Jak oni piszą i śpiewają albo o książkach i musicalach



Słuchajcie, tak dawno mnie nikt nie otagował, że strach! Więc kiedy Tanayah postanowiła szerzyć w blogosferze tag książkowo-musicalowy (oryginalnie wywodzący się z vlogosfery, tutaj macie link do twórcy), strasznie się ucieszyłam: bo i tak fajny, i okazja do posłuchania piosenek z musicali jak znalazł (nie, żebym potrzebowała okazji, ale wiecie). 


Mój stosunek do musicali jest różny: nie wszystkie wielbię, mam straszne braki w klasyce (co zaraz wyjdzie), ale generalnie nie uciekam, jak widzę (ba, mam nawet swoje ulubione, w tym nieobecnego w tagu Józefa i jego płaszcz w technikolorze). Postanowiłam tam, gdzie musical znam, jakoś jednak odnosić się do tego, o czym jest, przy dobieraniu do niego książki. No bo co w końcu, kurczę blade.

1. Rent, czyli książka, która dzieje się w Ameryce

Rent nie widziałam nigdy w żadnej formie. Trochę wstyd, bo podobno jest oparty luźno o La Boheme Pucciniego, a to opera, którą cenię i na której nawet się kiedyś popłakałam (właściwie nie wiem, jaki był powód, bo jestem odporna na akcję sceniczną bardzo).

Dobrałam jednak „na czuja” książkę, która też porusza temat kontrowersyjny, mówi o ludziach wykluczonych i walczących, by przeżyć: „Grona gniewu” Johna Steinbecka. Po pierwsze: to jest książka dziejąca się w Ameryce, a konkretnie w USA, w czasie wielkiego kryzysu – bohaterowie mierzą się z takimi stereotypowi marzeniami o „amerykańskości” w rozumieniu „finansowego powodzenia”. A po drugie: podróżują przez całe Stany. No a więcej o samej książce napisałam tutaj.

2. Wicked, czyli książka z magią w tle

Niespodzianka! Wicked też nie widziałam. Ale że mowa o wiedżmach z krainy Oz i ich perspektywie...

…to nie mogę nie przywołać tutaj trzech niby klasycznych wiedźm, które umawiają się na wtorek, bo wtedy akurat mają wolne. Innymi słowy: „Trzy wiedźmy” Pratchetta. I magia naprawdę jest tam w tle, bo co prawda królestwo trzeba przesunąć w czasie, ale jednak najważniejsza i tak jest głowologia. I kapelusz. Porządna wiedźma musi mieć czarny, spiczasty kapelusz.

3. Deszczowa piosenka, czyli książka na długi, deszczowy wieczór

Widziałam Deszczową piosenkę, w wersji filmowej. Oraz mam w domostwie mym ścieżkę dźwiękową z Deszczowej piosenki wystawianej przez Teatr Roma. Także tutaj przynajmniej wiem, o czym mówię. Miła odmiana, nie mówcie, że nie.

O książkach na niepogodę kiedyś pisałam, więc pozwolę sobie oszukańczo podlinkować do tamtego wpisu. Są tam lektury na konkretne typy deszczu, więc wiecie. 
 
 
 
 A dla ilustracji: Muzykanci z Bremy. Muzykanci są? Są. Literackie odniesienie jest? Jest.
A do tego moi ukochani Grimmowie. Il. O. Herrfurth. Źródło.



4. Koty, czyli książka, której bohaterem jest zwierzak

Przyznaję: nie przemawia do mnie estetyka Kotów. Nie mówię, że mi się nie podoba, bo jakoś tak kamp, w którym najczęściej się obraca, jest kręcący, ale sam musical do moich ulubionych się nie zalicza.

No dobrze, ma być zwierzak, ale ja bym z chęcią nawiązała do tego Eliota i jego cyklu poezji, które są podstawą Kotów. Bo taką książką najbardziej bohaterską i zwierzęcą, jaka przychodzi mi na myśl, jest cudowne „Wodnikowe Wzgórze” (serio, jeśli jeszcze tu jesteście, lećcie do biblioteki wypożyczyć!). A że króliki w niej nie są wcale zantropomorfizowane, tylko są królikami – z własną mitologią, w której pojawiają się fragmenty eposów, odwołanie do Eliota można pokrętną drogą uznać za udane.

5. Nędznicy, czyli powieść historyczna o ulubionej epoce

Chwila prawdy – mam Nędzników, w tym ostatnim filmowym wcieleniu, na DVD i nadal ich nie obejrzałam. Ale ponieważ nie da się nie wiedzieć, o czym są, to nawet i ja wiem.

Za to nie wiem, jak jest u mnie z ulubionymi epokami, bo to strasznie zmienna sprawa. Ale że obecnie siedzę po uszy zanurzona w epoce wiktoriańskiej, gdzie wszyscy jeszcze trzęsą się z obawy przez rewolucją francuską i jej zgubnymi (dosłownie) skutkami, to może podrzucę Wam „Panie z Cranford” Elizabeth Gaskell: bo strach przed tymi strasznymi Francuzami może przetrwać pokolenia, no i nigdy nie wiadomo, kiedy kolbami w Cranford w drzwi załomocą.

