Dbajcie o siebie, wszyscy albo o „Pasterskiej koronie” T. Pratchetta



Wiecie, to był od lat taki mój mały rytuał: polska premiera książki Pratchetta ze Świata Dysku powodowała automatycznie, że pierwszą rzeczą, jaką takiego dnia należało załatwić, była wizyta w księgarni. Co zatem zrobiłam siedemnastego maja? Pobiegłam do księgarni, żeby nabyć swój egzemplarz. A potem było mi smutno i wesoło jednocześnie.


O co chodzi? „Pasterska korona” to zwieńczenie cyklu o Tiffany Obolałej, czarownicy z Kredy nieopodal Lancre. Cykl wyewoluował od takiego dla młodszego czytelnika (no, głównie, ale tak naprawdę to dla wszystkich) do takiego, który nie różni się specjalnie od innych powieści ze Świata Dysku. Tiffany już nie jest dzieckiem i musi zmierzyć się z tym, że decyzja „co zrobić ze swoim życiem?” stoi właśnie przed nią.

I to tyle Wam powiem bez spojlerowania, dodając może jeszcze: Łojzicku! Ale ponieważ mam ogromną ochotę poomawiać powieść nieco dokładniej, to ostrzegam:

Tutaj żyją spojlery

Serio, mnóstwo spojlerów*



(*W tym te Straszne i Kluczowe)

A teraz ad rem. Może dla pewnej łatwości myślenia – w punktach. Bo przyznaję, że chociaż było to dla mnie zakończenie bardzo satysfakcjonujące, to mam ochotę trochę w powieści pogrzebać, swoim zwyczajem.

I. Przyznaję, najbardziej miodem na moje serce lało wykończenie wątków. Zdecydowanie. Bo wiecie, to jest taka powieść, która jest równocześnie powieścią rozliczającą się z całym cyklem – nie tylko o Tiffany. Otóż: babcia Weatherwax umiera – i to daje asumpt do tego, by pokazać, jak zmienia się świat. Oto coś odchodzi, ale przychodzi coś nowego, co niekoniecznie będzie takie samo, ale niesie ze sobą inne możliwe rozwiązania – wcale nie gorsze. Ta fala magii, jaka spada na Dysk po jej odejściu, to jest taki bardzo piękny montaż scen, w którym pojawiają się nasi bliżsi lub dalsi znajomi. Bardzo dobrze jest zobaczyć, że wszystko u nich gra. Poza tym, choć po „Parze w ruch” byłam bardzo rozczarowana, tutaj wątek kolei dostaje swoje godne zwieńczenie: tak, ta kolei pokazuje, jak zmienił się świat. Nie, że w ogóle nie ma w nim miejsca na magię. Bynajmniej – jest, jak najbardziej. Ale to magia nieco inna. Może nawet bardziej taka w stylu czarownic, niż wcześniej – wszak liczą się dobre buty i empatia, bardziej niż rzucanie zaklęć. Bo że magia magów zmieniła się już jakiś czas temu, wiadomo.

II. Samo zakończenie powieści jest bardzo piękne i bardzo, bardzo filmowe. W ogóle muszę przyznać, że dla mnie Pratchett często pisze obrazami – najbardziej chyba „widziałam” książkę w przypadku „Piekła pocztowego” – i to jest coś szalenie frapującego (i nie ginącego w przekładzie ani odrobinę). Jest też mocno symboliczne, ta Tiffany, która owszem, nie wyklucza, że kiedyś zwiąże się z Prestonem i zamieszkają razem, ale ostatecznie myśli o tym, że chce być potrzebna, chce robić to, co kocha i robić to dobrze – to jest taka postać, na jaką liczyłam. Owszem, można zarzucić, że wszystko się jej udaje. Tylko że raz, że określenie „Mary Sue” jest jednak ostatnimi czasy ciut nadużywane, a dwa, że to nie jest tak, że wszystko przychodzi jej bez trudu. Ten trud sytuuje się bardziej w sferze psychicznej, niepewności, co zrobić i jak to zrobić, w ustawicznym pytaniu „czy dorosłam do butów po Babci” (czy nawet: dwóch Babć), które choć cząstkowe odpowiedzi na nie padają przez całą powieść aż do końca utrzymuje w mocy bohaterkę. Nie wiem, czy widzieliście, ale Neil Gaiman powiedział w jednym z wywiadów, że Pratchett planował jeszcze dopisać w zakończeniu coś bardzo symbolicznego: że Babcia nie odeszła wtedy, kiedy przybył po nią Śmierć, ale dopiero kiedy upewniła się, że z Tiffany wszystko w porządku. I o ile symbolika i tutaj mi się podoba, to w gruncie rzeczy nie czuję żalu, że tego wątku zabrakło. Jest pewien posmak tajemnicy – i to dobrze.

