Uważaj! Melancholia! Albo o „Zapałce na zakręcie” K. Siesickiej



To będzie chyba taki specyficzny tekst, bo zdaje się, że jestem jedną z ostatnich osób, które tej książki nie znały. Ba, unikałam w latach mych nastoletnich Siesickiej po jednej czy dwóch próbach podczytania i wydawało mi się, że to literatura nie dla mnie. Nie wiem, może to ja się zmieniłam albo mój sposób czytania – w każdym razie zamierzam ponadrabiać stracony czas. Ale zanim to, to wróćmy do tego, czemu specyficzny. Bo mogą być spojlery, z tym że takie, które temu, kto nie czytał pewnie i tak niewiele powiedzą, a poza tym właściwie chyba wszyscy – wnosząc z reakcji – czytali. No, tak czy inaczej: zaczniemy?


„Zapałka...” to jest taki specyficzny (poniedziałek: dzień, w którym akapit bez słowa „specyficzny” to akapit stracony!) twór, w którym tak naprawdę nie sama historia jest ważna – no dobrze, ona też, ale nie przede wszystkim – ale to, jak zostaje opowiedziana. Bo narracja, och, narracja u Siesickiej to jest coś szalenie interesującego. O czym, dla porządku, jest to powieść? Mada i Marcin spotykają się na wakacjach, zaczynają się sobie podobać, spotykają się ponownie w Warszawie; on ma jakąś mroczną tajemnicę, ona stara się trzymać własnych zasad. Historia jakich wiele. Ale tu nawet nie chodzi o tę historię właśnie. No, sami zobaczcie.
 
Jeśli przeczytamy „Zapałkę...” i chcemy coś powiedzieć o jej tle społecznym czy historycznym, to na podstawie samych opisów bardzo trudno byłoby to zrobić. Siesicka właściwie nie opisuje (poza jednym dłuższym momentem poświęconym strojowi Mady), a raczej sugeruje. A wszystko to przez sposób narracji – mamy dwie pierwszoosobowe jej linie, przy czym nie jest ani tak, że tam, gdzie jedna się urywa, druga się zaczyna albo że te same wydarzenia widzimy zawsze oczami dwójki bohaterów. Zamiast tego mamy dwa strumienie świadomości (nie w znaczeniu techniki pisarskiej, ale sposobu prezentacji fabuły), w których czasami coś się powtórzy, ale nie całe pasaże, ale jakieś kluczowe zdarzenie. Widać wtedy jak na dłoni, że coś szalenie istotnego dla Mady wcale nie musi być istotne dla Marcina i odwrotnie.

Mamy w fabule kilka „znaków czasu”, jak choćby postać kuratora Marcina, kapitana Ligoty, który gra nam tutaj typ porządnego komunisty, czy jego syna Wojtka, który uważa, że każdemu człowiekowi można pomóc, więc na pytanie, czy przypadkiem nie chce zostać księdzem, odpowiada, że nie, bo komunistą. Ale ani nie są to tak do końca wstawki, jakie nazwalibyśmy pewnie dzisiaj propagandowymi, ani żadna indoktrynacja. Dlaczego tak sądzę? Bo widzicie, widać, że i jedna, i druga linia narracji spisywana jest po latach. Mada i Marcin wspominają historię swojego związku z jakiegoś oddalenia czasowego, co przysłania ostrość niektórych szczegółów, zostawia tylko takie znaki jak słupy wbite na granicy, żeby pokazać, gdzie się aktualnie zajmujemy. Stąd to świat, który jest uniwersalny, bo niewiele w nim jest z takiej szarej peerelowskiej rzeczywistości. 
 
 
 
 Jako przerywnik -- "Melancholia" Malczewskiego, głównie dla kontrastu. Bo to taka gęsta
melancholia, tłoczna. Zupełnie inna. Źródło.



