Co zrobić, kiedy chce się czytać, ale się nie czyta albo ratunku, pomocy!



Otóż w domu mym z rzadka rozlega się błagalny okrzyk „Domowniiiikuuu!”, po którym następuje natrętne nagabywanie przez niżej podpisaną nieszczęsnego Domownika w rodzaju „mam taki a taki pomysł, ale dla odmiany chciałabym napisać o czymś innym – pomysły?”. Zdarza się jednak sytuacja odwrotna, kiedy to Domownik przychodzi i mówi: Pyzo, a może napisałabyś...? I to jest właśnie taka sytuacja.


Postanowiłam zastanowić się dzisiaj nad pomysłem podsuniętym przez Domownika, czyli: jak to jest, że czasami naprawdę chcielibyśmy poczytać, ale nie czytamy? Oczywiście to jest jakiś rodzaj kryzysu czytelniczego – tematu, którym, jak wiecie, z lubością się zajmuję – ale też nie do końca. Z kryzysu ma to, że się nie czyta, nie do końca z kryzysu – to że się czytać chce. Także pozostaje pytanie: skąd się takie tałatajstwo bierze i czemu się do nas przyczepiło?

Najprostsza odpowiedź jest oczywiście taka, że coś jest nie tak albo z nami, albo z naszymi wyborami czytelniczymi. „Nie tak” nie oznacza, że jest źle – po prostu coś tu nie działa w tym balansie powodującym, że sięgamy po książkę chętniej niż po coś innego. Najprostszym powodem, który może nas odseparować od lektury jest oczywiście brak czasu. Obowiązki w pracy, rodzinie czy w danej sytuacji sprawiają, że choćbyśmy się palili do czytania – no nie sposób, po prostu nie sposób tego pożaru ugasić. Jasne, można zakrzyknąć, że dla chcącego nic trudnego, bo przecież ta chwila zawsze się znajdzie. Tylko że musimy tu wziąć pod uwagę inną rzecz: czy będziemy mieli siłę i ochotę tę chwilę wykorzystać?



Czasami czytamy powoli jedną książkę...



Jestem zdania, że oczywiście, zawsze da się znaleźć ten moment na przeczytanie kilku stron: w autobusie, przed snem, w łazience, w kolejce w sklepie. Tylko zdaję też sobie sprawę, że czasami jest po prostu tak, że jak już stoimy w tej kolejce albo gdzieś jedziemy, nie jesteśmy w stanie wyjąć książki z plecaka albo składać literek, bo zasypiamy albo nasze myśli błądzą tam, gdzie udają się myśli, żeby trochę odpocząć. I palimy się do lektury, i jednocześnie nie jesteśmy w stanie jej uskutecznić. Znacie ten stan? Czasami zdarza mi się, w jakimś szczególnie intensywnym okresie, siedzieć z książką i chociaż bardzo mnie ciekawi, co też dzieje się z bohaterami, zwyczajnie zachowuję się, jakbym straciła umiejętność czytania – zmęczenie bądź stres powoduje, że po prostu nie daję rady.

Inna sprawa, kiedy jesteśmy wypoczęci i roześmiani, a problem nadal nas dotyczy. Można się wtedy zastanowić, czy aby określenie „nie tak” nie odnosi się aby do książki, którą czytamy. Jeśli poszukiwaliście kiedyś w sieci rad, co robić, by czytać lepiej/szybciej/więcej/w ogóle (co jest tematem jednak dość popularnym), na pewno natknęliście się tam na radę „jeśli książka cię nudzi, rzuć ją!”. Wydaje mi się jednak, że to dość pochopne stwierdzenie: w tym sensie, że z książkami bywa różnie – wcale nie jest tak łatwo zrównać „tę książka czyta mi się trudno” i „to nie jest książka dla mnie, blokuje mnie”. Oczywiście to jest taka „prawdziwa prawda”: wiadomo nie od dzisiaj, że książka „dobra” bądź „zła” nie zawsze idzie w parze z przymiotnikami „wciągająca”, „ciekawa”, „taka, że gryzłam paznokcie ze zdenerwowania”.
 
