Czeski przekład wiedźmina albo Jaskier, to ty?



Ha, myśleliście już pewnie, że zapomniałam? Nie, nie, jeśli obiecałam, to pamiętam: a zatem notka o czeskich tłumaczeniach wiedźmina!

No dobrze, to kilka uwag wstępnych: zajęłam się tym, jak poprzekładano nazwy własne (ponieważ to wydało mi się najbardziej kuszące, a sami zobaczycie, że jest się nad czym zastanawiać) i skorzystałam z pierwszego tomu opowiadań o wiedźminie, w wydaniu z 1999 roku. Ukazało się ono pod tytułemZaklínač I. Poslední přání”, a autorami tłumaczenia są Stanislav Komárek i Jiří Pilch. Tekst zawiera też moje domysły, skąd się wzięła jaka nazwa, bo bez tego czasem trudno mi było odgadnąć intencje tłumaczy – jeśli macie gdzieś ciekawsze pomysły, oczywiście dawajcie znać!

Dobrze, formalności mamy za sobą, teraz krótkie wprowadzenie: to jest strasznie zły przekład. Byłam zaskoczona tym, jak bardzo jest zły, bo z jednej strony oczywiście to jest tekst trudny do przełożenia, napisany w specyficzny sposób, z wykorzystaniem dość eklektycznego słownictwa. Ale żeby tłumacze opuszczali swobodnie to, czego nie mają pomysłu jak można przetłumaczyć? Serio, wycięte dowcipy lecą w tuziny, a że czasami zupełnie brakowało części zdania – to już dla tego wydania tłumaczenia norma. Aż dziw, że po takim przekładzie wiedźmin zdobył za Olzą popularność. Swoją drogą, jeśli się nie mylę, przekład czeski był pierwszym przekładem wiedźmina na język obcy.

Skupiłam się na trzech opowiadaniach: „Wiedźmin”, „Ziarno prawdy” i „Koniec świata”. W każdym jest coś, co sprawiało tłumaczom problem: pierwsze opowiadanie to rodzaj wprowadzenia do świata wiedźmina – wiadomo, pierwsze opowiadanie, poznajemy samego wiedźmina (którego profesja to przecież nic innego, jak – językowo patrząc – neologizm) i to, z czym walczy. Drugie to retelling baśni, też rzecz dla tej twórczości charakterystyczna. No i trzecie, które wybrałam ze względu na moje ulubione „i nietopyrze, nietopyrze tu są!”, ale i dlatego, że bohaterowie trafiając do Doliny Kwiatów mają okazję „zarażać się” nietypową gwarą mieszkańców. Fajne wyzwanie dla tłumacza, pomyślałam sobie.


 Przyznaję, że szukając ilustracji do tego wpisu trafiłam w dziwne miejsca, więc ostatecznie zdecydowałam, że pooglądamy sobie śpiące zwierzęta. Zdj. Rama, źródło.

 

Oczywiście to nie jest tak, że za każdą nazwą własną skrywa się tutaj jakieś szalone tło historyczno-kulturowe, które trzeba przekładać i szukać odpowiedników (a może się i skrywa, a ani tłumacze, ani ja tego nie dostrzegliśmy), więc część nazw pozostaje po prostu bez zmian. Wyzima to Wyzima, Foltest to Foltest, Redania to Redanie. W tym ostatnim przypadku widać, że tłumacze po prostu dostosowali zapis do czeskiej normy językowej (na takiej zasadzie, jak po polsku mamy „Francja”, a po czesku „Francie”). Co nie znaczy, że nawet tutaj nie trafiły się babole, które jednak wynikają chyba w największej mierze z niestaranności tego przekładu: tak więc „Nazair” został „Nazirem”, „Dalka” – „Dalhą”, a „Assengard” – „Assengerdem”. Trochę trudno stwierdzić, czy to literówka czy podjęta z jakiejś przyczyny decyzja, bo te nazwy pojawiają się, po prostu, tylko raz.