III. Jasne, można powiedzieć, że widać to, o czym w zakończeniu pisze sekretarz Pratchetta: że powieść nie była do samego końca wykończona. Bo trochę widać: na niektóre wątki zabrakło miejsca, inne nie zdążyły nabrać pełnego kształtu. Ale muszę przyznać, że mi to nie przeszkadza – bo nie jest to zrobione tak, że książka na tym cierpi. W przeciwieństwie do „Pary w ruch”, gdzie postaci działały często niezgodnie ze swoim charakterem, a wydarzeniom brakowało ducha, tutaj wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Może czasem za krótko, może czasem aż żal, że nie ma nic więcej albo że wątek rozwiązuje się dziwnie szybko – ale summa summarum nie umniejsza to satysfakcji z czytania tego tomu w takim kształcie.

IV. Spośród wątków, co do których smutno mi, że nie będą miały ciągu dalszego, jest wątek Goeffreya. Bo, muszę przyznać, jest w tej postaci coś intrygującego. Począwszy od tego stwierdzenia, że nie czuje się ani kobietą, ani mężczyzną, a po prostu sobą, co jest stwierdzeniem odważnym i potrzebnym, aż po to, że stara się o pracę zwyczajowo wykonywaną przez kobiety i zostaje zaakceptowany – to wszystko sprawia, że choć nie do końca nakreślony wyraźnie, jest Goeffrey postacią intrygującą. Wypadło, zdaje się, sporo z tego, w jaki sposób Tiffany dochodzi do nazwania go „tkaczem pokoju” (właśnie: bo „Pasterska korona” jest trochę jak film, który zmontowano bez czujnego oka pierwszego reżysera). No i jak to jest z tym kozłem? Czy to aby na pewno tylko kozioł?

V. Zdziwiło mnie, że po raz kolejny pojawia się się rzeź. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w „Parze w ruch” jest taka przerażająca scena rzezi, która zmienia Moista. I tutaj ponownie mamy krwawą jatkę, a nawet dwie – ale mówię głównie o tym finalnym starciu. Owszem, opisanym raczej dowcipnie i w stylu „wszyscy bohaterowie zbierają się by walczyć ze złem, jak mogą”, ale jakoś mnie to zastanawia. Bo chociaż dużo jest tu o sile przyjaźni (może nawet za dużo, jeśli wziąć pod uwagę, że wątek ten nie dostał dostatecznie dużo miejsca), to jednak ostatecznym rozwiązaniem nie będzie przyjaźń – ale przemoc. Owszem, w obronie, ale jednak: bo coś za dużo tych kładzionych pokotem ciał, nawet jeśli mowa o elfach, które wcześniej jednak okazują się nie być takie fatalne z kościami.

