Dwa problemy Margaret Hale albo o "Północy i Południu" E. Gaskell



To zaskakujące, jak powieści z podobnego okresu mogą się od siebie różnić. Przeczytawszy „Middlemarch” rzuciłam się na „Północ i Południe”, czekające na mojej półce od dawna, jakoś tak naturalnie. I od razu padłam z wrażenia, bo po leniwym tempie u George Eliot, gdzie właściwie niewiele się działo, akcja u Gaskell pędziła jak szalona od samego początku! Jasne, nie spodziewajcie się strzelanin i porwań, to nie tego typu akcja, ale – co w sumie zauważyłam już przy „Paniach z Cranford” – trup ściele się u Gaskell gęsto, a bohaterowie co rusz muszą podejmować jakieś ważne i trudne decyzje.


Umiarkowane spojlery, nie mówcie, że nie ostrzegałam.

Pozwólcie, że tak naprawdę nie będę pisała o całej książce ani o tym, że to powieść dziejąca się w mieście przemysłowym (Milton, gdzie osadzona jest akcja, to literacki obraz Manchesteru), ani o tym, jak Gaskell prowadzi romans między głównymi bohaterami. Najpierw jednak dwa słowa: o czym to jest? Margaret Hale, córka anglikańskiego księdza i pochodzącej z dobrej rodziny damy, wychowuje się u zamożnej ciotki. Kiedy jej kuzynka wychodzi za mąż, wraca w rodzinne strony po to, by dowiedzieć się, że jej ojciec występuje ze stanu duchownego i zabiera całą rodzinę do przemysłowego Milton. Przyzwyczajona do pięknej przyrody wsi, w której ojciec był proboszczem, Margaret nie może oswoić się z nowym miejscem zamieszkania, nagłą chorobą matki i nowym przyjacielem ojca, zamożnym właścicielem przędzalni, Johnem Thortonem.

No dobrze, wiecie już, o czym to jest, a teraz pozwólcie mi, że skupię się tak naprawdę na dwóch kwestiach, które mnie w „Północy...” zaintrygowały. Po pierwsze, miałam przez cały czas z tyłu głowy takie pytanie „czy to jest wielka literatura?”. Bo niewątpliwie podejmuje palący problem społeczny (strajki, los robotników, stosunki proletariatu z klasą posiadającą), a z drugiej strony niektóre wątki są poprowadzone jakby zbyt prosto, tło się rozmywa, pewne kwestie pojawiają się jakby instant, a nie w ciągłości rozwoju. I mimo że bawiłam się (jeśli można to tak określić) przy powieści świetnie, to jakoś mnie to uwierało. Aż zdałam sobie wreszcie sprawę, że istotności „Północy...” może leżeć nieco gdzie indziej. Nie zrozumcie mnie źle: książka jest dobra mimo pewnych mankamentów, a ja nie mam potrzeby obcowania wyłącznie z panteonem światowej klasyki – to raczej kwestia tego, że pozycja Gaskell w angielskim kanonie była dla mnie (i właściwie nadal trochę jest) pewną zagadką, a zagadki rodzą kolejne zagadki. Co jednak powiecie na to, by czytać „Północ...” jako swego rodzaju prozę terapeutyczną?
 
 
 
 Trochę pójdę na łatwiznę i wpis ilustrują zdjęcia z ekranizacji BBC. Tutaj mogę się Wam przyznać,
że jedyne, co o niej wiedziałam to to, że gra w niej Richard Armitage. Nie wiedziałam jednak,
kogo -- przez pewien czas zatem niemal każdą postać męską w książce zaopatrywałam
w rysy aktora, aż w końcu dotarło do mnie, że to przecież pan Thorton.