Są oczywiście nazwy złożone, które tłumacze przekładają (gospoda Pod Lisem zostaje więc nazwana „U lišky”, a Brama Powroźnicza przełożona jako Provaznická brana). Gorzej jest jednak z nazwami własnymi, które już coś znaczą, a tłumacze tego znaczenia nie rozpoznali. Największym moim zdumieniem było imię klaczy Geralta. Jak wiecie, każdy koń wiedźmina dostawał to samo imię: Płotka. Płotka, pospolita, ale „swojska” ryba, strasznie często spotykana w czasie wędkowania. Tłumacze jednak z jakiegoś powodu nie zauważają „ł” i przekładają imię konia jako „Klepna” („plotkarka”). Uważałabym, że może to próba nadania ładniejszego brzmienia („Plotice” nie brzmi jakoś szaleńczo wspaniale), gdyby nie to, że aż kłuje w oczy to skojarzenie „płotki” z „plotką”. No i nie wiem, czy dałoby się uzasadnić w stosunku Geralta do Płotek. Podobnym błędem jest mechaniczne nieprzekładanie pewnych słów, które wydają się neologizmami, choć nimi nie są albo istnieją w języku czeskim, ale znaczą co innego („Posada” w nazwie miejscowości „Górna Posada” – „posada” po polsku dawniej była nazwą wsi służebnych, w czeszczyźnie to dawniej drewniana klatka dla zwierząt).

Wiecie, nie jest jednak tak, że wszystko wypada tu blado. Jeśli pamiętacie Nivellena z „Ziarna prawdy”, to otrzymuje on od wieśniaków dwa paskudne przezwiska: „Wyrod” i „Kłykacz”. Ach, aż zatarłam ręce, żeby zobaczyć, co też zrobili z tym tłumacze! „Wyrod” to tutaj „Zrůda” (czyli budzi skojarzenia z czymś zwyrodniałym), „Kłykacz” – „Klekták” (od „klektát” – „kłapać”). Nieźle, prawda? A w każdym razie, jak sądzę, nieźle rozpoznano tutaj, o co chodzi. Ale żeby nie było tak różowo chwilę dalej tłumacze wycinają z fabuły kotkę Żarłoczkę, należącą do Nivellena i zostawiają ją bez imienia.


 



Tak jak wspominałam, Sapkowski nawiązuje do przeróżnych tekstów kultury i tłumacze czescy czasami to odkrywają, a czasami nie. Stąd na przykład, kiedy Jaskier śpiewa balladę o Yolopie, chodzi oczywiście o „Jołopa” – jak to przełożyć? Ano, na przykład, Puszkin napisał taki utwór „O popie i jego parobku Jołopie”, który – niespodzianka! – ma swój przekład na czeski: „Pohádka o popovi a jeho dělníku Baldovi”. Czyli że sam „Yolop” nie będzie tu budził żadnych skojarzeń, wyda się neutralną nazwą własną, którą przecież nie jest. Samo słowo „Balda” oznacza takiego nieokrzesanego, niewykształconego chłopa – można się spierać, czy oddaje to, o co chodziło w „Yolopie”, niemniej: byłaby to jakaś próba. Innym przykładem tego typu jest nazwisko „Naradkowa” (to ta babuleńka, którą razem z nietyprzami mieszkańcy w „Dolinie Kwiatów” wskazują jako kłopot). Czescy tłumacze, a jakże, po prostu zczeszczają jej nazwisko: Naradková. Postanowiłam jednak sprawdzić, jak to z nią jest, bo samo „naradkowa” jako nazwa pospolita czy przymiotnik nie kojarzyło mi się z niczym. No i znalazłam skalnicę naradkową, roślinę, która po czesku nazywa się lomikámen pochybkový, babuleńka mogłaby się zatem nazywać Pochybko– wygląda nieco bardziej po czesku, a przecież o pewną naturalność nazw wiejskich tu chodzi.

