Zaraz, a to nie miało mieć jeszcze kilku stron...? Albo o czytaniu książek niedokończonych



Jak już zapewne wiecie, jedną z moich ukochanych książek jest „Kamień i cierpienie”, czeska powieść o życiu Michała Anioła (znajdziecie ją w każdym antykwariacie, bo miała u nas gigantyczne nakłady). Ale właściwie słowo „życie” jest tutaj nieco mylące: towarzyszymy Buonarottiemu nie tak znowu długo, bo zanim jeszcze zdąży w pełni rozwinąć skrzydła, powieść się kończy. Nie dlatego, że Schulzowi zabrakło weny – autor zmarł i nie skończył książki. Na pewno sami znacie takie przypadki. Pojawia się wtedy pytanie: i jak to czytać?


Książki niedokończone pojawiły się już tutaj jakiś czas temu, ale w nieco innym kontekście: czyli jak to jest z dopisywaniem im ciągów dalszych, ale dzisiaj chciałabym skierować naszą uwagę nie na autorów, ale na nas jako czytelników i na nasz odbiór tychże książek. Bo jednak, co tu dużo mówić, można się zastanawiać, jak do takiego dzieła podchodzić. Czy to jest zamknięta całość, skoro jednak było planowane coś innego? Wiecie, to czasami są nawet nie tyle – jak w przypadku „Kamienia...” – powieści, które po prostu się w pewnym momencie kończą (i to nawet dałoby się znaleźć w nich jakąś kodę na finał), ale na przykład powieści zredagowane przez kogoś, a przez samego autora pozostawione w notatkach czy jeszcze niekiedy w fazie „tu coś dopiszę, a tam będzie coś innego” (ostatnie tomy Prousta z tymi wykropkowanymi miejscami, „Ameryka” Kafki). I co wtedy? 
 
 
 
 A żeby wpis nieco ubarwić: zaczytani ludzie pozujący malarzom.
"Czytający mężczyzna" Johna S. Sargenta. Źródło.



Taka niedokończona książka może zatem nie tyle stanowić pewną zamkniętą (mniej lub bardziej) całość, ale być świadectwem tego, jak przebiegał proces twórczy autora. To, że widać w niej szwy, zagniecenia i niedoprasowane fragmenty – że tak sobie pozwolę na nieco pralniczą metaforę – to nawet dobrze, bo znając inne dzieła autora albo przynajmniej orientując się, jaki był zamiar, możemy zobaczyć, co zrobił, a co wyszło. Gdzie zmienił najwidoczniej koncepcję, czemu jakaś postać wypada w środku a dany wątek nie zdążył znaleźć rozwiązania. Oczywiście to wcale nie znaczy, że zaraz musimy te książki w ten sposób czytać. Bynajmniej – dalej możemy po prostu śledzić losy bohaterów (z czekającym nas zwykle w finale rozczarowaniem, że jednak, kurczę, nie wiadomo, co by to było). Ale wydaje mi się, że w przypadku książek niedokończonych ta pokusa zaglądania autorowi za poszewkę jest dość duża.

Innym pytaniem, jakie można by sobie zadać, jest: ale czy w ogóle powinniśmy czytać takie książki? A może autor by sobie nie życzył? Czasami oczywiście trudno stwierdzić, bo mógł nie wydać żadnych dyspozycji co do takiej pracy, a czasami sobie nie życzył, ale może za mało wyraźnie. A czasami po prostu wchodzi w końcu do domeny publicznej i nie ma zmiłuj. Oczywiście mówienie o intencjach autorskich zawsze jest rzeczą trudną (a czasami karykaturalnie trącącą o „a co autor miał na myśli?”), a w przypadku takich książek dawać to może szczególnie we znaki. Bo czytać czy nie czytać? Jak nie skończona? Z drugiej strony – przecież wydana, ktoś nad tym spędził zapewne niejedną bezsenną noc, zastanawiając się, czy wydać, a jeśli wydać, to jak wydać, żeby nie wypuścić na rynek po prostu notatek autora. Można oczywiście w tym momencie zakrzyknąć „ci pazerni wydawcy!” i splunąć komuś na buty (nie polecam), ale wiecie – z literaturą to jest jednak tak, że pisarz pisze, wydawca wydaje, ale odbiorcy, no cóż, sami decydują kiedy i co czytają. Więc w tym wypadku, jak w wielu innych, decyzja może należeć wyłącznie do nas. 
 
 
 
 Oraz dla równowagi "Kobieta czytająca w lesie" Gyuli Benczúra. Źródło.