Rozjaśnia to niektóre kwestie. Ale dlaczego terapeutyczną, zapytacie? Gaskell przeżyła podobne – choć nie te same – koleje losu, co jej bohaterka. Jej ojciec również z powodu konfliktu sumienia opuścił zajmowane stanowisko w kościele. Pan Hale nie jest co prawda w żadnym razie odbiciem jej prawdziwego ojca, który po wczesnej śmierci matki Elizabeth odsyła córkę do ciotki i żeni się po raz kolejny. Gaskell miała niewielki kontakt z tą jego nową rodziną. Tego Margaret oszczędza: dziewczyna wychowuje się u ciotki, tęskni za rodziną, ale spędza z nią wakacje. Jej kontakt z matką jest jednak nikły – nie umieją się porozumieć, nie ma między nimi wielkiej i głębokiej więzi, a raczej pewien obowiązek wynikający z najbliższego pokrewieństwa. Pani Hale lepiej dogaduje się ze swoją pokojówką Dixon. Podobnie jest z tematem brata – bart pisarki zaginął płynąc do Indii, służył w marynarce. Motyw tego zaginionego brata, który z jakichś powodów nie może powrócić, przewijał się także w „Cranford”, gdzie znalazł nieco bardziej optymistyczny finał. Tutaj autorka daje bohaterom szansę na spotkanie, ale to tylko rozbudza nadzieje, które muszą potem powoli wygasnąć. Frederick, brat Margaret, musi się przeistoczyć w zupełnie inną postać, niż liczyła na to jego siostra. Gaskell pisze, wykorzystując swoje przeżycia i przestawiając je tak, by je analizować, odczarowywać, dawać sobie szansę na to, by zobaczyć „jak być mogło”. Zobaczcie, pierwsza powieść Gaskell, „Mary Barton”, powstaje właśnie z potrzeby odreagowania śmierci pierwszego dziecka – stąd cały mój pomysł na tę pewną „terapeutyczność” „Północy i Południa”.

Gaskell rzadko sięga po dowcip, jest bardzo konkretna, poważna, bardziej interesuje ją taka głęboka wiwisekcja bohaterów. Stara się to robić zarówno w przypadku Margaret, jak i Johna – który jest trochę takim Wokulskim, który lepiej wybrał sobie obiekt uczuć. Do tego dochodzi również świetny portret matki Johna – te trzy postaci najbardziej zajmują narratora, pozostałe nie są aż tak głęboko zarysowane. I z tym wiąże się moja druga uwaga: że podczas całego czytania powieści towarzyszyło mi uczucie żalu – żal mi było bardzo Margaret. Bo tak naprawdę to „Północ...” jest powieścią o zniewoleniu. I nie, nie chodzi mi tu bynajmniej o zniewolenie przez konwenans – czego można by oczekiwać po wiktoriańskiej prozie. Margaret to nie Dorotea Brooke, dotknięta przez niemożność powiedzenia jasno tego, czego chce



O Milton da się powiedzieć głównie to, że jest zadymione.

 

Problemem Margaret jest to, że ona chce działać tak, by wszyscy wokół niej byli szczęśliwi. Matka, której trudno dogodzić z powodu charakteru, a później rozwijającej się szybko choroby. Ojciec, który wymaga od dziewczyny, by była silna i pozytywnie myślała, żeby on sam się nie załamał. Rodzice kochają Margaret, to nie ulega wątpliwości (choć ta relacja z matką jest jednak skomplikowana), ale pętają ją siatką niewidocznych nici, z których dziewczyna nie może się wydostać. Nic dziwnego, że po ich śmierci przeobraża się – najpierw wpada w letarg, który jest rodzajem zmęczenia i wyciszenia, a następnie postanawia zacząć nareszcie sterować sama swoim życiem. Tylko wiecie, czasy nie są specjalnie sprzyjające (tak na marginesie: wiecie, że kobiety uzyskały prawo do swobodnego rozporządzania swoim majątkiem dopiero pod koniec lat 80. XIX wieku i po raz pierwszy właśnie w Anglii?), Margaret otaczają kolejni opiekunowie. Kuzynka liczy, że Margaret da sobie spokój z tym pomysłem i po prostu będzie się ładnie ubierać, a może i wyjdzie za mąż. Dziewczyna oczywiście nie chce (co z jednej strony wynika z tego, że zdaje sobie sprawę ze swoich prawdziwych uczuć do Johna, z drugiej można to czytać jako próbę emancypacyjną).