No dobrze, ale ja tu Wam o starej Naradkowej i kocie, których pewnie nie pamiętacie specjalnie dobrze, bo to nie jakieś bohaterskie tuzy w opowiadaniach, a przecież nie powiedziałam jeszcze nic o najważniejszych sprawach. Już wracam z tych krętych ścieżek. Najpierw może o samym wiedźminie. Tu się Wam przyznam: lubię ten pomysł z przełożeniem go przez słowo „zaklínač”. Można się tu spierać, że żaden to neologizm i że nie odwołuje się do wiedźmowatości jakoś bezpośrednio, za to bardziej wywołuje skojarzenia z wiejskimi znachorkami. Trochę tak, ale niekoniecznie: ma swoje konotacje magiczne, a do tego może też oznaczać kogoś, kto poskramia nieprzyjazne ludziom stwory (zaklinanie węży), a to całkiem ładnie się w profesję Geralta wpisuje. Dobrze, to mamy za sobą, więc teraz dla kontrastu moje największe zdziwienie w całym tym tekście: Jaskier został Marigoldem. Chwila ciszy, jaka mi towarzyszyła przy odkryciu tego, była dość długa (ale było to dawno temu, zważcie na to).

I teraz: czemu? Najpierw starałam się odkryć, skąd się wziął Jaskier. Czy od tego, że kwiat-jaskier rośnie na podmokłym terenie, a bohater-Jaskier często porusza się po grząskim gruncie (metaforycznie)? Czy dlatego, że kwiat-jaskier jest mało wymagający, jeśli chodzi o to, gdzie i jak rośnie, a bohater-Jaskier nie jest też specjalnie wybredny, jeśli chodzi o upodobania? No cóż, chyba to imię wszystkim sprawia problemy, więc trzeba jakoś dopasować tu kwiat do postaci (po angielsku Jaskier jest przecież Dmuchawcem – bo, hm, rozsiewa się wszędzie dookoła i trudno się od niego odczepić?). Tylko że „Marigold”, choć jest kwiatem, to jest tym kwiatem... po angielsku. „Aksamitka”, którą oznacza, po czesku jest „aksamitníkem”, i tyle. Tylko że co nam daje zastąpienie w tłumaczeniu swojsko brzmiącego „Jaskra” nie słowem czeskim, a angielskim? Widzicie, być może ja tu czegoś nie dostrzegam, i gdzieś w zakamarkach czeszczyzny, mi nieznanych, ten marigold drzemie. Ale nawet jeśli, to co wtedy zrobić z Triss Merigold, którą tłumacze – wcześniej oddawszy jej nazwisko Jaskrowi – przekładają jako „Ranuncul”, czyli – zgadliście – „jaskier” po łacinie. Triss jest „aksamitką”, bo ma burzę rudych loków, kwiat aksamitka może przywoływać takie skojarzenia, jest też uznawany za kwiat niepozorny, w dodatku specyficznie pachnący – Triss też nie doceniano, do czasu. Jak to się ma do Jaskra? Nijak. Po prostu się tłumacze pomylili i to pomylili w dziwaczny sposób.


 



Ach, ale żeby to raz! No, tak widowiskowo już może się nie mylili, ale zobaczcie sami: Vizimir z Novigradu został Vizimirem z Redanie (tak, Novigrad jest w Redanii, ale czy aby to „z Novigradu” nie miało podkreślać roli miasta, a poza tym wprowadzać nas w świat – podczas gdy tłumacze czescy stwierdzili, że jak władca, to musi od razu paradować z nazwą kraju? Co jest tym bardziej specyficzne, że w czeskiej historii bardzo prominentną postacią jest król Jerzy z Podiebradów, czyli miasta niedaleko Pragi; z Podiebradów, kurczę, więc w czym problem?). Z kolei Królowa Pól została przełożona jako Královna polí a luk. W sensie wiecie: tośmy opuścili, tamto nam się poplątało, to teraz wam to wynagrodzimy rozszerzając nazwę postaci. Hm.