 
 
 ...a kiedy indziej obkładamy się tuzinami napoczętych, ale nie skończonych lektur.
 
 

Stąd wydaje mi się, że lepiej chyba – jeśli nie mamy do czynienia z książką, która w jasny sposób nas od siebie odpycha – spowolnić tempo czytania, spokojnie sobie czytać póki się książka nie skończy, zamiast porzucać. Nie jest to żadna uniwersalna rada – chociaż jak może zauważyliście czytam w tym roku dość powoli, także dlatego, że wybieram książki nie zawsze wciągające właśnie, ale takie, które mimo wszystko uważam za interesujące do przeczytania – chociaż niewątpliwie to czytanie miejscami może iść jak po grudzie. Jest w tym jednak coś takiego, co sprawia, że chociaż z dłuższymi przerwami, ale jednak się to czyta (nawet jeśli finalnie taka książka może jednak rozczarowywać).

Nie wiem, czy wiecie, o co mi chodzi: o takie poczucie, że co prawda nie zarwę nocy nad tą książką, ale jakieś ciekawe obserwacje poczynię – czy to dlatego, że książka jest w kulturze osadzona dość mocno i daje szerszy kontekst do spojrzenia na epokę, czy dlatego, że choć o samą fabułę dbam mało, to podoba mi się sposób napisania (albo odwrotnie). I jasne, dobrze jest robić sobie przerwy na coś, co się przeczyta szybko (satysfakcja ze skończenia książki jest spora, nie łudźmy się), ale to, że w samym procesie czytania jest się szybkim czy wolnym nie ma tak wielkiego – zazwyczaj – znaczenia. Co nie oznacza, że nie jest przyjemnie siedzieć i myśleć sobie, że przeczytało się tyle a tyle książek – można jednak tak nie myśleć i nadal mieć satysfakcję. Wiąże się to, z często zupełnie nieświadomymi, powodami, dla których w ogóle czytamy (bo – nawet jeśli na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy – jakieś powody jednak gdzieś tam, z tyłu głowy, zazwyczaj mamy).

A Wy jak się na to zapatrujecie?

Weź dokładkę!

15 komentarze

  1. Temat bardzo na czasie u mnie ostatnio. Przysypianie, zmęczenie i brak czasu są groźnymi wrogami sięgania po książkę. U mnie jest tak, że chyba nie zdarza mi się nie chcieć czytać, za to zdarza nie mieć czasu, sił, czy natchnienia na daną książkę, więc praktykuję porzucanie książek w trakcie czytania. Problem powinien pojawić się w chwili, gdy mamy czas, mamy siły, jesteśmy wypoczęci i chcemy poczytać, a dopiero wtedy... nie możemy, bo coś "nie gra". Kiedyś mi się tak zdarzało. Myślę, że najlepiej przeczekiwać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Sama wtedy zwykle przeczekuję z książką, to znaczy czytam pomału, jak mam natchnienie, nawet jeśli książka mnie w jakiś sposób męczy czy nie porywa, ale uważam ją jednak za cenną (zdarzają się przecież takie). Nawet jeśli przerwy w czytaniu są dłuższe niż dzień-dwa (i póki nie stracę z oczu, co się w ogóle w powieści dzieje, oczywiście, bądź mnie zupełnie nie znuży ;)).

      Usuń
  2. Oj dobrze znam ten stan, kiedy naprawdę chcesz poczytać, ale usypiasz na stojąco i wpatrujesz się w książkę i nic nie przeżywasz, nic sobie nie wyobrażasz tylko widzisz czarne literki składające się na słowa, słowa w zdania i tak dalej. Strasznie smutny to jest stan :(
    Jedyne rozwiązanie w takim przypadku to po prostu się wyspać i na drugi dzień wszystko działa :)