VI. I jeszcze słówko o przekładzie. Wiecie, ja uwielbiam Pratchetta w polskim tłumaczeniu Piotra W. Cholewy, ale moją uwagę w „Pasterskiej...” zwrócił ten rodzaj gwary, jaką mówią Feegle. I chociaż to Feegle, więc wszystkiego można od nich oczekiwać, ale – skąd to niekonsekwentne mazurzenie? Raz „ż” jest wymiawiane jak „z”, innym razem „rz” jak „z”, a czasami jak „rz” – nie wiem, czy to przeoczenie redakcji lub korekty, czy świadoma decyzja o nadaniu Feeglom takiego trochę klimatu udawactwa (wiecie, jak ci wszyscy, którzy chcą coś powiedzieć niby gwarowo, ale im nie wychodzi).

No dobrze, to chyba wszystko, co mi przychodzi do głowy z takich wrażeń spisywanych na gorąco. Koniecznie dajcie znać, jak Wy odebraliście ten tom! No i powtórzę: smutno mi, że Dysk pożeglował dalej na grzbiecie Wielkiego A'Tuina i nie zobaczymy się więcej z bohaterami. Ale jak dobrze, że zostawili nam tyle historii o sobie, do których można wracać.

Weź dokładkę!

49 komentarze

  1. No tak, przeczytałam wstęp i na tym poprzestanę na razie :) Dzięki za uprzedzenie o spojlerach :) Tyle mi jeszcze Pratchettów zostało do przeczytania, że do ostatniego tomu nie dojdę chyba w tym roku... ale tak to jest, jak się bliźnich nie słucha i zaczyna od "Koloru magii"... człowiek się zniechęca, wraca po iluś latach i teraz mam za swoje... Tu dyskusje o "Pasterskiej Koronie", a ja dopiero "Ruchome obrazki" skończyłam. Ten rok oficjalnie zostanie u mnie rokiem z Pratchettem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, to masz zdecydowanie wspaniały czytelniczo rok, dużo dobra Cię czeka! :) Swoją drogą, ja zaczynałam od "Pomniejszych bóstw" i "Ruchomych obrazków" właśnie, podejrzewam, że gdybym zaczęła od samego początku, to też mogłabym się aż tak nie wciągnąć. Dwie pierwsze części darzę zdecydowanie najmniejszym sentymentem (aczkolwiek z chęcią do nich kiedyś wrócę).

      Usuń
  2. "Koronę..." zamówiłam. Na razie cieszę się na lekturę i smucę, że to koniec...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto się cieszyć na lekturę, w każdym razie obstaję przy stanowisku, że to jest satysfakcjonujący w dużej mierze koniec (a bałam się, że tak nie będzie).

      Usuń
  3. Ja zaczelam od Morta, cykl mi sie konczy i nie wiem za co sie dalej zabrac

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli za Pratchetta, to bardzo polecam jego eseje i krótsze teksty z "Kiksów klawiatury". On sam uważał, że jego najważniejszą powieścią jest "Nacja", ale jeszcze nie czytałam, więc tu nic konkretnego Ci nie powiem. A "Naukę Świata Dysku" znasz?

      Z fantasy nie aż tak wpływowego, ale bardzo przyjemnego w czytaniu, mogę polecić Blaylocka -- mało u nas znany, a trylogia o serowarze czyta się, no właśnie, dość przyjemnie i niekiedy umie zaskoczyć ;).

      Usuń
    2. "Nacja", bym powiedział, jest niezbyt satysfakcjonująca.

      Usuń
    3. No właśnie ciekawa jestem, jaka właściwie jest ta "Nacja", bo od wspomnianych "Kiksów..." ciągle się zbieram, żeby ją przeczytać -- jasne, autorzy często uważają za swoje najważniejsze książki takie, które czytelnicy odbierają inaczej, ale chociażby z tego powodu chciałabym przeczytać ;).

      Usuń
    4. Być może moja nienajlepsza opinia na temat Nacji wynika z tego, że to książka spoza Dysku. Mnie się to wydawało jakimś skrzyżowaniem Dwóch lat wakacji z Władcą much. Swoją drogą, chętnie sobie powtórzę kiedyś.