Oczywiście, Mada pochodzi z rodziny dużo gorzej sytuowanej, więc przechadzka po mieszkaniu Marcina jest dla niej nie tylko ciekawa przez wzgląd na samego Marcina, żeby zobaczyć otoczenie, w którym się wychował, to też dla niej taki rzut oka na inny świat. Marcin to z kolei dziecko bogatych rodziców, nieźle umocowanych w systemie społecznym, z ładnym mieszkaniem – wpada w kłopoty właśnie on (tu można by się jednak doszukiwać takiego drugiego dna, że nasz Marcin to taki „bananowy chłopak”), a nie Mada, gnieżdżąca się z matką i siostrą w dwóch pokojach. Siesicka korzysta z tego, by lekko zarysować tło, po jakim się obydwoje poruszają, ale też bez wielu szczegółów. Jak wyglądają pokoje bohaterów? Co robią zazwyczaj w wolnym czasie? Z czym są kolacyjne kanapki? Autorka stawia bardziej na emocje, i to w tych emocjach rozgrywa się nam tak naprawdę cała akcja. Mada i Marcin nie piszą nam, co jedli ani w co się ubrali (z jednym, jak wspomniałam, wyjątkiem), bo to wiedzą. Stąd niektóre wydarzenia stają się – dla czytelnika – nagle, nie po kolei (wypadek Ali), stąd akcja potrafi skakać. „Zapałka...” to trochę taka wypadkowa dwóch pamiętników: gdyby podrzucić luźne kartki jednego i drugiego do góry i podnieść tak, jak spadły, o – to by było całkiem niezłe porównanie. Ale wiecie co? To daje znakomity efekt. Bo to jest chaos pozorny, autorka bardzo dobrze wie, kto, co, kiedy i jak.

Siesicka ucieka się czasem do rozwiązań fabularnych dość prostych: jak choćby wątek nieobecnego ojca Mady, ale rozwiązuje je znowuż z dużym taktem, a przez to, że nie są w detalach opisane, a jedynie naszkicowane, niektóre wydarzenia potrafią zrobić naprawdę duże wrażenie (jak choćby „powrót ojca marnotrawnego” na dworcu). Czy coś mnie zatem w „Zapałce...” uwierało? Chyba nie, tam bowiem, gdzie już-już miałam coś na końcu języka, tam rozjaśniało to jednak sposób narracji, w którym leży główna siła tej opowieści. I świetne otwarte zakończenie, i nieprzegadanie, i te kontrapunkty rozsiane tu i ówdzie (jak para z wakacyjnej Osady, gdzie on jest niedowidzący, ona zaś posądzana o interesowność) – no czyta się to, nie powiem, czyta. I to jest taka piękna melancholia, która wypływa ze spraw drobnych, osnutych mgłą pamiętania-niepamiętania. Może Madzie dało się oszczędzić wątku „widziałam go z daleka z jakąś inną dziewczyną, to koniec!”, ale też pasowało to do charakteru postaci, więc co się będę czepiać.

Ale jak chcecie się poczepiać, to zachęcam, zawsze warto podyskutować. Po prostu wiecie: czasem każdy chce napisać taki tekst, że mu się podobało. Nawet taka maruda jak ja.

A przy okazji: czy ktoś wie, czy powiedzenie „uważaj, zapałka na zakręcie!” funkcjonowało poza książką i co znaczyło w takim wypadku?

Weź dokładkę!

22 komentarze

  1. Bardzo lubiłam tę powieść i bardzo żałuję że autorka dopisała drugą część,strasznie mnie ta kontynuacja zirytowała. A para z Osady ma swoją osobną książkę, bodajże jest to Beethoven i dżinsy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, jeśli jest kontynuacja, muszę zobaczyć (chociaż szkoda, bo to otwarte zakończenie jest bardzo dobre). "Beethoven..." -- zakonotowałam, do przeczytania na przyszłość :)!

      Usuń
  2. Para: Miśka i niedowidzący Piotr to bohaterowie innej książki Siesickiej "Beethoven i dżinsy", więc jak gdzieś trafisz, to polecam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzięłam pod uwagę, jak się trafi -- przeczytam! :)

      Usuń
  3. Ojej, aż się wzruszyłam, gdy zobaczyłam tytuł :) Ty unikałaś, a ja czytałam Siesicką bez opamiętania; za to na bakier byłam z Musierowicz. Mimo tego mojego uwielbienia, nie odważyłabym się chyba czytać jej ponownie. Nastoletni ideał szybko sięgnąłby bruku poddany takiej masie analiz, jakiej Ty go poddałaś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, widzisz, a ja z Musierowicz bardzo długo byłam na bieżąco, przestałam być jakoś chyba na wysokości "Tygrysa i Róży", potem już podczytywałam jednym okiem i chyba dobrze. Ale może bym sobie ucięła jakąś powtórkę... ;) Przy czym zobacz, analizowałam i analizowałam, ale wyszło mi bardzo pochwalnie, więc może tak źle by nie było, co ;)? Chociaż może w moim przypadku zadziałał tu urok nowości :).