Zniewolenie Margaret nie wynika jednak do końca z epoki, w której żyje, ale jest w nim coś bardziej uniwersalnego. Oczywiście, po śmierci rodziców dużym problemem jest to, „kto się nią zajmie” (ciotka, jakiś narzeczony, brat marnotrawny i tak dalej), ale przede wszystkim dziewczyna miota się w sieci zależności od innych, takiej emocjonalnej zależności, która wcale nie jest czymś, czego nie damy rady dzisiaj zaobserwować. Zmęczenie Margaret, która musi dorastać do zdania, jakie mają o niej inni i do swojego własnego wyobrażenia o tym, jak powinna zachowywać się przedstawicielka „jej klasy” społecznej – to jest coś szalenie współczesnego. I chyba tym bardziej można bohaterki żałować. I powiem Wam, że choć przypuszczałam, jak to się wszystko skończy, to byłam jednak zaniepokojona, co też to będzie. Także napisane to jest, nie powiem, bardzo wciągająco.

A sama książka niewątpliwie pojawi się tutaj jeszcze przy, tak, tak, świętowaniu dwusetnych urodzin przyjaciółki Gaskell, Charlotty Bronte (po szczegóły zajrzyjcie tutaj). Jeśli więc i na Was „Północ i Południe” czeka na półce, dajcie się skusić! A jeśli już czytaliście – chodźcie pogadać o wrażeniach.

Weź dokładkę!

13 komentarze

  1. Mnie Gaskell znudziła śmiertelnie. Akcja pędząca jak szalona? - chyba żartujesz. Owszem, trup ściele się gęsto - zbyt gęsto, jak na mój gust, wszyscy tu umierają na jakieś tajemnicze choroby, jak to w XIX wieku. Nie dla mnie takie powieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, oczywiście nie chodzi -- jak zaznaczyłam -- o taką "pędzącą akcję", jak się to ma potocznie na myśli. Ale kontrast z Eliot jest uderzający, a i jak na standardy powieści z epoki to naprawdę na każdej stronie coś się dzieje: panowie nie czekają z oświadczynami na koniec powieści, status majątkowy się chwieje, a postaci wymierają na potęgę. Także to oczywiście była ironia, ale u Gaskell naprawdę dużo się dzieje ;).

      Usuń
    2. Mnie również ta powieść wciągnęła, chociaż akurat wątek romansowy uważam za taki sobie. Najbardziej zainteresowały mnie kwestie społeczne, życie robotników z Milton, postać Higginsa i jego rodziny.

      Uważam, że Eliot była zdolniejszą pisarką niż Gaskell, ale Gaskell była jednak mniej pompatyczna, jej bohaterowie mówią raczej jak normalni ludzie, a nie uduchowione osoby dramatu.

      Usuń
    3. Mnie się podobało prowadzenie wątku (nienachalne), natomiast same wybuchy uczuć (i ta taka miłość instant pana Thorntona) mnie jednak zaskoczyły bardziej niż zauroczyły. I oczywiście, kwestie społeczne są tam ciekawe -- ale jednak, miałam miejscami wrażenie, nieco zbyt łopatologicznie jednak tłumaczone (i to głównie w dialogach). Trochę widać, że ta tematyka dopiero nabierała rozpędu.

      Na razie z Eliot miałam do czynienia tylko przy "Middlemarch" i zgodzę się, że bohaterowie Gaskell (i cała jej narracja) jest czytelniejsza i bardziej strawna -- natomiast w odmalowywaniu tła jednak Eliot jest lepsza, przynajmniej z tego jednego przykładu sądząc ;).

