Pikniki z klasyką #13: Pruście, a będzie wam dane albo o wybranych "Kronikach" B. Prusa


Krótko mówiąc, gdziekolwiek pokazałem się, wszędzie byłem
lichym uczniem, kiepskim kondmanem, podejrzanym lokatorem,
złym Polakiem, nędznym powieściopisarzem i albo nudnym,
albo szkodliwym felietonistą.
Bolesław Prus, felieton z 8. maja 1887 [cytuję za wydaniem BN z 1994 roku].
 
Felietony Prusa, które zebrano w kilkunastu (jeśli się nie mylę) tomach, pisane przez czterdzieści lat dziennikarskiej i pisarskiej pracy naszego dzisiejszego piknikowego gościa, to odpowiedź na pytanie, co człowiek może zrobić, czekając na wymarzoną posadę. Bo Prus zajął się pisaniem, kiedy czekał na dobrze płatną pracę biurową przy budowie kolei. Czekał tak i czekał, pisał i pisał, i kiedy w końcu otrzymał propozycję – stwierdził, że woli zostać przy pisaniu. Dobrze dla nas i dla literatury (a kolej musiała zadowolić się w czasie późniejszym Reymontem na gorzej płatnej posadzie). 
 
 

 
 
 
Wybierając z Tarniną kroniki na nasze dzisiejsze spotkanie posiłkowałyśmy się tak naprawdę dostępnością tekstów w jej i mojej bibliotece – w ten sposób wyłoniłyśmy dziesięć felietonów z lat 1875 (czyli właściwie początku pisania – Prus zaczyna publikować teksty tego typu dwa lata wcześniej) – 1910 (w dwa lata później autor umiera). I to był bardzo ciekawy wybór, bo już pierwszy felieton przynosi zapatrywania autora na to, co robi. Z kąśliwą ironią Prus zawiadamia nas, że hola, hola, będzie może lekko i przyjemnie, ale ani tak lekko, jak by chciała publika, ani zawsze tak przyjemnie, bo wokoło wcale tak przyjemnie nie jest.

Może na początek jedna uwaga: właściwie mówiąc o narratorze „Kronik” mam na myśli taką figurę, którą Prus tutaj kreuje (ma zresztą wprawę w wytwarzaniu sobie alter eg, ten nasz Aleksander Głowacki). Jednocześnie mamy wierzyć, że jest wewnątrz i na zewnątrz, i stamtąd obserwuje to, co się dzieje, i komentuje, równocześnie przedstawiając się jako insider. Nie wiem, czy tłumaczę tę myśl w sposób zrozumiały: przede wszystkim chodzi mi o to, że bez zrozumienia tej figury Prusa-felietonisty można czasami przyjąć jakieś jego słowo za dobrą monetę, co z kolei prowadzi do opacznego zrozumienia tego, o czym pisze. Sama czasami łapałam się na myśli „co ten Prus...?” i wracałam do jakiegoś fragmentu. Mam wrażenie, że od autora po równo obrywa się wszystkim – niektórym bardziej (do kobiet salonowych Prus żywi szczególną niechęć) – ale nie da się zaprzeczyć, że niektóre sprawy to jego „koniki”.

[1]
Najdziwniejsze w całej sprawie jest to, że Prus doskonale diagnozuje Polskę jako taką czy może lepiej: Polaków. Czemu najdziwniejsze? Bo widzicie, jakby tak się przejść po dyskusjach o polskości, roli Polski, charakterze narodowym Polaków (o ile coś takiego istnieje), to ciągle natrafia się na argument, że wszystko przez źle postawioną diagnozę – że ktoś coś pominął, czegoś nie zrozumiał, coś źle zrozumiał i bach, mamy katastrofę. A Prus zadziwiająco przenikliwie – w lekkich jednak zazwyczaj tekstach – określa, co jest nie tak i co nie tak pójść może. Antoni Słonimski, wybitny złośliwiec polskiej literatury, a poza tym także felietonista, w dwudziestolecie śmierci Prusa pisał, że kiedy czyta jego felietony przeciera oczy ze zdumienia nad tym, jak są mu współczesne. I, co ciekawe, tak jak były aktualne w 1932 tak są w części aktualne w 2016. Trochę straszne (bo nic się nie zmienia) i trochę pokrzepiające (bo nic się nie zmienia).