      Usuń
  4. Ja nie czytałam, ba! Nawet nie słyszałam. Młody ze mnie czytelnik. Ale obiecuję przyjrzeć się tematowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyjrzyj się, przyjrzyj, klasyka dla młodego czytelnika sprzed lat, a czyta się nadal dobrze :).

      Usuń
  5. Pamiętam, jak mi w swoim czasie imponowała Mada, to była dla mnie taka "dorosła kobieta", którą chciałam zostać, gdy dorosnę. Np taka scena na imprezie: Marcin wydaje się, że Mada zamierza pić alkohol i chłopak przymierza się do zrobienia awantury. Na co Mada odstawia szklankę ze słowami: "To gest uprzejmości, a nie pokory." Tak jakoś zapamiętałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Mada to jest taki wzorzec z jednej strony, a z drugiej Siesicka nie stawia jej na postumencie, tylko pokazuje i wady bohaterki, i problemy wynikające niekiedy z zasadniczości przyjętej jako jedyny wyznacznik postępowania. Ale fakt, Mada to jest taka "dorosła kobieta", chyba rozumiem, co masz na myśli ;).

      Usuń
  6. To Siesicka sie jeszcze w ogóle czyta??? A Snopkiewicz? - Jak ja uwielbialam jej "Sloneczniki"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać ;). Snopkiewicz wygrzebałam w antykwariacie "Piękny statek" bodajże, zamiaruję się zapoznać. A że "Słoneczniki" wyszły chyba też w tej mojej ukochanej serii międzywydawniczej, są na liście :).

      Usuń
  7. No i jestem jedyną osobą, która "Zapałki..." nie czytała. Wpiszę ją sobie na urlopową listę lektur, bo brzmi ciekawie, ale teraz zupełnie nie mam czasu i mocy przerobowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to się czyta szybko (nie bierz ze mnie przykładu, zajęło mi to dwa tygodnie, bo przegryzałam "Middlemarch" ;)), zdecydowanie można sobie na to przeznaczyć wieczór-dwa w spokojnym czasie :). Bardzo jestem ciekawa, co powiesz!

      Usuń
  8. Ależ staroć wyciągnęłaś! :)
    U mnie było odwrotnie - zaczytywałam się powieściami Siesickiej (kilka mam u siebie i czytałam je w nastoletnich czasach wiele razy), ale nigdy nie sięgnęłam po Musierowicz, która debiutowała w moich studenckich czasach. Pewnie dlatego uznałam wtedy, że jestem na te powieści za stara :)

    Czytając powieści Siesickiej miałam jednocześnie z tego powodu ogromne kompleksy. Wydawało mi się wtedy, że jej bohaterzy (niby tacy sami licealiści, jak ja), to młodzież taka mądra, taka intelektualna, a ja im nie dorastam do pięt. Pamiętam, jak dobiła mnie szybkość i łatwość w rozwiązaniu krzyżówki w "Przekroju" przez Madę - "uporałam się z nią dość szybko" (chyba tak powiedziała, cytuję z pamięci). No... niestety, ja w tym wieku nie byłam taka sprawna. Albo moment, gdy Mada wybiera do czytania na wakacjach Faulknera!

    Czytając powieść nie znałam tego hasła: "Uważaj, zapałka na zakręcie". Wtedy miałam swoją wersję, że był to jakiś lokalny tekst, nie znany w innych częściach Polski. A teraz mam wersję, że wymyśliła go sama autorka.