    Nie porzucam książek. Jeśli jakaś sprawia mi problemy, może trochę nudzi, albo wymaga absolutnego skupienia podczas czytania (czyli odpada czytanie w komunikacji miejskiej, czy ogólnie w miejscach, gdzie coś innego mnie rozprasza) to zaczynam kolejną książkę. I wtedy jakoś one mi się przeplatają i czytam wolniej, ale czytam. Staram się czytać maksymalnie 3 książki jednocześnie (tzn. nie w tym samym momencie :P), ale ostatnio mi to nie wychodzi i jest ich stanowczo za dużo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzej, jak czasami trwa on dłużej (na przykład kiedy możliwości wyspania się są ograniczone), ale na szczęście zwykle mija. Przy czym, no właśnie, chodziło mi też o to, że nie warto w takiej sytuacji czuć się winnym albo uważać się za czytelnika mniej wytrwałego. Takie rzeczy się po prostu zdarzają i już :).

      Hm, mnie się zdarza porzucać (choć nie za często, na szczęście mam jakiegoś nosa do nieporzucalnych książek ;)), natomiast czasami jest taka pokusa "a co się będę męczyć", ale zaraz za nią stoi twardo argument "no, ale sama widzisz, że warto, po prostu czytaj wolniej" ;).

      Usuń
    2. Przeczytałam to "nie porzucam książek" i chyba muszę się wtrącić :) Zawsze byłam zdania, że jeśli jakaś książka nas męczy, drażni, oczy utykają na akapitach bezmyślnie (albo w zadziwieniu lub zniesmaczeniu), to nie ma sensu dalej książki męczyć, np. z absurdalnego powodu "bo już się ją zaczęło" lub bo to jakiś bestseller. Do nas może nie przemawiać. Zostawmy to, jest TYLE fajnych tytułów, szkoda życia :) Oczywiście, jeśli książkę postanowiliśmy przeczytać, bo to jakiś klasyk, mistrzostwo etc., no i naprawdę MUSIMY być w zgodzie z własnym sumieniem i ją doczytać, to czemu nie poczekać na lepszy czas? Ja często wracam po latach do książek, które kiedyś odłożyłam i nagle okazuje się, że czytają się świetnie :)

      Usuń
    3. Luka Rhei oczywiście w jakiś skrajnych przypadkach zdarzyło mi się książkę porzucić, kiedy była wyjątkowo zła. Fifty Shades of Grey na przykład, albo jakąś obrzydliwą fantastykę, której tytułu nie pamiętam, a główna bohaterka miała zwyczaj walczyć nago :D
      Jednak ogólnie książek nie porzucam, bo mnie potem straszliwie męczą i tkwi mi w mózgu myśl "a może zakończenie jest warte przeczytania? a może następny rozdział sprawi, że wreszcie polubię bohaterów? a może? a może? a może?".
      To już jest chyba jakieś zaburzenie, ale tak po prostu mam i tyle ;)

      Usuń
    4. Żadne zaburzenie, Judith :) Może to też taka silna wola, a u mnie to słomiany zapał ;) W sumie to podziwiam zaparcia i przekonania do doczytywania.

      Usuń
  3. Tak sobie czytam te Twoje pyzaste rozmyślania i pierwsze co mi przyszło na myśl, to, że przecież książka to nie folia bąbelkowa, która zawsze ma dawać poczucie zwycięstwa, zwłaszcza jeśli szybko i dużo "wypstrykamy". Myślę, że od czytania często odciąga presja, że ktoś czeka na naszą opinię, jak notka/wpis/recenzja/książkopitołki nie pojawią się dziś, to po prostu świat albo chociażby blogosfera się zawali. A przecież czytanie książek to powinna być przyjemność, więc skoro zmęczenie zwala z nóg, humor nie poprawia się po kilku stronach, to się zażywa czytelniczy stoperan i kolejne podejście czyni w dogodniejszym momencie (ale czyni, a nie rzuca książką w kurz, no chyba, że totalnie wpadniemy na czytelniczą ścianę...).
    Szkoda życia na spinanie pośladów tak, gdzie wskazane jest ich rozluźnianie. ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze: ksiązkopitołki <3. Po drugie: jasne, ale tu nawet nie chodzi o to, że ktoś czeka, co mamy do powiedzenia o książce (czy ze względu na to, że o niej piszemy, czy że jest na nią kolejka w bibliotece, czy że musimy się z niej wyspowiadać na egzaminie) -- ale po prostu, taki wewnętrzny zegar mówiący, że kurczę, coś długo nam schodzi z tą książką. Może to dlatego, że mamy takie dwa konkurujące wszędzie wzory: "długo i z namysłem" albo "szybko i sprawnie". A można pośrodku, w dowolnej kombinacji, podczytywać ;).