Jeden z moich znajomych powiedział kiedyś, że takim materialnym świadectwem, że Warszawa istniała w XIX wieku są Powązki – że w obliczu zniszczeń, które zostały w mieście dokonane w czasie wojny, dopiero idąc na Powązki ma się takie poczucie, że widzi się kawałek Warszawy, hm, jakby to określić, żeby uniknąć słówka „prawdziwej”, bo nie o nie mi chodzi? Może: historycznej? Może: odsyłającej w przeszłość? I „Kroniki” Prusa to jest trochę taka historia: taki dowód istnienia Warszawy. Bo akurat o Warszawie traktowały wybrane przez nas felietony (choć pisał autor i z podróży do Francji, i z Lubelszczyzny, gdzie odwiedzał rodzinę). To jest bardzo ciekawe, patrzeć na życie miasta w tej drugiej połowie XIX stulecia, śledzić spacery autora, problemy z dwoma jedynie publicznymi szaletami (w tym jednym w Teatrze Wielkim), zmagać się z taką wizją postępu (bruk! latarnie!) z równoczesnym dostrzeganiem, że coś jest nie halo (w tekście o mieście, który Prus markuje na raport japońskiego studenta, pisze, że to miasto, którego mieszkańcy tak bardzo nie chcą patrzeć na rzeczy brzydkie, że wznieśli je na górze śmieci, żeby ich nie dostrzegać).
 

[2]
Ma Prus jasną wizję społeczeństwa, które widzi jako silnie podzielone i od zasypania tych podziałów tak naprawdę uzależnia to, jak się będzie mu powodziło w przyszłości. I chociaż, jako zadeklarowany darwinista, w postęp wierzy i życzy potomnym wszystkiego dobrego na wiek XX, to jednak widzi, że bez pewnych przepracowań taki plan się nie uda. Zresztą ten Prus z ostatnich felietonów porzuca ton lekki, teraz apeluje, wyjaśnia, wierny idei pracy u podstaw, na którą moda już przeminęła, ale on trwa na swoim stanowisku. Ba, wskazuje, że taki model się jednak może sprawdzić (i pokazuje na Czechy, które trochę idealizuje, ale zawsze to fajnie odkryć, że tak go fascynowały), tylko że popytu nań już nie ma. I stoi ten Prus taki osamotniony, z boku – już nawet nie dlatego, że obserwuje, co by tu zapisać, ale dlatego, że uważa się go za kogoś trochę out of fashion. Było to dla mnie odkrycie dość dużego formatu: że ten wiek XX wita nas zachwytami nad Sienkiewiczem (z którego Prus się też troszkę naśmiewa, ale na etapie przed „Ogniem i mieczem” jeszcze dość sympatycznie) i jego twórczością ku pokrzepianiu oraz cudownościami pesymizmu modernistów i takim lokalnym końcem stulecia.

Oprócz tego społeczeństwa jako pewnej całości, nasz felietonista skupia się także na poszczególnych jego warstwach. Pisze o Żydach polskich (tu jego poglądy trochę ewoluują: od przyjęcia, że asymilacja to sprawa najlepsza po taki model tolerancji, w którym chodzi o to, by drugą osobę zrozumieć, a nie odsądzać od czci i wiary z powodu religii, innego języka czy wyglądu), pisze o pozycji kobiet – i choć tym ze sfer wyższych często się obrywa za pewną powierzchowność sądów (ach, recenzje teatralne, zajmujące się najbardziej dociekliwie tym, kto w co był ubrany w którym akcie), to Prus jednak faktycznie myśli o emancypacji kobiet przychylnie: będzie bronił tych, którym odmawia się prawa do pracy albo osądza jako głupie z powodu płci (jak w tekście, w którym omawia zarzuty pod adresem jury w nowym konkursie na dramat). Nie znaczy to, że nie brakuje u niego czasem takiego spojrzenia „dobrotliwego dziadunia”, ale brałam pod uwagę tę figurę, którą się w swoich tekstach posługuje – myślę, że to częściowo wyjaśnia jego postawę.
 
