Nakarmieni przez Anię albo o jedzeniu u Lucy Maud Montgomery



Wpis rozpoznawczy, z lekką nutką nostalgii.


Widzicie, noszę się z serioznym zamiarem, by powtórzyć wszystkie „Anie...”, a to przez lekturę „Dzbana ciotki Becky”, który natchnął mnie na powrót na Wyspę Księcia Edwarda. A „Dzban...” to nasza lektura piknikowa. A piknik z klasyką – już w piątek. A skoro piknik, to postanowiłam wrócić do dawno tu nie goszczącej zapowiedzi, co też jeść na nim możemy i skomponować menu – tfu – notkę o tym, jak się u Montgomery karmi.

Danie główne: mysz zatopiona

Przyznaję zupełnie szczerze, że ta biedna utopiona mysz, w szykowanym na cudowne popołudnie posiłku, to jest z jednej strony anegdota, która się za bohaterką ciągnie (a w pierwszym rzędzie pokazuje jej nastoletnie rozmarzenie i roztargnienie), z drugiej trochę morał: wciąż się waham, czy nachalny (bo jednak dzieje się rzecz mało przyjemna), czy nienachalny (bo to jednak jest, no cóż, mysz zatopiona w potrawie). Jakby nie było – jedna z najciekawszych scenek rodzajowych w „Ani z Zielonego Wzgórza”, w dodatku z tą finalną sceną przyznania się do mysiego samobójstwa.

Niebezpieczny deser: wino porzeczkowe

Wino, specjalność Maryli (w świecie Avonlea w ogóle dobrze jest mieć jakąś specjalność: taką, która wiele nam mówi o bohaterze/bohaterce – częściej jednak bohaterce, mimo wszystko – a zarazem pokazuje, jak oszczędnie swoim talentem w przygotowywaniu czegoś jadalnego operuje: wspomnijmy jedną z wczesnych spadkobierczyń słynnego dzbana Darków w „Dzbanie ciotki Becky”, która trzymała w nim doskonały dżem z czarnej porzeczki), staje się oczywiście kolejnym asumptem do tezy „Ania jest rozmarzona i roztargniona” i kolejną anegdotką. Może nawet bardziej przeze mnie lubianą niż historia z myszą (nikt nie ginie!), bo nie ma tu jednoznacznego osądu, i nawet Maryla jest skłonna przyznać, że roztargnienie roztargnieniem, ale bez przesady (choć obrywa się wtedy Dianie). 
 
 
 
To może zajrzyjmy LMM do kuchni. Albo do czegoś, co mogłoby tak wyglądać. Źródło.



Co zostaje po jedzeniu: garnek po ziemniakach

Jeśli jest w literaturze jakieś brudne naczynie, które pozostało mi w pamięci tak mocno, że myślę o nim zawsze w określonej sytuacji – to jest nim garnek po ziemniakach Zuzanny z „Ani ze Złotego Brzegu”. Gotując ziemniaki przypominam sobie zawsze oburzenie bohaterki, gdy została publicznie oskarżona o to, że nie myje garnka po ich gotowaniu. I do dzisiaj nie sprawdziłam, czy ona go rzeczywiście nie myła (państwo Blythe jedząc ziemniaki jedliby więc zarazem wszystkie ziemniaki, jakie kiedykolwiek jedli w domu?), czy – na przykład – nie namaczała.

Powstała również książka kucharska na bazie notatek Lucy Maud Montgomery. To rozkoszny przykład na to, jak można zmysłowo uchwycić świat książki, którą się kocha albo przynajmniej darzy ciepłym uczuciem (albo zupełnie nie darzy i chce się udowodnić, jak oni strasznie jedli – ale tu uwaga: bo jednak większość tych przepisów jest naprawdę smaczna). Jak pamiętacie kiedyś wspominałam, że wyprodukowaliśmy zgodnie z takim przepisem wino porzeczkowe i w końcu zostało ono przez nas wypite, i było całkiem smaczne. Może nie Maryla-level, ale niezłe. A z kolei nasz tegomiesięczny bohater, „Dzban ciotki Becky”, kojarzyć mi się będzie – w kwestiach kulinarnych – z pewną zupą rybną oraz bezwstydnym zbieraniem omułków na nią w samym stroju kąpielowym. Ech, ta kuchnia – pełno w niej zasadzek na moralność bohaterów! 
 