Poza tym, wyobraźcie sobie, że oto wychodzi ostatnia, niedokończona powieść Waszego absolutnie ukochanego autora. Nie sięgnięcie? No właśnie. Tutaj oczywiście może pojawić się inna myśl: że przecież są książki niedokończone niedawno (w stosunku do swojego wydania) i że są wyciągane nieustannie z szuflady pisarskiej niedokończone książki dawno, dawno temu, które z takich czy innych przyczyn zdecydowano wydać się w sto i pięćdziesiąt lat po śmierci autora (przesada celowa). Czy jednak nie jest trochę tak, że my, jako czytelnicy, na ten proces jakoś wpływamy? Bo przecież można wyjść z założenia, że „chcę zapamiętać autora z jego najlepszych powieści, a nie z takich szufladników”, tylko że to chyba nie do końca tak działa. Kiedy się kogoś czyta, to się go – no cóż – czyta. Czasami pokusa jest silna – i nie ma tu miejsca żadne rozważanie, że a jak się tak książka właściwie mieści w intencjach autorskich.

Czy to źle? Nie, nie chciałabym, żebyście odnieśli wrażenie, że to jest post oceniający. Raczej, jak to zwykle tutaj, rozważający jakiś problem. A Wy co sądzicie? Może macie wśród swoich ukochanych powieści takie właśnie niedokończone, jak ten „Kamień i cierpienie” chociażby?

Namyśliłam się też wreszcie, jak będzie z postami w okresie (około)świątecznym. No więc: będzie taki nieco dłuższy weekend, czyli nie będzie wpisu w piątek i w poniedziałek. A potem wracamy do stałego rytmu.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Bardzo podobała mi się "Tajemnica Edwina Drooda" Dickensa. Wielka szkoda, że już nie dowiemy się, o co chodzi z tą nową postacią, która pojawia się pod koniec. W ogóle intryguje mnie, jak autor chciał rozegrać całą akcję. Coś wiadomo, ale to za mało...
    O, i jeszcze "Niedokończone opowieści" Charlotte Bronte, fragmenty jej czterech nieukończonych powieści (?) Wszystkie mnie zaciekawiły ^^ Choć ponoć jedna została teraz dokończona przez polską autorkę.
    I jeszcze Austen, i jej "Watsonowie". I "Sanditon", choć ten akurat został bardzo fajnie dokończony przez Mary Dobbs.
    Ha, jeszcze Tolkien często wydaje coś nowego XD
    Tak sobie myślę, że lepiej takie niedokończone coś niż nic... Zawsze to okazja, żeby jeszcze trochę poobcować z lubianym pisarzem ^^

    Karmena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, to trochę takie przedłużenie spotykania się z pisarzem w nowych książkach, które niekoniecznie są nowe, a czasami nawet nie mają takiej formy, do jakiej przywykliśmy :). Chyba najmniej boli, kiedy powieść jest już niemal ukończona, a nie jest na samiutkim początku -- ewentualnie jeśli jest starannie zredagowana przez potomnych :).

      Usuń
  2. A ja jednak wolę niedokończone od tych dokończonych przez kogoś innego... (kolejny pomysł na wpis, no chyba że już taki był ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to zależy od dokańczacza ;). Był taki ogólny, a na szczególny pomysł zacny, zanotowałam :D!

      Usuń
  3. Czytałam raz "Kota Mruczysława poglądy na życie" E. T. A. Hoffmanna. Wciągnęłam się w historię i pod koniec lektury zaczęłam się niepokoić. Zostało już niewiele stron, a akcja się nie kończyła, a dopiero zmierzała do pełnego rozwinięcia. Wraz z ostatnia stroną urwała się historia, więc gorączkowo zaczęłam poszukiwać drugiego tomu powieści. Jak wielkie było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że Hofmann nie zdążył dokończyć swojego dzieła przed śmiercią! Może gdybym wiedziała o tym od początku, to moje nastawienie do książki byłoby całkiem inne, a tak bardzo zdenerwowała mnie ta sytuacja. Mimo to , Kota Mruczysława wspominam miło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, to jest taka sytuacja, jaka zawsze ścina mi krew w żyłach: koniec książki na wyciągnięcie ręki, a stron podejrzanie mało. Czasami oznacza to, że książka jest niedokończona -- a kiedy indziej, że mamy jednak do czynienia z zakamuflowanym pierwszym tomem (jęk rozpaczy) albo autor/ka skończył książkę "po łebkach" (jęk rozpaczy x 2). Ale dobrze, że Kot Mruczysław zapisał Ci się dobrze w pamięci -- muszę zapamiętać, żeby zerknąć, bo bardzo kuszący tytuł :).

      Usuń