    "Zapałka... ma kontynuację w dwóch powieściach napisanych po latach: "Pejzaż sentymentalny i "Zatrzymaj echo".
    Mogę się wypowiedzieć o pierwszej, bo do "Zatrzymaj echo" jeszcze nie dotarłam.
    "Pejzaż..." to historia opowiedziana w tym samym stylu, co "Zapałka...". Mada i Marcin jako dorośli ludzie i ich dzieci (nie wspólne), wchodzące w dorosłość. To tyle, bez zdradzania fabuły.
    Moim zdaniem to raczej książka dla starszych pań, które przeżywały swoje nastoletnie czasy razem z Madą i Marcinem. Sama w sobie jest mało ciekawa (chwilami monotonna i nudnawa).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zgodzę się do końca, bo starszą panią póki co jeszcze nie jestem, a jednak się wciągnęłam i czytało mi się bardzo miło ;). Także przez ten rodzaj narracji, o którym pisałam. Nie musi on oczywiście podpasować każdemu czytelnikowi, co zrozumiałe. Natomiast nie wydawała mi się "Zapałka..." monotonna także dzięki sposobowi zapisu: wręcz przeciwnie, musiałam się mieć na baczności, żeby zorientować się, co się kiedy stało (w pewnym momencie na przykład byłam pewna, że gdzieś się zgubiłam, bo co to za wypadek Ali, a jednak). Dlatego też zresztą tak mi się ten sposób narracji podobał.

      Och, z tą krzyżówką pomyślałam to samo ;). Ale to chyba nieźle charakteryzuje Madę, wpasowuje się w tę jej zasadniczość, o której wspominałam w komentarzu wyżej, w takie zadowolenie z jednej strony, a z drugiej czasami kłopotliwość w życiu.

      O, teraz to jestem jeszcze bardziej ciekawa tych kontynuacji! Na pewno sprawdzę (chociaż też trochę się boję ;)).

      Usuń
    2. Muszę dopisać wyjaśnienie :)
      Ostatnie dwa zdania mojego komentarza dotyczą dalszego ciągu, czyli książki "Pejzaż sentymentalny". Wydawało mi się, że napisałam to wyraźnie, a jednak okazało się mało zrozumiałe (moja wina).

      Napisałam o starszych paniach, czyli o moim pokoleniu (tak nas widzą młodsi, niestety), bo "Pejzaż..." jest właśnie taką sentymentalną podróżą w przeszłość. Akcja co prawda bardziej współczesna (chociaż też po latach przerwy), ale to odniesienie do młodości Mady i Marcina ma w sobie ciężar tych kilkudziesięciu lat dzielących nas od młodzieńczej lektury.
      Napisałam o własnych odczuciach, a ja właśnie ostatni raz czytałam "Zapałkę..." jakieś 40 lat temu (tak skromnie licząc). Ten tak duży przedział czasowy ma jednak wpływ na odbiór kontynuacji, chociaż fikcyjnie jest dużo mniejszy.

      Usuń
    3. A to faktycznie się nie zrozumiałyśmy :). Mimo wszystko chyba się skuszę na ten "Pejzaż...", żeby skonfrontować wrażenia (chociaż trochę strach, żeby sobie nie popsuć dobrej historii). I ciekawa jestem, jak to jest z tym odstępem czasowym. Bo wydaje mi się, że w samej "Zapałce..." to jednak ma mniejsze znaczenie, właśnie dlatego, że sam świat opisany jest w sposób dość uniwersalny, bez wielu szczegółów. No nic, zobaczymy ;).

      Usuń
  9. Przeczytałam prawie wszystkie książki Siesickiej, kiedy byłam w gimnazjum. "Zapałkę.." i "Pejzaż... " mam nawet w domu! I chyba muszę je sobie odświeżyć, bo nic a nic z nich nie pamiętam (a gimnazjum skończyłam nie aż tak dawno). Ale taka moja przypadłość, że nie pamiętam fabuł większości przeczytanym książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale za to dzięki takiej przypadłości można czytać po raz kolejny z niesłabnącym zainteresowaniem ;).

      Usuń
  10. Jejku, czytałam Zapałkę jakieś 15 lat temu, lecę jutro do biblioteki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to jest bardzo dobre postanowienie :). Bardzo jestem ciekawa tej konfrontacji! :)

      Usuń