To jest, jak widzicie (a będę kończyć, licząc, że ktoś tu jeszcze doczytał), paradoksalna i dziwaczna sprawa: przekład na inny język słowiański, gdzie można się podoszukiwać podobnych znaczeń albo brzmieć, wypada blado. Czy są jakieś tłumaczenia poprawione? Przyznaję: nie wiem. Ale liczę, że tak. Część jednak z tych rozwiązań po prostu weszła do użycia: stąd w grze spotkacie i barda Marigolda, i czarodziejkę Triss Ranuncul. Zadziałała tu chyba zasada, która jest zwodnicza w obie strony: ach, jakie to podobne języki, nie ma co się zastanawiać – tłumaczymy! Oczywiście można argumentować, że nie znali całości i stąd problemy. Może. Ale wiecie, rażącym przykładem takiego „niechciejstwa” jest dla mnie ta, wspomniana na początku wpisu, gwara mieszkańców Doliny Kwiatów. A czescy tłumacze, oczywiście, pozostawili ją w tekście tak, że wspomniani mieszkańcy mówią sobie po prostu literacką czeszczyzną (a wiecie, to nie jest rzecz trudna do przełożenia, bo mamy potoczny język czeski, z własnym zapisem). Także cóż: szkoda, ale tak to właśnie wygląda.

Ale żeby zakończyć trochę w temacie przekładowym, ale bardziej optymistycznie: wiecie, że w tegorocznym rozdaniu nagród literackich Magnesia Litera (jedna z najważniejszych nagród literackich w Czechach) nagroda za przekład trafiła do Ivety Mikošovej za „Piaskową Górę” Joanny Bator? No a na tłumaczenie wiedźmina spuśćmy po prostu zasłonę milczenia.

Weź dokładkę!

26 komentarze

  1. O kurczę... Zaskoczyłaś mnie tą notką o tłumaczeniu Wiedźmina. No powiem Ci, że szkoda, że ten przekład jest tak... marny. Całe szczęście my mamy możliwość lektury sagi w oryginale, jakim go Sapkowski napisał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to chyba dobrze, że jeszcze zaskakuję ;)? A przekład jest niestety słaby, nie doszukałam się informacji o wprowadzonych do niego poprawkach, ale wierzę, że kolejne wydania jednak były nieco chociaż poprawione.

      Usuń
    2. Ależ oczywiście, że dobrze, że zaskakujesz :)
      Osobiście mam nadzieję, że jednak tłumacze się poprawili albo zastąpili ich bardziej profesjonalni koledzy.

      Usuń
    3. Zorientuję się przy najbliższej okazji -- ale jednak co już weszło w użycie (Marigold), to weszło.

      Usuń
  2. Kiedyś próbowałem pograć w „Wiedźmina 1” po rosyjsku. Nawet dość daleko zaszedłem. Zdziwiłem się bardzo, miałem podobny syndrom co przy czytaniu „Mistrza i Małgorzaty” w oryginale, czyli w przypadku M&M włączał mi się jakoś automatycznie w mózgu przekład Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego, w przypadku Ведьмакa sam Sapkowski.
    Przestałem zwracać uwagę na nazwy własne w miarę szybko bo nasi wschodni słowiańscy bracia podeszli do sprawy zupełnie inaczej. No sam Ведьмак wszedł do slangu polskich graczy, a to już coś! Problem miałem z naszym przyjacielem Jaskrem i to był chyba jeden z nielicznych przypadków kiedy zajrzałem do słownika :-) Tu pozwolę sobie zrobić wrzutkę z wikipedii „Лютик (польск. Jaskier), он же Юлиан Альфред Панкрац, виконт де Леттенхоф (Julian Alfred Pankratz, wicehrabia de Lettenhove) — странствующий бард.” Sprawdziłem co to ten Лютик i chapeau bas to taki kwiatek, po łacinie ranunculus ;-) Czyli Jaskier jest Jaskrem, a Triss jest Трисс Меригольд!
    Angielski przekład Jaskra zmilczę, słyszałem co prawda opinię, że Anglosasi wzięli za bardzo do serca jego niektóre przymioty charakteru, stąd ten dmuchawiec, ale…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiedźmak się jakoś i u nas przyjął (najpierw w ogóle zetknęłam się z nim w polszczyźnie i potem byłam zaskoczona, że to oficjalny przekład na rosyjski -- ot, jakimi krętymi ścieżkami chodzi poznanie ;)). No właśnie, Jaskier w ogóle chyba nie ma specjalnie szczęścia do pozostawania Jaskrem poza tym rosyjskim tłumaczeniem -- w części przekładów został Jaskrem (w sensie: nie przetłumaczono jego imienia w ogóle), po czesku zaś w ogóle miał pecha. No i mnie jakoś ten Dandilion nie boli, brzmi nieźle -- zresztą podobno dlatego tak go przetłumaczono, że "Buttercup" brzmiało za mało męsko ;).