      Usuń
  2. Mam w planach w tym miesiącu przeczytać "Północ i południe", a Twoja recenzja niezwykle mnie do tego zachęciła!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to super -- dzięki wydaniu tego w serii Angielski Ogród powieść zrobiła się u nas popularna i bardzo dobrze :).

      Usuń
  3. Jeśli chodzi o Gaskell, to chyba wolałam "Cranford": więcej dystansu do świata, dyskretnego humoru... Chociaż "Północ i Południe" też mi się podobało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle mam wrażenie, że "Carnford" -- poza egzorcyzmowaniem wątku zaginionego brata -- to jest coś zupełnie innego od "Północy...". Gaskell chyba jednak gustowała w tych poważniejszych, terapeutycznych tematach, Cranford to trochę taki inny kierunek niż pozostałe jej książki, jak sądzę.

      Usuń
  4. A czy znacie książkę Gaskell Mary Barton".Była ona dla mnie szokiem.Myślałam,że sięgam po "Cranford",a przeczytałam "Ziemię obiecaną" w stylu Reymonta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak wspominam we wpisie -- "Mary Barton" była dla Gaskell próbą poradzenia sobie ze śmiercią dziecka. I generalnie mam wrażenie, że choć chyba "Cranford" jest jej najpopularniejszą pracą, to była to właśnie taka pisarka społeczna, bardziej poważna i przygnębiająca niż racząca andegotkami ;). Ale zamierzam jeszcze dalej zgłębiać temat, żeby sprawdzić, jak to jest :).

      Usuń
  5. Mary Barton nie znam, acz chętnie poznam. Lubię "Północ...", Margaret i John tworzą fajną parę, a Mary to sympatyczne dziewczę z charakterem. Pozycja kobiety w tamtych czasach dołuje, Mary z matką muszą się przeprowadzić z ojcem, są od niego uzależnione, jest tam chyba scena, że Mary nie może iść na pogrzeb matki, bo kobietom nie wypada -.-

    Najbardziej lubię "Żony i córki" Gaskell, tam też sporo się dzieje. Ciekawa jestem Twojej opinii :)

    Karmena

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem kompletną ignorantką jeśli chodzi o wiktoriańską literaturę angielską. Nie znam w ogóle Gaskell ani sióstr Bronte. We wcześniejszych angielskich wiekach również nie bryluję, gdyż nie znałam chociażby Jane Austen.

    O ile z Austen wybrałyśmy się na miły spacer, zaprzyjaźniłyśmy podczas "Dumy i uprzedzenia" to z Gaskell i z siostrami Bronte nadal mijamy się bez słowa, chociaż na półce mam dwie książki Gaskell, a na czytniku panoszą się trzy siostry. I co gorsze, wrzucam chyba tę angielską literaturę do jednego worka. Bo spodziewałabym się wszędzie dworków, pałaców, dorożek, subtelnego popijania herbatki i gdzie tu miejsce na przemysłowe okoliczności Manchesteru?

    Wydaje mi się, że muszę przede wszystkim dobrze nastawić się do tych lektur. Tymczasem pobędę jeszcze troszkę w pięknych posiadłościach i zanurzę się w "Rozważną i romantyczną" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybyś chciała wziąć udział, to zapraszamy na urodzinowy tydzień z Charlottą Bronte, wymarzona okazja do zapoznania się z jej twórczością :).

      Wiesz, czytam teraz sporo tej literatury, a jednak ciągle mnie ona zaskakuje -- właśnie tą różnorodnością, o której wspominasz. Bo to jest tak, że nawet dworek dworkowi i herbata herbacie nie są równe, jeśli już się pojawiają. A całe skomplikowanie tła społeczno-politycznego to już w ogóle miejscami bywa abrakadabra (cały czas na przykład kiedy mowa o konfliktach wyznaniowych muszę się ratować internetem :)).

      Usuń