 

No dobrze, żeby nie przedłużać i zacząć już dyskusję: powiem Wam, że lektura tych felietonów to jest rzecz fascynująca („jakie to współczesne!”), odkrywcza („fascynujące, więc to już Prus...”), wesoła i smutna zarazem. Czyli właśnie taka, jaka z człowiekiem potrafi zostać na dłużej. No i dobrze napisana. Także: czytajcie Prusa-dziennikarza!

I koniecznie przeczytajcie też dzisiejszy tekst Tarniny. A do dyskusji zapraszamy pod tym postem.

___________________
A jutro wracamy do urodzin Charlotty – życzenia będą. I nie tylko. 
 
 
 
 
 
Ilustracje:
[1] Chociaż wśród wybranych felietonów tego o rowerze nie było, nie mogłam się oprzeć, żeby nie zilustrować tekstu zdjęciami rowerzystów mniej więcej z epoki. Polskich rowerzystów w wolnej domenie nie znalazłam, więc są ze świata. Ci akurat z Nowej Zelandii. Źródło.
[2] Tutaj państwo z Anglii. Źródło.
[3] A tutaj śmiga sobie pan z Australii na motorynce. Źródło.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Widzę, Pyzo, że znów jesteśmy nudnie jednomyślne ;) I tak, ach, jakie to aktualne (niestety), więc jednocześnie przygnębiające, a z drugiej strony - lektura sprawiająca satysfakcję. Przyznam się, że nabrałam ochoty poszperania w antykwariatach i kupienia jak najwięcej kronik (ideałem byłoby skompletowanie wszystkich 20 tomów), oczywiście nie po to, żeby je czytać od deski do deski, ale żeby mieć na półce i od czasu do czasu zaglądać i sprawdzać, co też się działo w Warszawie przed laty. Na razie jeszcze się nie rozstaję z egzemplarzami bibliotecznymi, bo kilka kwestii, które zajmowały Prusa, chciałabym prześledzić bliżej. Np. jego poglądy w kwestii kobiet - akurat w tych tekstach, które znalazły się w naszym wyborze jest stosunkowo mało na ten temat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, ale mam też takie poczucie, że to pierwsza nasza w tym roku wspólna lektura, obcowanie z którą sprawiło mi prawdziwą przyjemność i do której będę na pewno wracać (nie powiem, Eliot na swój sposób też jest fascynująca -- ale tutaj nie muszę dodawać żadnego "na swój sposób" ;)).

      Zdecydowanie, mam wrażenie, że tam się kryje jeszcze sporo perełek. Widziałaś na przykład kronikę o dialogu z rowerem? Perełka ;). Muszę jednak przyznać, że podobają mi się po równo -- a czasami nawet bardziej -- te rzeczy w tonie poważniejsze. I to, w jaki sposób Prus przeskakuje z tematu na temat, jednocześnie zaś cudownie każdy puentuje (moja ukochana puenta to ta o 80-kopiejkowym wydaniu Mickiewicza w antykwariatach).

      Właśnie: bo to, że nic się nie zmienia, jest przygnębiające (bo jednak tyle już lat, a tu problemy -- też w warstwie "świadomości narodowej" jakoś podobne i nieźle Prus wskazuje na korzenie tych problemów -- a z drugiej strony myśli sobie człowiek, że jeszcze się wszystko nie rozleciało, mimo że miało tyle okazji, więc jakoś się to toczyć będzie. Zresztą Prus dobrze pokazuje, że najlepiej widać wcale nie to, co widać być powinno -- stąd ten jego apel o słownik ważnych postaci, działaczy charytatywnych, naukowców i tak dalej. To też jest bardzo ciekawe spojrzenie.

      Właśnie, a kobiety u Prusa, w tym naszym wyborze, faktycznie pojawiają się najczęściej w swojej odmianie salonowej, której autor nie ceni i bezlitośnie się z nich nabija (tak odebrałam ten fragment o Sienkiewiczu -- właśnie nie wiem, czy on jest seksistowski tak naprawdę, mam wrażenie, że tam się pojawia drwina z klasy przede wszystkim, nie masz takiego wrażenia?). Ale są te wzmianki, gdzie choćby Romanę Popiel bierze w obronę.