      Usuń
    5. Rozumiem, dla mnie też książki nie-Dyskowe bywają problematyczne (do dzisiaj nie rozumiem fenomenu "Dobrego omenu", o "Długiej Ziemi" kiedyś rozmawialiśmy, no, "Kiksy..." podobały mi się za to bardzo, więc i "Nacji" dam szansę ;)).

      Usuń
    6. Dobry omen być może poległ z powodu tłumaczenia, mnie też się nie podobał. Długa ziemia to wiadomo :P Mgnienie ekranu warto dla jednego opowiadania właściwie. Z tego wszystkiego Nacja chyba i tak wygląda najlepiej.

      Usuń
    7. Całkiem być może, ale ja miałam też wrażenie, że cały pomysł był za prosty i nie aż tak wypolerowany, żeby olśnić. Ale może to dlatego, że wcześniej widziałam wariacje na ten sam temat -- a w czasie powstania "Dobry..." mógł być jednak pionierski ;). A znasz powieści o Johnnym Maxwellu? Bo przyznaję, tego nawet nie miałam w rękach.

      Usuń
    8. Owszem, czytałem Johny i bomba, koncept zupełnie do mnie nie przemówił, to już wolę Dywan i Nomy :)
      Intrygi Dobrego omenu nie pamiętam zupełnie, ale kiedy zaczynałem Świat Dysku, to miałem wrażenie, że Pratchett przeniósł z Omenu część pomysłów.

      Usuń
    9. O, właśnie Nomy! Muszę zajrzeć kiedyś, tu też mam braki :). Hm, może przeniósł, ale szczerze mówiąc dowodów teraz mieć nie będę ;).

      Usuń
    10. Nomy się przyjemnie czyta, skojarzenia z Feeglami nieuchronne. Z Omenu chyba przeszedł Śmierć, Jeźdźcy Apokalipsy, nie wiem czy nie Cohen i spółka. O ile nie zmyślam na bieżąco, serio niewiele pamiętam.

      Usuń
    11. Lubię Feeglów, więc brzmi zachęcająco ;). Co do "Omenu..." nie potwierdzę, nie zaprzeczę, nie wiem, czy te pomysły nie wykluwały się aby obok siebie ("Kolor magii" to '83, a Śmierć już tam jest, jeśli mnie pamięć nie myli, nie jestem wielką fanką początków Rincewinda, "Dobry Omen" to '90, więc później).

      Usuń
    12. Nie sprawdzałem chronologii. Być może więc motywy krążyły w obie strony.
      Rincewind, brr.

      Usuń
  4. Smutno tak, że nie ma już z nami Pratchetta... :(

    OdpowiedzUsuń
  5. No odważnie tak z detalami, jak dobrze że nie zajrzałem wcześniej, mogłem się spłakiwać nad Babcią Weatherwax z zaskoczenia.
    Osobiście żałuję, że Wilcza Jagoda zginęła, bo byłby przyjemny happy end. Ale teraz jest bardziej życiowo, niestety, i bardziej prawdziwie.
    Geoffrey to faktycznie duży potencjał, szkoda że nie zostanie wykorzystany. Tyle że symbolizować będzie genderowe przemiany na dysku, rozpoczęte szpilkami żeńskich krasnali.
    Gwara Feegli mi nie przeszkadzała, bo okropnie nie lubię takich pseudogwar i z trudem je czytam. Natomiast w początkowej scenie z panną Tyk zrobiłbym "pławienie czarownic" zamiast kąpania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego solennie ostrzegałam na początku, żeby się strzec spojlerów. Bo to w sumie taka książka, którą chciałam omówić też na własny użytek, bo ważna -- może nie najlepsza z dyskowych, ale ważna. Tak, mnie też Wilczej Jagody szkoda, nie spodziewałam się, że tak będzie, szczerze mówiąc. I nie wiem, czy jest tak, że elfy nie umieją współdziałać, więc są skazane na odejście (jak wyczytałam u Ciebie :)). Wydaje mi się, że jednak umieją -- Wilcza Jagoda świadkiem -- więc może z czasem jednak jest i dla nich szansa. Odeszły w końcu do czasu, kiedy nie nauczą się współpracować.

