All that jazz albo o „Excentrykach” W. Kowalewskiego



A czy w Polsce w ogóle kiedykolwiek były lata czterdzieste? Musimy nadrobić. 
[„Excentrycy”, wydanie Marginesów 2016, s. 208]

Słuchajcie, jestem jedną z tych osób, które film – choć pozostawił z mieszanymi uczuciami – to jednak zachęcił do sięgnięcia po książkę. Choćby po to, żeby sprawdzić, jak autor radził sobie z bohaterami drugiego planu, których w filmie było dużo za dużo i nie bardzo jak ich historie miały wybrzmieć. A poza tym pisanie o muzyce jest szalenie trudne, więc sprawdzić, jak wyszło – warto. No i jakie wrażenia, zapytacie? Ano, posłuchajcie.


Jeśli nie wiecie, to na początek krótko o czym to w ogóle jest? Fabian Apanowicz, z pochodzenia lwowianin, z zamiłowania muzyk jazzowy, z konieczności historycznej emigrant, w okresie odwilży popaździernikowej wraca z Anglii, gdzie przebywał od czasów wojny, do Polski. Miasta, w którym mieszkał, nie ma. Rodziny, którą miał, nie ma. Została tylko siostra, Wanda, dentystka w ciechocińskim uzdrowisku. Fabian jedzie zatem do niej, a wszyscy pukają się znacząco w głowy. On sam zresztą tak do końca nie spodziewa się wszystkiego, co zastanie w kraju i co go czeka. Wie za to, że chce grać swing, bo w swingu jest nadzieja, iskra życia i szczęście. No to gra.

Powiem Wam, że „Excentrycy” zostawili mnie z mieszanymi uczuciami. Może dla urozmaicenia pisania powiem Wam, co mi do gustu przypadło, a co niekoniecznie. Spojlery umiarkowane, w zależności od Waszej na nie odporności.

Na bardzo duże „tak”: motyw sobowtóra. Wiecie, to jest takie cóś, o czym wszyscy słyszeli, sporo pisarzy wykorzystywało (weźmy choćby „Cień” Andersena – baśń, która już w dzieciństwie zaznajamia nas z rzeczonym motywem), ale który nie zawsze wychodzi. Konstrukcyjnie w „Excentrykach” to jest perełka. Fabian, widzicie, zamieszkuje w pensjonacie starej Bayerowej, gdzie mieszka też Wanda. Dają mu pokój po stałym bywalcu pensjonatu przed wojną, niejakim Reichmanie. Fabiana ta niepisana obecność faceta jakoś drażni:

A jednak to szczególne odczucie – żyć w przestrzeni należącej do kogoś obcego. Przykra świadomość dominacji cudzego porządku, wchodzenia w czyjąś rolę, powielania cudzych zachowań, zwykłych codziennych czynności, dopasowania się do obcych przedmiotów.
[s. 191-192]

Ale to nic, wszak takie rzeczy się zdarzają. Znajduje jednak zapiski prowadzone przez nieznanego sobie człowieka – i pomału wciągają go coraz bardziej. Nie wie, czy to prawda, czy blaga. Ale im dalej czyta, tym ich losy wydają się jakoś dziwnie podobne. Wątek agenturalny – prawdziwy czy domniemany? – muzyka, uznawana przez otoczenie za lekką i nieco trącącą myszką, jakieś dziwne wykluczenie społeczne. A kto wie, może coś jeszcze: jakieś niewłaściwie ulokowane uczucie? Oportunizm? W dodatku scena kończąca ten wątek jest lustrzanym odbiciem sceny, w której Fabian pali dokumenty dotyczące swojej rodziny. Naprawdę, świetnie to jest zrobione.


No co innego by tu mogło być w przerwach od tekstu?
  

