiemy nie wprost, może zostać niewłaściwie odczytane). Żyją wyobrażeniami o sobie, zakochują się w tych wyobrażeniach. A co, jeśli po ślubie okazuje się, że jednak nie dorastają do tych wyobrażeń? Zakończenie zdaje się sugerować, że nawet jeśli, to udało im się z tym szczęśliwie żyć. Ale sama możliwość jest niepokojąca – i interesująca, nie uważacie?


 A taki tam mają kościół. Zdj. Ulrich Lange.



Zagadnienie 3: Jane Austen

Tak trochę przewrotnie to nazwałam, ale wiecie, że Jane Austen wywarła całkiem duży wpływ na George Eliot? Nie dość, że wieloletni, udany związek Eliot z filozofem Georgem H. Lewesem narodził się, kiedy para rozmawiała o twórczości Austen (oboje byli jej admiratorami), to jeszcze wkrótce po tym, jak Lewes napisał pochwalny artykuł o Austen para uciekła do Niemiec, skąd wróciła już tytułując się mężem i żoną (choć ślubu nigdy nie wzięli, Lewes nie mógł dostać rozwodu). No właśnie, bo sam początek „Middlemarch” sugeruje takie Austenowskie rozwiązania: dworek, dwójka dziewcząt, rozmyślania o małżeństwie, jacyś kręcący się po okolicy młodzi ludzie (Rebecca Mead zastanawia się, co Austen zrobiłaby z takim początkiem: czy pan Causabon byłby takim miejscowym panem Collinsem, Ladislaw zawiódł nadzieje niczym Wickham, a panem Darcym okazałby się doktor Lydgate? Autorka zapomina co prawda o sir Jamesie, ale może to taka postać wykluta z pana Bingleya?).

Tylko że dalej jest jednak inaczej. Małżeństwo, nawet jeśli wyśnione, a nie wymuszone (pan Collins, przypominam), okazuje się być porażką. Wiąże Dorotei ręce i właściwie jest coraz gorzej. Doktor Lydgate to kolejna ofiara tego typu. Pozornie wszystko gra – pod spodem zaś dzieją się rzeczy straszne. Jak już przy nim jesteśmy, to wątek Lydgateów jest doskonale napisany. Taka wiwisekcja małżeństwa, absolutnie niedobranego (znowu: miraże stawiane dla siebie upadają), w którym on stara się jednak za wszelką cenę zachować uczucie, bo inaczej wie, że będzie to koszmar – nie być kochanym to jedno, nie kochać zaś to drugie. Przy czym Lydgate to chyba największa ofiara Middlemarch, świetnie zapowiadający się naukowiec, który musi porzucić nadzieje na przyszłość. Gdybym miała wybierać najbardziej wstrząsający wątek, to zdecydowanie postawiłabym na Lydgate'a, który miota się, szuka różnych rozwiązań, ale ostatecznie musi zrobić to, czego oczekuje od niego społeczeństwo.






I to jest fascynujący kontrast w „Middlemarch”: że to właśnie on koniec końców musi to zrobić, podczas gdy Dorotea, kobieta, czyli osoba postrzegana za taką, która musi się podporządkować i ma ograniczone pole do działania, jakoś daje radę się wyzwolić, iść zupełnie pod prąd. Jasne, na koniec dowiemy się, że i jej plany się omsknęły: nie bardzo umiała zmienić świat, ale przynajmniej zmieniła własne życie. No cóż, patrząc na Lydgate'a, nie sposób powiedzieć, że to jednak jest jakiś happy end. Choć może nie taki, jakiego chcielibyśmy wyczekiwać.

*
*     *


No dobrze, uf, to piąta strona, czy ktoś tu jeszcze jest? Przeczytajcie koniecznie piknikowy tekst Tarniny (klik!) i zapraszam właśnie tam na dyskusję. Strasznie jestem ciekawa Waszego zdania i co do powieści w ogóle, i co do poruszonych zagadnień, które nurtują mą duszę. No to co, widzimy się na piknikowej dyskusji?

Weź dokładkę!

0 komentarze