      Oj tak, Geoffrey zdecydowanie to kolejny etap, rozpoczęty przez kransoludki -- przy czym tak ładnie opisany, że żal, że nie będzie nic dalej. Przy czym: masz jakąś teorię a propos Mefistofelesa? Kim/czym ten kozioł jest? Bo on miał mieć chyba nie tylko symboliczne znaczenie, jak mniemam.

      Usuń
    2. Ostrzegałaś, więc przed lekturą nie czytałem Twojego tekstu.
      Elfy nie umieją współczuć, tak napisałem, o ile pamiętam. Wilcza jagoda mogła być wyjątkiem, bo sama zaznała okrucieństwa pobratymców i to mogło wywołać jakiś przełom. Gdyby przeżyła, mogłaby reedukować elfy, skoro zginęła, to wątpię, żeby Tiffany próbowała uczyć współczucia kolejnego elfa, więc te stworzenia raczej się nie zmienią.
      Geoffrey miał potencjał na osobną powieść. Mefistofeles w pierwszej chwili kojarzył mi się diabolicznie, ale to się nie potwierdziło. Moim zdaniem to po prostu inteligentne zwierzę z charakterem, które lubiło swojego opiekuna. Taka lepsza wersja Greebo :D

      Usuń
    3. Myślę, że i tak mają potencjał na to, by wrócić i zaistnieć w świecie nie jako okrutni mordercy, ale jako kolejny gatunek -- w każdym razie między słowami coś tam takiego jest. Może nie w czasach Tiffany, ale kto wie, może kiedyś (kiedy świat zmieni się jeszcze bardziej? Bardzo to Tolkienowski motyw!).

      Miał, miał, zdecydowanie. Z chęcią dowiedziałabym się o nim więcej. Co do Mefistofelesa -- no ciekawa jestem, może to jego spotkanie z Ty świadczyło raczej o niezwykłości Ty niż jego samego ;).

      Usuń
    4. W sumie elfy są już chyba ostatnią rasą, której nie objęło dyskowe multikulti :P Więc czemu nie, mogą zostać przytuleni do łona społeczności, ale faktycznie długa droga do tego, a nikt chyba specjalnie nie będzie z misją do nich ruszał.
      Mnie Ty fascynowała, stale podejrzewałem, że jednak Babcia mogła jej zostać skrawek swej świadomości, żeby obserwowała wypadki :) Wg posłowia taka zresztą była pierwsza wersja.

      Usuń
    5. Misją na pewno nie -- raczej przyjdą, jak będą gotowe. Co zaś do Ty -- właśnie, wspomniany w tekście Gaiman mówił, że taki był zamiar: Babcia przeniosła się w ciało Ty, a na koniec miała odejść, ale nie wtedy, kiedy przyszedł po nią Śmierć, ale na zupełnie własnych zasadach. Co w całości miało mieć wydźwięk symboliczny. Przyznaję, że nie brakowało mi tego -- scena odejścia Babci jest po prostu mocna sama w sobie, jak zauważyłeś -- ale trochę tego zamiaru z "Pasterskiej...", jaką dostaliśmy, jednak prześwituje.

      Usuń
    6. Same nie przyjdą, bo nie będą gotowe - niby jak? skąd? Nikt im nie pokaże tego, co Tiffany pokazała Królowej.
      Moim zdaniem teraz jest lepiej, z symbolicznymi wydźwiękami łatwo można przefajnować i tu by chyba tak właśnie było. Esme miała swoją godność, koniec gry to koniec gry, a nie jakieś oszukiwanie w ciele kota :P Co innego gdyby umarła Niania Ogg, ta by się pewnie pazurami trzymała Dysku.