      Usuń
    2. Bardzo ciekawy wpis! Mam teorię o Jaskrze, być może trochę naciąganą, ale kto ich tam wie, tych tłumaczy. Otóż w anglojęzycznej fantasy dość znana i ważna jest powieść "The Princess Bride" Williama Goldmana (oraz nakręcony na jej podstawie film), której bohaterką jest właśnie Buttercup. Może tłumacze obawiali się skojarzenia z nią, które zwłaszcza dla starszych czytelników byłoby oczywiste, a jednocześnie zupełnie od czapy.

      Usuń
    3. Dziękuję :)! Bardzo mi się podoba Twoja interpretacja (i przekonuje mnie bardziej niż "męskość" bądź "niemęskość" Buttercup. To całkiem prawdopodobne, jednak wybór takiego imienia mógłby prowadzić do niezamierzonych interpretacji w danym kręgu kulturowym.

      Usuń
  3. Cóż, skoro są marne polskie tłumaczenia literatury obcej, to nic dziwnego, że są i czeskie. Szkoda, że na Wiedźmina trafiło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście. Dlatego dla równowagi podałam na końcu nieco bardziej radosną wiadomość o znakomitym przekładzie :).

      Usuń
  4. Świetny wpis! Ja to bym się koniecznie chciała zapytać o te wspomniane różnice pomiędzy czeskim literackim a czeskim potocznym. Możesz to jakoś rozwinąć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)! Jasne, już rozwijam: otóż tak generalnie istnieje norma językowa, rzecz jasna (nazywana spisovná čeština). To literacki język, kształtujący się od XIX wieku -- ciągłość rozwoju czeszczyzny została poważnie zachwiana, kiedy w XVII wieku w wyniku represji warstwy wykształcone w dużej części emigrowały, zginęły lub uległy germanizacji -- i tutaj sprawa jest oczywista: tak mówimy i piszemy tam, gdzie ma być oficjalnie. Ale istnieje też to, co nazywamy obecná čeština, i to nie jest tak do końca język potoczny -- raczej taka druga norma, używana wszędzie tam, gdzie stopień zażyłości jest znaczniejszy. Innymi słowy: profesor na wykładzie będzie posługiwał się spisovną, a po wykładzie obecną češtiną. Nie zależy to zatem od żadnej przynależności klasowej czy wykształcenia, to są po prostu dwa funkcjonujące w obrębie jednego języka kanony. Jeden i drugi ma swoją specyfikę: słownictwo, gramatykę nawet w niektórych przypadkach odmienną. Oraz, jak wspominałam, zapis. Nie jest może tak, że się nie zrozumie obecnej znając spisovną, ale różnice bywają czasami spore. Różnią się niektóre przypadki, inna jest wymowa (na przykład "ý" zmienia się często w "ej"), jest sporo odmiennych słów.

      Usuń
  5. Aż mnie oczy bolą po przeczytaniu tych niedociągnięć :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No fakt, a ja tu do tego przekładu powracam, widzisz ;).

      Usuń
  6. Wow.
    No proszę, jak się to w mój kwietniowy temat wpisuje. Aż się muszę zastanowić co napisać o tym więcej. Bardzo to ciekawe wszystko. Wielki plus.