 
 
 
 

A że jest to wpis „rozpoznawczy”, bo bazuje głównie na Aniach i na „Dzbanie...” – bo, przyznaję, pozostałe powieści LMM, jakie czytałam, nie utkwiły mi w pamięci zbyt mocno – to liczę na Wasze dopowiadania!

Weź dokładkę!

22 komentarze

  1. Oprócz tego słynnego wina, którym Ania spoiła Dianę, nic jedzeniowego z cyklu LLM nic nie przychodzi mi do głowy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tort! Aniny tort z maścią rozgrzewającą dla pani Allan! Kolejne dzieło kulinane z serii wpadek. Swoją drogą Maryla niby taka porządna, a w jej kuchni dziwne zwyczaje panują. Żeby mazidło trzymać w pojemniczku z napisem "wanilia" :)

    I ten udany już polukrowany na różowo tort orzechowy, który zamiast w Towarzystwie Polepszania Życia skończył jako rekompensata za krowę pana Harrisona... Jakoś słodkości zawsze najlepiej tkwią w mojej pamięci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak to jest, jak się czyta inne tłunaczenie niż wszyscy. Do Ani w młodości czułam niechęć, nie przeczytałam właśnie ze względu na język powieści, drażnił mnie mocno. Dopiero dwa lata temu kupiłam sobie nowe wydanie w tłumaczeniu Pawła Beręsewicza, którego lubię, i tam była maść rozgrzewająca. Tak jak w oryginale, właśnie sprawdziłam. Co swoją drogą ma znacznie więcej sensu niż waleriana, która ma tak intensywny zapach, że trudno byłoby ją pomylić z wanilią i nie zauważyć przy dodawaniu do masy i przy pieczeniu. Oraz przed zjedzeniem. Ciekawe, czy różowy tort dla pana Harrisona też był w Polsce czymś innym.

      Usuń
    2. Ja to doskonale rozumiem, to znaczy wydaje mi się, że jakoś takie trzymanie czegoś w buteleczce/pudełku po czymś innym to nie dość, że oznaka zadomowienia w kuchni ("wiem, gdzie co trzymam"), to generuje wspomnienia ("tę puszkę po kakao mam z..."). A w przypadku Maryli dochodzi jeszcze zapobiegliwość ("taki dobry pojemniczek!") ;). Wychowałam się w domu, gdzie podobne zwyczaje były szeroko kultywowane, na szczęście wpadek kulinarnych nie było aż tak spektakularnych ;).

      Natomiast nad kwestią czy to waleriana, czy maść, przyznaję, nie zastanawiałam się... Ale ciekawa jestem, jak wypada to nowe tłumaczenie -- sprawić sobie nie sprawię, bo mam całość w tych starszych, ale muszę sprawdzić, czy moja biblioteka może zakupiła :)!

      Usuń
    3. Ja nigdy nie zapoznałam się ze starszym tłumaczeniem, więc też nie mam porównania :) Jedno, co wiem, to że starsza Małgorzata w nowszym jest Rachelą zgodnie z oryginałem. Wiem też, że wzbudziło to niechęć wśród czytelników przywiązanych do poprzedniej wersji. Niestety, obawiam się, że Beręsewicz przełożył tylko pierwsze dwa tomy, wyszły już jakiś czas temu, a kolejnych nie widać... Pewnie się nie przyjęły... Szkoda mi, bo liczyłam na całość.