      Usuń
  4. Najpierw zostajemy na overtajmie, potem wpadamy do domu, cos trzeba jeszcze ogarnac, zdjac z suszarki albo ugotowac, a potem to juz tylko prysznic i spac, a ta napoczeta ksiazka tylko smutno wzdycha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Czasami wzdycha tak czas dłuższy, ale zazwyczaj jakoś doczekuje ;).

      Usuń
  5. miewam i ja takie chwile, że zawieszam się czytelniczo, ale nauczyłam się na nimi nie przejmować, bo one mijają, jak wszystko w życiu ;) kiedy niechęć do książek wynika zmęczenia tematyką (bo często czytam ciągami książki podobne do siebie), to wtedy zmieniam lekturę na inną, a do przerwanej pewnie kiedyś tam wrócę. czasami wynika ze zmęczenia fizycznego, to wtedy chodzę o dziewiątej spać (mogę, bo dzieci nie płaczą w domu, a i ma mi ktoś co ugotować, jakby co). a czasami po prostu ze zmęczenia czytelniczego, więc wtedy nadrabiam zaległości serialowe ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, ano, ta naprzemienność to rzecz dobra -- choć i mnie się zdarza wpadać w takie czytanie cięgiem i wtedy czasami myślę sobie, że może jednak przerwa, a z drugiej strony jakoś siedzę w temacie i co najwyżej wolno sobie podczytuję ;).

      Usuń
  6. Ja najczęściej mam właśnie takie chwile, że bardzo chcę czytać, ale nie mogę, bo to bo tamto bo siamto. Bo trzeba posprzątać, zrobić zakupy, zrobić pranie, zrobić obiad, zająć się zwierzakiem, zrobić notatki na zajęcia, zapakować śniadanie do pracy, wziąć kąpiel, odpocząć chwilę i w miarę wcześnie się położyć, bo przecież o szóstej trzeba wstać. I tak potrafi mi zlecieć cały dzień (czyli odkąd wrócę z pracy, a wracam około 18), nie wspominając jeszcze o tych zakupach, gdzie chleb najlepszy kupię w sklepie przy innym przystanku, zoologiczny, w którym muszę się zaopatrzyć w jedzenie dla królika przy jeszcze innym, przy domu do jednego z marketu z szynkami, które jadam ja lub moja współlokatorka, drugi market na inne zakupy, w tym sok, który kupię tylko w tym jednym, wrócić do domu, zajrzeć do skrzynki, gdzie będzie awizo, wtedy trzeba wrócić się na inny przystanek na pocztę, gdzie kolejka prowadzi aż do ulicy. Na szczęście w tej kolejce można chwilę poczytać, jeśli wiatr nie jest tak mocny, żeby rozwiewać kartki. No i tak oto nie czyta się prawie wcale, tak wygląda to u mnie. Pomijając już dni, kiedy trzeba pojechać do lekarza, do dentysty, coś załatwić, komuś coś załatwić, zostać nadgodziny itd.



    www.zksiazkadolozka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie, przyznaję, kiedy trzeba gdzieś pojechać czyta się nieźle -- w autobusie znacząco rośnie mi poziom czytelnictwa ;) -- ale oczywiście rozumiem. Czasami tak ten mityczny "czas wolny" schodzi na rzeczy wcale nie wolne, ale konieczne :).

      Usuń