Urodzinowy Tydzień Charlotty #1 albo jak czytać solenizantkę?



Dobrze, na początek wyznam, że nigdy nie wiem, kiedy poprawna jest forma „solenizantka”, a kiedy „jubilatka”, bo te dwa słowa mają dla mnie dziwnie podobne odcienie znaczeniowe. Ale przecież nie to jest najważniejsze. Zaczynamy dzisiaj obchody 200. rocznicy urodzin Charlotty Brontë i w związku z tym chciałabym się z Wami podzielić przemyśleniami, jakie towarzyszyły mi w czasie lektury/przypominania sobie jej książek. Innymi słowy: jakie są możliwe sposoby, na które da się jej powieści czytać?


Oczywiście to nie tak, że wszystkie te sposoby są rozłączne (chociaż część się ze sobą wyklucza). Związane jest to z mnogością wątków, które da się u Charlotty wyróżnić, co z kolei sprawia, że można czytać „pod wątek”, wypatrując wszędzie oznak sprzyjających naszej jego interpretacji, można próbować ogarnąć to holistycznie, można wreszcie patrzeć na wszystko okiem nieufnem a podejrzliwem. No dobrze, ale może po kolei.

Realistycznie: pierwsze, co się nasuwa, prawda? Powieści Brontë możemy traktować jako zapis epoki, to znaczy literackie (co nie znaczy, że w skali jeden do jednego!) odwzorowanie rzeczywistości. Realia społeczne, tło historyczne, kulturowe, pozycja postaci z różnych klas społecznych, modele zachowania i tak dalej – to wszystko, co opisuje Brontë możemy czytać jako powieść historyczną dzisiaj, a często współczesną, obyczajową wtedy i wyrabiać sobie na jej podstawie jaki-taki pogląd na XIX-wieczną Anglię w określonym tegoż wieku okresie. I powiem Wam, że dość długo takie podejście wydawało mi się ciekawe – a potem przeczytałam „Shirley”.

Metaforycznie: i dużo ciekawsze zaczęło mi się wydawać podejście metaforyczne. Nie wiem, na ile da się to stanowisko obronić, ale ponieważ bardzo lubię nowe interpretacje (to znaczy dla mnie nowe, być może już sobie gdzieś krąży ten pogląd poza tym), to się na tę aktualnie przerzuciłam. Widzicie, bo jakoś pociąga mnie myśl: a co, jeśli tu zupełnie nie chodzi o jakieś odwzorowanie czegokolwiek, a umieszczenie akcji w przestrzeni dla czytelnika znajomej to tylko taki chwyt? Wtedy zupełnie inaczej można czytać czy to pojawiającą się niemal wszędzie postać guwernantki (to w sumie taki Wieczny Tułacz Brontëańskiej prozy), większego sensu nabiera też rozluźnienie więzów przyczynowo-skutkowych (nie łudźmy się, to nie są powieści napisane najbardziej spójnie pod tym względem i lubią się „rozpadać”), a dzieciaki z „Shirley” nagle zaczynają nabierać większego sensu (bo są coś za dorosłe w sposób podejrzany co najmniej).

Romansowo: popularne podejście widzi w powieściach Charlotty (i w powieściach jej sióstr) takie stare romanse. Wydaje mi się, że z wyjątkowo dużą szkodą, bo tak naprawdę te wątki romansowe są nie dość, że wcale nie na pierwszym planie (będę się upierała, że na nim jest przede wszystkim świadomość bohaterki co do tego, kim jest i może być), to jeszcze jest w nich – jeśli się przyjrzymy – coś dziwnego: ci wszyscy faceci, którzy zostają przyjęci przez swoje wybranki dopiero, kiedy coś z nimi się dzieje nie tak (nawet jeśli finalnie – jak Robert Moore – nie stracą jednak wszystkiego), te dość toksyczne relacje, przebiegające często na marginesie zachowań przyjętych (nie tylko w epoce!) za dobre dla związku. Co nie zmienia faktu, że jeśli się uprzeć, to można powieści Brontë czytać w ten sposób. Nie przekonuje mnie to, ale rozumiem.
 
 
 
 Grafikę przygotowała fellow-organizatorka Ćma książkowa -- tak samo jak tę w nagłówku fanpage'a, gdzie znajdziecie w jednym miejscu wszystkie okołourodzinowe teksty!
 
 

Dekonstrukcyjnie: dekonstrukcja” chyba już trochę jako pojęcie przestała być modna, ale jej tutaj użyję, bo po pierwsze ładnie brzmi, a po drugie nieźle oddaje to, o co mi chodzi. Bo powieści Charlotty da się czytać rozkładając je na pierwiastki i sprawdzając, jak się jedne mają do drugich. W tym przypadku, w którym – ponownie powtórzę – fabuła rozpada się i jakoś tak z perspektywy trudno ją czasem poskładać, może takie podejście do lektury da nieco więcej: w końcu jeśli nie z daleka, to z bliska można zobaczyć coś więcej. Niebezpieczeństwo jest takie, że przegapimy jakiś fragment i całość ułoży nam się inaczej, ale w końcu co to szkodzi, przyjemnie jest mieć interpretację do zweryfikowania.

Podejrzliwie: to mój kolejny ulubiony sposób lektury – bo co, jeśli tak naprawdę Charlotta pisze o czymś zupełnie innym, niż się wydaje? Pamiętacie, wspominałam, że od dawna frapuje mnie takie odczytanie „Dziwnych losów Jane Eyre”, które udowadniałoby, że żona pana Rochestera wcale nie była szalona, bo widzimy ją (czy słyszymy o niej) głównie z ust pana Rochestera. Można więc uprawiać na własną rękę taką podejrzliwą lekturę, co jest o tyle ciekawe, że czasem pewnie udaje się odkryć jakąś nitkę sprytnie wplecioną przez samą autorkę, a czasami coś, co wyszło przez przypadek, ale rzuca ciekawe światło na całość.