      Usuń
    7. Z drugiej strony jest pewna nadzieja w tym, że o Wilczej Jagodzie ma się pamiętać (Tiffany mówi wręcz, że musi się pamiętać), czyli że jednak pamięć o dobrym elfie ma przetrwać. No i: "może, kiedy wszechświat zakręci się jeszcze, spotkamy się znowu, w innym obrocie i szczęśliwszych okolicznościach" (ale to już król elfów; no i znowu Tolkienowy motyw).

      Tak, mnie też się wydaje, że bez takiego silnego symbolizmu jest lepiej, a co się daje wyczytać, to się daje :).

      Usuń
    8. No tak, ale pamiętać będzie Tiffany i spółka. Tyle dobrego, że następnym razem będą wiedzieć, że się da reedukować elfa. W dobre intencje króla bym nie wierzył; równie dobrze szczęśliwsze okoliczności mogą oznaczać, że władca będzie miał ochotę sobie popodbijać Dysk :P

      Usuń
    9. Pamięć na Kredzie idzie przecież w pokolenia, w przekaz międzygeneracyjny i w pamięć ziemi, więc nie byłabym tu taką pesymistką ;). Co do króla -- zgoda, też tak w pierwszym odruchu pomyślałam, ale potem naszła mnie taka myśl, że inny obrót to zmiana, a więc i król może być już wtedy nieco inny (w końcu ma szopę ;)!).

      Usuń
    10. Pytanie, czym on się w tej szopie zajmie. Mam czarne podejrzenia :P
      Ale nawet pamięć ziemi nie wpłynie na elfy, co najwyżej na wnuczkę Tiffany :)

      Usuń
    11. Nie dziwię się ;). Na elfy nie -- ale na pamięć o nich na pewno (zamiast legend, w których elfy są ładne i rozkoszne, co jest groźne, zostanie pamięć o tym, że mogą się nauczyć żyć razem z innymi, a to już dużo).

      Usuń
    12. Ale ta nowa pamięć też może być groźna dla jakiegoś naiwnego idealisty, który zechce nawracać elfy.

      Usuń
    13. Teoretycznie -- ale tak to jest przedstawione, że różni się od tej "pamięci zmieniającej się w mit", z jaką mamy do czynienia w "Panach i damach". Stąd mój umiarkowany optymizm :).

      Usuń
    14. Przebijasz mnie lepszą znajomością źródła, Panów i dam nie lubię, wolę Maskaradę :)

      Usuń
  6. Moim zdaniem ta książka to jest najlepsze możliwe zakończenie, jakie mogliśmy dostać. Dla mnie to jest list pożegnalny, szczególnie te sceny z Babcią. W ogóle jestem zachwycona i tak podekscytowana książką, że wkońcu się złamałam i znowu założyłam bloga, bo musiałam to z siebie wystukać. Tyle dobrych emocji... Zupełnie niepotrzebnie się tej książki bałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że miałyśmy podobne obawy przed lekturą. Mnie towarzyszyła też obawa, że nie będzie dobrze, bo "Para w ruch" jako koniec cyklu o Moiście była bardzo rozczarowująca. A tutaj -- zgadzam się -- wszystko jest tak, jak być powinno. Mam to samo wrażenie, że śmierć Babci Weatherwax jest świetnie zakomponowana. Pamiętam, że Pratchett powiedział kiedyś, że nie zabije tej postaci i będzie ją pisał tak długo, jak będzie mógł -- w tym sensie to jest też bardzo symboliczne rozwiązanie fabularne.

      Usuń
  7. Pamiętam, że mnie "Para..." całkiem się podobała, ale na przykład "Niewidocznymi akademikami" byłam bardzo rozaczaorwana. Być może dlatego, że nie przepadami, ani za magami, ani za piłką nożną. I być może dlatego wszystko inne oceniałam w porównaniu na plus. ;)
    O tej wypowiedzi Pratchetta, dotyczącej śmierci Babci nie wiedziałam. Rzeczywiście w tym kontekście taka decyzja jest jeszcze bardziej interesująca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, mnie "Akademicy..." nie ruszyli tak bardzo (czytałam tylko raz i byłam stosunkowo zadowolona, ale słabo tę akurat część pamiętam, zwłaszcza że wolę te części, gdzie magowie są, no cóż, częścią akcji, a nie jej głównym przedmiotem), natomiast na "Parę..." bardzo czekałam i rozczarowałam się, zwłaszcza tymi postaciami zachowującymi się nieco jak nie one. Ale wrócę do niej kiedyś, żeby sprawdzić, jak się te wrażenia przechowały (na przykład sczytać tak cięgiem wszystkie trzy tomy o Moiście? brzmi jak plan!).