      Co do Maryli - ja rozumiem wykorzystywanie pojemniczków, u mnie żaden słoik nie ląduje w śmieciach, zawsze ktoś przygarnie na przetwory, a zamykane puszki różnego rodzaju to cenne skarby. Ale żeby napis po wanilii został? O to Maryli bym nie podejrzewała, robiła wrażenie tak porządnej, że wszystko powinno być podpisane poprawnie :)

      Usuń
    4. Rachel Linde dla mnie była i jest szokiem ;). I nawet czytając "Anię z Zielonego Wzgórza" po angielsku czytałam to dosłownie "Linde" i widząc w wyobraźni Rachel Linde miałam zupełnie inną osobę przed oczami niż myśląc o Małgorzacie Linde ;). Co zrobić (a co do tych nowych tłumaczeń: straszna szkoda, może tylko utkwiły na jakimś etapie pracy i jednak się ukażą?).

      Aaa, no tak, faktycznie, co do napisu, to mogę się z czystym sumieniem dołączyć do zdziwienia :D.

      Usuń
  3. Powtórzenie Ani! To jest to!
    Wprawdzie jakiś czas temu rozpoczęłam ponowne czytanie, ale doszłam jedynie do "Ani z Szumiących Topoli", a teraz już znowu niewiele pamiętam, zatem chyba zacznę od początku :)

    Co do kulinarnych skojarzeń to było jeszcze ciasto z kroplami walerianowymi zamiast wanilii, które Ania zaserwowała bodajże swojej nauczycielce przed którą chciała wypaść jak najlepiej :) Mam w ogóle wrażenie, że u Montgomery ciągle pojawiają się jakieś ciasta. Gdy Ania zbiera datki na pomalowanie Domu Kultury (w "Ani z Avonlea") co rusz wpada do kogoś na herbatkę i obowiązkowe ciasto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak widzę poszło Ci lepiej niż mi, mnie przed dwoma laty udało się dotrzeć do "Ani z Avonlea", ale nie miałam wtedy silnego, zorganizowanego postanowienia ;).

      Bo ciasta poprawiają życie ;). A serio -- mnie się zawsze książki z ciastami wydają bardziej przytulne (jak już kiedyś wspominałam, strasznie lubię czytać, jak to Bilbo na początku "Hobbita" ma ciasto przygotowane "na później" ;)).

      Usuń
  4. A groszek posłodzony przez Anię, Dianę i Marylę i ciasto dla pani Allen z kroplami walerianowymi zamiast wanilii? W "Złocistej drodze" była podobna historia, kiedy Felicja zamiast sody dodaje do racuchów (doskonałych) proszek do zębów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, groszek! Pamiętałam mgliście, że była jakaś akcja z groszkiem, ale nie pamiętałam, o co chodzi. A miętowe racuchy, no, no ;).

      Usuń
  5. Przyszły mi jeszcze do głowy lody. Zdaje się, że w którymś rozdziale „Ani z Zielonego Wzgórza” Ania wpadła w euforię, bo na niedzielnym pikniku miała po raz pierwszy w życiu spróbować lodów. Zachwyca mnie ten jej zachwyt :) – na próżno teraz szukać kogoś, u kogo taki atak entuzjazmu wywołałyby po prostu... lody :). Nawet jeśli próbowane po raz pierwszy :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że tak teraz jakoś -- ale nie mam czym potwierdzić -- kojarzy mi się, że ten motyw lodów jedzonych po raz pierwszy to jest szersze literackie zjawisko? Właściwie nie byłoby w tym nic dziwnego, bo jednak nie było to coś spożywanego na bieżąco, ale uważanego za coś raczej wytwornego i "nie dla mas". Dobrze, że ten przesąd się zdewaluował ;).

      Usuń
  6. Czary Marigold- ciasto czekoladowe wyjedzone przez księżniczkę Wawarę i hop-smaczki (IIRC z rodzynkami). Tudzież ciasto pieczone na chybcika bo goście przyjechali i żadnego nie było w spiżarni.

    Historynka- sytuacja jw. Felicity piecze sucharki. Z proszkiem do zębów zamiast do pieczenia. Wszystkim smakują, czego nie da się powiedzieć o puddingu z trocin.