    A co do Novigradu: czy to nie nazwa wprost-czeska? Może brzmi dla nich jak dla s brzmiałby "Janusz z Nowej Wsi"? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki -- tak jakoś wyszło przy okazji :).

      Co do Novigradu: nie wydaje mi się. W sensie: to jest niewątpliwie nazwa słowiańsko-podobna, a la Nowogród i ten "grad" to oczywiście to samo, co "gród", "hrad" czy "gorod", ale nie jest to nazwa czeska sama przez się, więc -- co jeszcze wzmacnia moim zdaniem ta analogia z Jerzym z Podiebradów -- to nie jest trafna decyzja tłumaczy ;).

      Usuń
  7. O, nareszcie jest nocia.^^

    Szczerze mówiąc, trochę dziwi mnie ta tendencja do szukania drugiego, trzeciego i dziesiątego dna w każdej nazwie własnej. No Jaskier to Jaskier i trochę nie pojmuję, dlaczego nie pozostał sobą w angielskim przekładzie (najpierw myślałam, że jaskrów tam po prostu nie ma, ergo nie mają nazwy potocznej, ale mają). Takoż nie pojmuję w czeskim, choć podejrzewam tłumaczy o to, ze im się kwiatki pozajączkowały i nikt nie zauważył.

    Także ni podzielam Twojego pomysłu na Naradkową.IMO, akurat rośliny należą do tych stworzeń, których nazwa gatunkowa nikomu nic nie mówi i nikogo nie interesuje, więc raczej nikomu z niczym się nie skojarzy. Mnie osobiście to nazwisko zawsze kojarzyło się z... czeskim.;) Zawsze czytałam je z czeskim akcentem.

    A w ogóle to więcej takich notek.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano jest, jest :D.

      Tak, myślę, że w czeskim przekładzie mogły się im poplątać kwiaty, ale z drugiej strony nadal mnie zastanawia, czemu dali mu imię po angielsku? Z angielskim słyszałam, że chodziło o to, że "Buttercup" -- jak wspominam w komentarzu wyżej -- był "za mało męski", stąd ten Dandilion ;).

      Oczywiście masz rację z tym, że to się słabo kojarzy -- natomiast zastanawiam się, czy jednak skoro coś takiego jak "naradkowa" istnieje, to nie była to świadoma pisarska decyzja (choć mogło oczywiście po prostu tak wyjść). Mnie się to zczeszczenie średnio podoba (bo nie brzmi po prostu "z czeska", a tak by brzmieć miało, żeby było "swojsko") -- ale rozumiem, to "-owa" budzi skojarzenia :).

      Hm, musiałabym się zastanowić, z czym bym była kompetentna i o czym bym mogła napisać ;). Może przy Charlotcie Bronte się pokuszę :).

      Usuń
  8. Pewnie, żeśmy doczytali do końca! W końcu uwielbiam i Wiedźmina, i Pyzę, więc jakżeby inaczej :)

    A jakbym już Pyzy nie uwielbiała, to zaczęłabym choćby za tę wstawkę: "po angielsku Jaskier jest przecież Dmuchawcem – bo, hm, rozsiewa się wszędzie dookoła i trudno się od niego odczepić?" :D <3 W punkt!

    Bardzo ciekawa notka i chętnie poczytałabym takich więcej. Będą :)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, miło mi :).

      Muszę, jak napisałam wyżej, zastanowić się, o czym bym w tym stylu mogła napisać ;). Bo choć to kuszące, to jednak najpierw muszę się zastanowić i obczytać, wiadomo :). I wymyślić temat ;).

      Usuń
    2. No pewnie, wszystko trzeba z głową :) Spokojnie zaczekam, zgłaszam tylko, że jest zapotrzebowanie ;)

      Usuń
    3. Nawet mam już pomysł, więc zobaczymy :)!

      Usuń
  9. Wbrew Twoim obiekcjom post tak wciągający, że z uwagą czyta się go do końca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, bardzo mnie to cieszy i nie będę już wątpić :).

      Usuń