Społecznie: można też czytać powieści Brontë jako pewien manifest społeczny. Nie, może manifest to złe słowo, ale wypowiedź na tematy społeczne na pewno. Bo jeśli by tak pogrzebać w tych powieściach, to są one zapisem zmagania się z własną pozycją w społeczeństwie – a często także z tym, w jaki sposób tę pozycję determinuje płeć (w obie strony: to nie jest tylko refleksja nad rolą, jaką społeczeństwo i kultura epoki wyznacza kobiecie, ale też mężczyźnie; zwróćcie uwagę, że część bohaterów Brontë wcale nie jest za szczęśliwa, że musi robić to, co robi, z uwagi na bycie mężczyzną).

A Wy, jak czytacie Charlottę Brontë? Podzielcie się swoimi sposobami lektury (albo zaobserwowanymi u innych sposobami!).

_________
Korzystając z okazji powrócę na ten tydzień do formy zapowiedzi (pamiętacie jeszcze, że kiedyś takie robiłam?). Jutro w odwiedziny wpadnie niedawna znajoma literacka i będę się zastanawiała nad zapożyczeniami, wspólnymi pomysłami i (poza)literackimi znajomościami.

Weź dokładkę!

10 komentarze

  1. Czytanie Charlotte Bronte (pierwsze!) jeszcze przede mną i dziękuję za podpowiedzi jak czytać. Zazwyczaj mając do czynienia z takimi popularnymi książkami, które stały się szeroko pojętą "klasyką" boję się, że coś przeoczę, iż zrozumiem opacznie albo nie zrozumiem wcale.

    Najbardziej podoba mi się to czytanie podejrzliwe. Nie zastanawiałam się nigdy, co jeżeli bohater jest inny, bo jego obraz, opisywany przez narratora uczestniczącego w wydarzeniach bezpośrednio, został troszkę zakłamany. No bo właśnie - żona to wariatka, syn to leń, a przyjaciel bawidamek. Świetne!

    P.S. Jakże brakowało mi zapowiedzi! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, odczytanie podejrzliwe stwarza całą gamę możliwości i może dawać dużo frajdy, bo przecież trzymam się tekstu, a równocześnie obracam to na wszystkie strony i układam nowe konfiguracje. Bardzo, bardzo to lubię i zawsze polecam ;).

      (Ach, czyli jednak -- może do nich wrócę, zastanowię się ;))

      Usuń
  2. Oczywiście, że czytam Charlottę metaforycznie i alegorycznie, bo interpretacja i nadinterpretacja treści to moje drugie imię i Wielkiego Buka :D (powinnam mieć w haśle pod logo) :D
    P.S. Myślisz, że szalona kobieta ze strychu wcale nie była szalona? Ale to jest mega myśl! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, nadinterpretacja to jest takie zjawisko, o którym kiedyś napiszę, bo strasznie mnie zawsze pociąga to, co się w nim mieści ;).

      Tak, też strasznie lubię tę teorię: bo wiesz, panią Rochester widzimy głównie opisywaną przez jej męża, więc jest takie przypuszczenie, że on celowo opisuje ją jako szaloną, żeby trzymać ją pod kluczem, bo jest dla niego niewygodna, z nią samą zaś jest wszystko w porządku. I że staje się takim symbolem zniewolonej kobiety.

      Usuń
  3. Pyzo! A gdzie odczytania biograficzne? To jedno z bardziej fascynujących zajęć, śledzić sobie "Profesora" według klucza zawartego w życiu Charlotty ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa, zapomniałam! A oczywiście: strasznie fajnie jest przyglądać się, jak w ogóle świat zewnętrzny (na przykład znajomości) wpływały na to, co dzieje się w fabułach Charlotty. Ale nadrobi ten brak wpis jutrzejszy :)!

      Usuń
  4. Solenizantka - imieniny
    Jubilatka - urodziny
    (pozwoliłam sobie dodać, skoro sama wskazałaś te wątpliwości) :)

    Po przeczytaniu tego tekstu uświadomiłam sobie, że u mnie dominuje odczytanie "bezmyślne". Po prostu czytam powieść nie szukając specjalnie klucza do treści.
    Ale gdybym miała jakoś to swoje czytanie klasyfikować to wybrałabym "realistycznie i romansowo".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, czyli jednak jubilatka. Będę teraz solennie przez tydzień używać :)!

      Mnie od jakiegoś czasu jednak to wywracanie powieści podszewką na wierzch fascynuje -- ale czasem zdarza mi się takie odczytanie "jest, bo jest": tam, gdzie albo intencje autorskie są strasznie widoczne albo tam, gdzie fabuła pozostawia mnie zupełnie obojętną ;).

      Usuń
  5. Książki tej autorki są tak fascynujące, ponieważ za każdym razem zwracamy uwagę na coś innego - możemy, jak zauważyłaś - czytać w inny sposób. Z pewnością po trochu przyświecał jej każdy cel. Na pewno książki były manifestami. A podejrzanie dorosłe dzieci można wytłumaczyć dzieciństwem autorki. Cała gromadka z plebanii była zawsze nazbyt poważna - jak na swój wiek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, masz rację, podejrzewam, że rodzeństwo Yorke'ów z "Shirley" może być takim odbiciem Bronteańskiej rodziny, ale mimo wszystko wydają mi się oni czasami takimi postaciami-chodzącymi alegoriami, zwłaszcza, że i to, jak Charlotta o nich pisze, sprawia, że robię się podejrzliwa ;).

      Usuń