    Ania- tort z kroplami walerianowymi. I obiad dla pisarki Karoliny Morgan
    Na wstępie podamy jakąś lekką zupę, cebulowa udaje mi się przecieŜ zawsze
    świetnie. A potem pieczone kurczęta. Przeznaczę na to dwa białe koguciki. Były moimi
    ulubieńcami od chwili, gdy szara kura je wysiedziała - takie dwie śliczne kule z Ŝółtego
    puchu. Kiedyś trzeba je przecieŜ poświęcić, a z pewnością trudno będzie u nas o większą
    uroczystość.
    (...)
    - Z jarzyn przygotuję: groszek, puree z kartofli i sałatę - wyliczała Ania - na deser
    torcik cytrynowy z bitą śmietaną, a wreszcie ser, kawę, kruche ciasteczka. Jutro upiekę tort i
    ciasteczka oraz uprasuję moją białą muślinową sukienkę"

    Niestety na skutek zamieszania z datami bohaterka musiała to zjeść sama. Parę dni później w domu pranie, w spiżarni hula wiatr i goście na horyzoncie- ale od czego ma się sąsiadów
    "- Matka moja ci to przysyła - rzekła podnosząc pokrywę i ukazując uszczęśliwionej
    Ani zręcznie pokrajane i ułożone kurczę.
    Świeży chleb, doskonałe masło i ser, placek owocowy wypieku Maryli i salaterka
    konfitur ze śliwek pływających w złotym syropie niby w zakrzepłych promieniach słońca,
    dopełniły uczty. "

    Sporo tego było, ale mnie zastanawia złocistosrebrzyste ciasto- wg przepisów to dwie warstwy biszkoptu, a ja raczej celowałabym w zapiekaną skorupkę z kokosa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku, nie zwróciłam uwagi na ten dość drastyczny szczegół w postaci "kocham je bardzo, więc je zjem na uroczystości" motyw! Chociaż sam obiad, faktycznie, pamiętam (aczkolwiek zastanawia mnie ta "lekka zupa cebulowa" ;)).

      Wydaje mi się, że w książce kucharskiej z Zielonego Wzgórza jest przepis na złocistosrebrzyste ciasto, ale mogę się mylić, bo choć ciasta lubię, to ich nie piekę, przepisy zwykle wydają mi się magiczne tak bardzo, że od razu je zapominam ;).

      Usuń
  7. Mysz w posiłku (nie był to jakiś pudding przypadkiem?) i wino porzeczkowe - tylko te dwie potrawy utkwiły mi w pamięci... Kiedyś jeszcze wrócę do cyklu o Ani (bo stoi na półce i z czystego sentymentu bym chciała przeczytać ponownie) i wtedy postaram się zwrócić uwagę również na potrawy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czystego sentymentu i ciekawości -- takie są moje motywacje. Bardzo jestem ciekawa, czy uda mi się (i jak) spojrzeć na te powieści na nowo. A biedna mysz jest faktycznie "utkwiwalna" w pamięci ;).

      Usuń
  8. Ciasto z kroplami walerianowymi! Ja wyobrażałam je sobie zawsze jako zbity biszkopt:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jako wielbicielka L.M.Montgomery przeczytałam (i posiadam) wszystkie wydane w języku polskim jej utwory (oprócz tego ostatniego niewydarzonego tomiszcza, na którym dzisiejsi wydawcy chcieli zbić kasę).

    Motywów kulinarnych jest naprawdę sporo - i w powieściach i w opowiadaniach. Trudno w komentarzu wymienić wszystkie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest straszne, ale przyznaję, że w całości go nie zmogłam -- tak bardzo rozczarowało mnie pokazanie wierszy Waltera, które były... No, nie były w każdym razie takie, jak obiecywała autorka, kiedy tylko pokazywała reakcje na nie.

      Usuń
    2. Ja również całości nie przeczytałam, bardzo mnie rozczarowało, więc nie kupiłam.

      Usuń
    3. Ano właśnie (mój egzemplarz był biblioteczny). Na początku w ogóle myślałam, że może to nie oryginał, ale jakiś zlecony sequel czy coś w tym rodzaju ;).

      Usuń