Również „na tak”: jak świetnie autor pisze o muzyce! To wcale nie jest łatwe, żeby człowiek słyszał muzykę przy czytaniu, oddać sposób, w jaki jest grana – a tutaj to wyszło. No i coś, co mnie absolutnie zachwyca: Ciechocinek. Żadne duże miasto, ale ten Ciechocinek, kiedyś wielokulturowy, w trakcie akcji żyjący jakimiś popłuczynami po swojej historii, zniekształcony, przybrudzony, ale z elementami otoczenia i z ludźmi, którzy naprowadzają nas na tropy z przeszłości. Wspaniale. Zdecydowanie muszę sięgnąć po inne prozy Kowalewskiego, bo zaintrygowała mnie ta przestrzeń i próby wydobycia z niej historii.

Na „tak”: to pewnie nikogo, kto czytuje moje książkowe wynurzenia, nie zdziwi, ale jestem bardzo szczęśliwa, że autor nie epatuje okrucieństwem. Oczywiście, świat peerelowskiej Polski jest światem obrzydliwym: nie tylko z wyglądu, on jest moralnie podejrzany. To taki świat, który się rozpadł i został poskładany, ale nieumiejętnie, więc pozostawały jakieś śrubki, z którymi nie wiadomo co trzeba było zrobić. Więc upchnięto je po kieszeniach. Widzicie, to, że postaci same uznają swoje losy przed wojną za jakiś rodzaj snu, inne życie – to zabieg prosty, ale doskonale się tu sprawdza i jest przeprowadzony bardzo taktownie. Przede wszystkim to jest zabieg na języku: Fabian zauważa, że coś jest nie tak, że świat się zmienił, bo ludzie mówią inaczej. Wyrażenia kiedyś niedopuszczalne są na porządku dziennym, szpetota tkwi w tym, co i jak się mówi – i nie chodzi wyłącznie o komunistyczną nowomowę. To coś rzadkiego w prozie. Wiecie, kiedyś, przy lekturze „Kiedy wojna się zaczęła, kiedy wojna się skończyła” Heinricha Bölla uderzyło mnie, że ten świat po wojnie autor charakteryzował jako świat permanentnego braku mydła – przez zapach. Kowalewski robi to przez słowa. Świetna sprawa.







Na „nie wiem”: zupełnie szczerze powiem, że mam mieszane uczucia co elementów realizmu magicznego w powieści. O ile na początku motyw z diabłem-niediabłem, małpą z zoo czy profesorem-ekshibicjonistą wydawał mi się zabiegiem interesującym, o tyle samo jego rozwiązanie mnie nie przekonało. Głównie dlatego, że wydało mi się nieprzekonująco zakomponowane w tekst: trochę za wcześnie rozbiło napięcie, trochę w pewnym momencie wydawało się przekombinowane. Podobnie mam z Albinem, tajemniczym mężczyzną, którego na urlopie spotyka Wanda. Nie wiem jeszcze, co o tym myśleć: rozumiem symbolikę, podobnie jak ze wspomnianym wątkiem krążącego po Ciechocinku licha, ale nie wiem, czy to jakoś trafia w moją wrażliwość.

Na „nie”: trochę na początku, przyznaję, denerwowało mnie, że i Wanda, i Fabian, przejmują wyrażenia, które ich rażą. To znaczy, że ten język – w tym język narratora – brzydnie. Ale potem stwierdziłam, że to zabieg celowy. Nie uwodzi mnie, ale rozumiem. Kwestia autorskiej decyzji. I tyle. Serio, nie będę narzekać, bo niespecjalnie mam na co.

Także kończąc: czytajcie, jeśli wpadnie Wam w ręce, bo warto. Dobra rzecz. Moim skromnym zdaniem dużo lepsza od ekranizacji, mimo że dźwięki tutaj są tylko do przeczytania. A i starszy Fabian Apanowicz to postać jakby ciekawsza, przez to właśnie, że starsza. Także – polecam!

___________________
Z ogłoszeń drobnych: w tym tygodniu będą trzy wpisy, czyli ten, środowy i piątkowy. Jutro i w czwartek wpisu niet, a wpisu niet, bo wędruję i nie nastarczyłam z pisaniem na zapas. Tak się coś w tym roku rozleniwiłam. Ale wybaczycie, no nie?
 

Weź dokładkę!

0 komentarze