      Usuń
    2. Przepraszam, że się wtrącę, ale czytanie Moista hurtem to bardzo zły pomysł. Zdarzyło mi się czytać po sobie Piekło i Finansjerę, co niestety podkreśliło tylko wtórność Finansjery, tak wtórną, że aż boli.

      Usuń
    3. Czytałam! W sensie: też tak raz zrobiłam i owszem, zgodzę się, że widać, że schemat narracyjny jest podobny, a "ten zły" słabo wykorzystany, ale przy pierwszym czytaniu byłam bardziej krytyczna. Dlatego ciekawa jestem, jak czytana w jednym ciągu z tymi dwoma wypadnie "Para...".

      Usuń
    4. Dobiłaby mnie miałkość Finansjery, a jeśli przypadkiem bym nie zszedł całkiem, to Para dokonałaby reszty :D Para to chyba jeden z tych Pratchettów, których nie mam ochoty powtarzać.

      Usuń
    5. Hm, w "Finansjerze" jest przynajmniej mops ;). Ale nie, tak na serio, to mnie się wydaje, że jednak "Para..." mogłaby tu skorzystać na takim rozruchu dwoma poprzednimi tomami, plus sentyment. Ale to takie gdybanie, jak spróbuję, to powiem, jak było ;).

      Usuń
    6. Moim zdaniem by nie skorzystała, bo to jest książka o nie wiadomo kim; taki niekonsekwentny bohater zbiorowy tam występuje.

      Usuń
    7. Zgadzam się -- dlatego też jest rozczarowująca jako zwieńczenie cyklu o Moiście. A z drugiej strony jest potrzebna, żeby wydarzenia z "Pasterskiej..." mogły się w ogóle zadziać.

      Usuń
    8. Ja bym Pary nie traktował jako zwieńczenia cyklu o Moiście, mimo iż początkowo się tak zapowiada. Ot, jeden z tych tomów, gdzie pojawiają się wszyscy po trosze. Ale oczywiście ma swoje miejsce w rozwoju całości, zresztą w miarę upływu czasu Świat Dysku robił się coraz spójniejszy, by wreszcie osiągnąć niemal pełnię konsekwencji :)

      Usuń
    9. Gdyby tak na to spojrzeć, być może "Para..." więcej by zyskała. Ale przyznaję, czekałam na nią właśnie jako na finał historii Moista -- jeszcze kiedy miała być o podatkach ;).

      Tę dyskową konsekwencję właśnie lubię -- stąd może niekoniecznie jestem fanką tych zupełnie wczesnych części (chociaż nawiązanie do historii kobiety, która była magiem, w "Pasterskiej koronie" strasznie mnie poruszyło, bo pokazywało to uspójnienie: jednak ta część zawsze była dla mnie tak bardziej poza wiedźmowym cyklem).

      Usuń
    10. Równoumagicznienie to taki tom, który słabo pamiętam, ale który faktycznie stanowił zapowiedź, że kiedyś Pratchett pójdzie nie w ganiającego się bez sensu Rincewinda, tylko coś fajniejszego :) I w sumie to pierwszy przejaw dyskowego dżenderu :)

      Usuń
    11. Zdecydowanie -- i fajnie, że motyw z tą bohaterką wrócił na koniec, bo jednak brakowało odniesień trochę do tego, jako że było to w czasach ganiającego Rincewinda, jakby innej dyskowej epoki zupełnie ;).

      Usuń