6. The Rocky Horror Picture Show, czyli książka science fiction godna polecenia

A to kolejny musical, z którym mi nie po drodze. Podejmowałam kilkakrotną próbę obejrzenia, ale jakoś jednak odpadałam na dość wczesnym etapie.

A co się tyczy science fiction, to sami wiecie, co odpowiem. Czytajcie Lema!  
 
 
 



7. Upiór w operze, czyli klasyk z niesamowitym klimatem

Jej, wreszcie coś, co widziałam w różnych odsłonach i do czego często wracam. Wiem, że Upiór... jest miejscami kiczowaty, a fabuła grzęźnie w dziwnych momentach, ale jednak to Upiór... No i są organy. Jak są organy, to Pyzie wiele więcej do szczęścia nie trzeba (jest kilka instrumentów, które tak na mnie działają). To znaczy to chyba per se organy nie są, ale wiecie, o co mi chodzi.

Odpowiedź tutaj mogła być tylko jedna: Młyn na wzgórzu duńskiego noblisty Karla Gjellerupa. Są duchy, jest upiornie, klimat ciężki, że strach i człowiek się boi, że zaraz wszyscy zginą, nad tym po kierkegaardowsku srogi Bóg, a do tego fatalny romans, który będzie miał złe skutki. Bardzo dobrze wspominam tę książkę, nie tylko dlatego, że mam słabość do fabuł dziejących się we młynach (młyny są w literaturze dla mnie tym, czym organy w muzyce, wychodzi na to).

8. Aladyn, czyli bajka z dzieciństwa, którą wyjątkowo zapamiętałaś

Przyznam się Wam szeptem, że nie wiedziałam, że jest musical o Aladynie. Spuścmy na mą niewiedzę zasłonę milczenia, bo jednak mogłam się domyślać.

Wygra tutaj zupełnie nie osadzony w egzotycznej krainie chudziaczek, czyli „O Janku Poranku, Złym Kościeju i Pięknej Królewnie”. Chociaż właściwie jest on swego rodzaju egzotyczny – rosół sporządzany z wołu mnie w tej powiastce bardzo fascynował, bo wołu jednak aż tak często się teraz nie widuje. A poza tym jest słowiańsko i dokładnie tak, jak to tytuł obiecuje.

9. Chicago, czyli kryminał mrożący krew w żyłach

Widziałam Chicago w wersji filmowej i strasznie lubię ścieżkę dźwiękową z niego. No i całkiem nieźle ją znam, bo swego czasu w moim domu był to obowiązkowy soundtrack do sprzątania. Skąd taki wybór? Nie mam pojęcia, byłam ledwie słuchaczem, didżejowała zaś przyjaciółka.

Kryminały mroziły mi ostatnio krew w żyłach nie tyle akcją, co tym, jak zostały napisane. Okazało się, że coś nie mam ręki do wybierania współczesnych polskich powieści kryminalnych napisanych przez kobiety („Okularnik” i „Kryminalistka”). Ale nie poddałam się, będę szukała dalej!



 
 

10. Król lew, czyli książka i jej filmowa adaptacja, którą polecasz

Musical ten kojarzy mi się, przyznaję, głównie ze współlokatorem Kimmy Schmidt z netflixowego serialu, który bezskutecznie i desperacko usiłował dostać w nim główną rolę.

Polecę więc Wam tutaj Wszystko jest iluminacją Foera. Autora cenię, chociaż do teraz jestem zdania, że film wyszedł lepiej niż książka. Jasne, nie ma tutaj połowy wątków, ale jest cudowna muzyka, świetne aktorstwo (ach, pan Jewgienij z Gogol Bordello jest jak stworzony do tej roli) i piękne krajobrazy. No i to dobry film jest, chociaż oczywiście można mieć zastrzeżenia, że spłyca niektóre zagadnienia z książki. Ale przyznam się Wam, że w tym konkretnym przypadku uważam, że to dobrze, bo wybrzmiewają one mocniej.
 
***

Pozwólcie, że otaguję dalej – tych, co do których wiem, że musicale lubią (Mysza, Catus Geekus, Bajkonurek, na Was patrzę! No, ale wiecie, jeśli chcecie, oczywiście), a jeśli kogoś przez roztargnienie pominęłam, niechaj się otaguje również. Bo to fajny tag jest, prawda?

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. W tekście opery stoi jak byk: "gigantyczne organy UPIORA [uwaga: chodzi o instrument muzyczny]" (tak, to jest tam naprawdę napisane, więc organy są niezaprzeczalnie obecne. Tzn. instrument, żeby nikt nie miał kosmatych myśli!) :D

    Wiedziałam, że świetnie Ci to wyjdzie! Ach, Pratchett, ach, "Panie z Cranford"... I tylko to "Wodnikowe wzgórze" łypie na mnie z Twojej notki z wyrzutem, bo miałam przeczytać już dawno, ale coś nie ma kiedy. Tak czy inaczej, przeczytam na pewno, obiecuję!

    Dzięki za odpowiedź na nominację :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj przeczytaj, przeczytaj -- na początku człowiek ocyka się z myślą "ale że... króliki?", a potem kontynuuje z myślą "o rety -- ale króliki!" i kończy zapłakany (myśląc: "ach, króliki!"), że to już koniec :).

      Bardzo mi było przyjemnie :).

      Usuń