      Usuń
    2. Ha, z tym stwierdzeniem o tegorocznych Piknikach też się zgodzę i cieszę się, że nasza zła passa co do doboru lektur została przełamana :)

      Dialogu z rowerem sobie nie przypominam, ale tak, perełek na pewno jest sporo, a właściwie w każdym z tych tekstów można znaleźć jakieś niezwykle celne (i aktualne)stwierdzenia. I również jestem zdania, że te teksty poważniejsze, którym już brak tej lekkości i humoru, wcale nie są mniej interesujące. One zresztą pochodzą w większości z ostatniego okresu twórczości pisarza - przede wszystkim z okresu współpracy z Tygodnikiem Ilustrowanym, ale np. tekst na rozpoczęcie XX w. z Kuriera Codziennego też jest bardzo mocny - więc w nich Prus demonstruje spojrzenie z perspektywy całego swojego życiowego doświadczenia.

      Ale fascynuje mnie też odkrywanie tych spraw mniejszej wagi i poglądów pisarza w kwestiach bardziej codziennych. Np. jego poglądy na zatrudnianie bon cudzoziemek (ten temat pojawia się w naszym skromnym wyborze chyba trzykrotnie, więc musiał go istotnie zajmować) raczej nie przetrwałyby próby czasu, bo Prus argumentuje, że kontakt z nianią posługującą się obcym językiem wpływa ujemnie na późniejsze zdolności lingwistyczne dziecka. Tekst o Mickiewiczu podoba mi się w całości, również to jak przystępnie (choć też poniekąd seksistowsko) Prus wykłada wyższość Mickiewicza nad Słowackim ;)

      Wiesz, co do sprawy kobiet, to nie umiem w tej chwili jednoznacznie odpowiedzieć, jakie poglądy prezentuje Prus w Kronikach. Lektura "Emancypantek" zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, uważam że Prus potraktował tam problemy kobiet realistycznie, ale ze zrozumieniem, życzliwością i powagą, choć oczywiście nie brak i satyry. Bardzo możliwe zresztą, że jego poglądy ewoluowały, "Emancypantki" to początek lat 90., być może we wcześniejszych tekstach wyrażone są inne poglądy. Wydaje mi się, że mam problem, że którym Ty też się zetknęłaś, tzn. przez ten szczególny styl, którym Prus się posługuje nie zawsze jest łatwo ocenić, czy autor ma zdanie A, czy przeciwstawne do niego zdanie B, czy mówi wprost, czy posługuje się ironią i ile ta ironia ma poziomów. Kiedyś na blogu przytoczyłam scenkę rodzajową z Kronik opisującą porządki przedświąteczne w polskich domach. Ma ona charakter satyryczny, ale nie jestem na sto procent pewna, czy przedmiotem satyry są mężczyźni, czy kobiety. Na pewno Prus wyśmiewa wszelką bufonadę, i to widać we wszystkich tekstach.

      Usuń
    3. Tak, mnie się wydaje, że na powagę tych tekstów ma też wpływ i to osamotnienie Prusa, który dalej wierzy w swoje ideały, ale otoczenie już coraz mniej je popiera. Więcej nawet, jest atakowany jako ktoś o poglądach przestarzałych i nieadekwatnych do epoki.

      Och tak, też zwróciłam uwagę na bony cudzoziemki. Wiesz, mnie się wydaje, że tu chodziło też trochę o to takie noszenie nosa za wysoko przez klasy wyższe, które choć uprawnione do rządzenia nie wiedzą, jak zrobić, by było lepiej, bo nie rozumieją ludzi, gdyż nie znają języka. Jak to napisał? Że nie myślą, bo nie mają czym myśleć? Podoba mi się jakoś ta myśl. Natomiast jasne, dzisiaj wiemy, że wielojęzyczność to rzecz dobra od kołyski :).

      Aha, ten Mickiewicz i Słowacki -- tak, tam seksizmu się trochę wkradło -- ale oczarowało mnie to wyłożenie różnicy, o której w gruncie rzeczy nigdy nie pomyślałam w taki sposób ;).

      Ha, właśnie, tu wychodzi moja nieznajomość "Emancypantek" (ale zabiorę się za nie, zabiorę!). Ten fragment o Wielkanocy to jest moim zdaniem ta figura takiego wewnętrznego ironizanta -- tak sobie w każdym razie tłumaczę całość, bo mi się to jakoś składa ;).

      Usuń
    4. Co do bon, to sądzę że jest to nie tyle krytyka "klasowa" (choć oczywiście skierowana do klas wyższych, bo niższe przecież bon nie zatrudniały), co raczej takiej skłonności do szpanerstwa i życia na pokaz, które właściwie w niezmienionej formie przetrwało do naszych czasów: bonę cudzoziemkę się zatrudnia z tej przyczyny, że jest wyznacznikiem statusu.

      Przyznam się, że poglądy Prusa na naszych wielkich romantyków są zbliżone do moich, choć chyba do tej pory ich sobie całkiem nie uświadamiałam ;)

      Jasne, Prus ironizuje, czy też ten narrator, w którego się chwilowo wciela, ironizuje, ale z kogo sobie w ten sposób bardziej żartuje jest moim zdaniem kwestią dyskusyjną. Nawiasem mówiąc, Prus ma talent do takich zgrabnych i zabawnych zdań, a nawet sentencji, które można sobie zapisywać w kajeciku złotych myśli, np. właśnie to: "Trzy są czynności, dla których kobiety po wszystkie czasy gotowe będą wyrzec się patentów doktorskich, dowództwa nad wojskami i zasiadania w parlamencie – a mianowicie: pranie bielizny, mycie podłóg i pieczenie ciast na święta."

      A wracając do tej postaci, która wypowiada się w Kronikach - właśnie, narzuca się tu termin narrator, choć w odniesieniu do tekstu publicystycznego jest on dosyć dziwny (z drugiej strony, w naszych czasach termin "narracja" bardzo się z publicystyką kojarzy, tylko w innym znaczeniu). W tych ostatnich tekstach mamy autora, który wypowiada się we własnym imieniu, ale we wcześniejszych on się często (najczęściej?) chowa za jakąś wykreowaną postacią, np. starszego kuzyna zatroskanego o wybór drogi życiowej młodego studenta. Czasem tych postaci może być więcej, np. w tym tekście o Warszawie stojącej na górze śmieci mamy aż dwie: japońskiego badacza obyczajów i oburzonego jego raportem publicystę. Kroniki Prusa to taka trochę publicystyka fabularyzowana.

      Usuń
    5. Tak, zgodzę się, że bona u Prusa to taki wyznacznik dobrobytu, z którego korzysta się czasem wbrew rozsądkowi (w jednym miejscu pisze on zresztą, że bycie boną nobilitowało, chociażby i takowa bona nie miała żadnych predyspozycji do nauczania).

      Hm, masz oczywiście rację, moim zdaniem ten narrator-Prus-felietonista ironizuje ze wszystkich. To znaczy właściwie nikogo nie oszędza, także siebie. Czasami jednak używa takiego wielkiego kwantyfikatora, który sprawia, że można popaść w zwątpienie (jak te "kobiety" w ogólności). Co do bon motów: och tak, niewątpliwie miał do tego ucho. Mój ulubiony to: "narodowość nie jest sklepikiem, do którego na gwałt wciąga się za poły przechodniów". Bardzo, uważam, celne.

      Owszem, też zauważyłam, że to jest taki narrator wielowarstwowy niekiedy, ale to chyba w celu urozmaicenia formy i podkręcenia dowcipu tu i ówdzie. Bo zobacz, w tych najnowszych rzeczach to już właściwie faktycznie jest sam Prus. Już nie pisze "my" tak jak kiedyś, żeby pokazać na pewną wspólnotę, czy żeby puścić oko do czytelnika, z takim swojskim "zajrzyjmy tu i tam". To jest bardzo fascynujące, bo jego felietony przypominają trochę taką sylwę, przez formę i przez gonienie przez las tematów ;).

      Usuń