Napisz mi powieść historyczną albo o sposobach przenoszenia czytelnika w przeszłość



Mając w tym roku – a w weekend majowy zwłaszcza – do czynienia z polskimi powieściami retro (czyli pisanymi współcześnie, ale traktującymi o przeszłości), postanowiłam prześledzić wspólne wątki, motywy i sposoby, które w zamierzeniu autorów tę przeszłość nam odmalowują.


Ważne Wydarzenie Historyczne: dobrze, gdyby było. Można oczywiście po Sienkiewiczowsku (tu składamy pisarzowi życzenia urodzinowe) zacząć banalnie, od daty – ale czemuż by nie umilić czytelnikowi wieczoru i zamiast łupsnąć go rokiem między oczy, nie zasugerować, gdzie jesteśmy, na przykład przez pogrzeb Postaci (patrz: Spotkajmy się z Postacią), demonstrację, jaką mija nasz bohater, sarkanie na reformę, którą akurat przeprowadzają mu pod nosem albo narzekanie na ciężar szabli, jaką wiezie z tej a tej bitwy.

Wszyscy czytamy gazety: Przede wszystkim jednak, jak się okazuje, żadna powieść retro nie może się obejść bez czytania gazet. Bohater musowo wysupłuje kilka groszy na miejscową bądź ogólnopolską gazetę, żeby wyczytać w niej, co się dzieje albo podrzucić nam ciekawostkę z epoki. O ile, oczywiście, nie piszemy powieści na tyle daleko osadzonej w czasie, że gazet jeszcze nie było. Ale od wieku XIX możecie śmiało celować w chwytliwe nagłówki i dziwne artykuły. Przy czym to jest element strasznie łatwy do popsucia: trudno sprawić, żeby wyglądał naturalnie, a nie „autor wyczytał, spodobało mu się, więc niech bohater też wyczyta i poinformuje czytelnika”. Niektórym się udaje.
 
 
 Skoro o historii mowa, będą zdjęcia historyczne z rzeczy, które
akurat wydarzyły się piątego maja. A otwarto wtedy na przykład
w 1880 roku uruchomiono tramwaje we Lwowie. Źródło.



Żorżety i mantylki: bohater musi koniecznie nosić jakiś trudnobrzmiący element ubioru (im mniej znajomo brzmi, tym lepiej), a najlepiej, jeśli nosi wszystko, co nosiło się w epoce (co czasami sprawia, że jest ubrany nie naturalnie, ale jak ekspozycja muzealna). Wysłanie bohaterów do sklepu z tkaninami albo pasmaterii też daje okazję do pokazania, w jakiej epoce się znajdujemy i że jest to epoka nieco dawniejsza. Niech przebierają i wymieniają się uwagami na ten temat, a jak zapiszemy nazwę materiału w sposób, w jaki funkcjonowała ona w co starszym słowniku – efekt podwójny!

Karpia z mizerią mi daj: koniecznie, ale to koniecznie musicie znaleźć książkę kucharską, a potem kazać bohaterom konsumować dania z epoki. Im bardziej specyficzne się wydadzą, tym lepiej. W czytanej ostatnio „Tajemnicy domu Helclów” zaskoczył mnie karp (jeśli dobrze pamiętam: na szaro) podawany z mizerią – i to mniej więcej o takim efekcie mowa. Raczej nie o wyszukaniu czegoś, co jedzono sporadycznie, w jednej miejscowości gdzieś daleko albo od święta, bo efekt będzie nie ten. I już można się porozpływać nad bogactwem staropolskiej kuchni bądź jej ubóstwem (zależnie od tego, z jakiej warstwy społecznej mamy bohaterów).
 
 
 
 5.5.1809 roku Mary Kies, pierwsza kobieta w historii,
uzyskała patent na swoje nazwisko na własny wynalazek. Źródło.



Skręćmy z Hindenburga w Nowotki: temat, który już poruszaliśmy, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii ulic (sami sprawdźcie), ale to sposób uhistoryczniania strasznie popularny. Znajdujemy plan miasta z epoki i każemy śmigać po nim (po mieście, nie po planie – chociaż...) bohaterom, lubując się w opisywaniu skąd skręcili gdzie. Raduje nas też wyobrażona mina czytelnika, który w pocie czoła sprawdza, co to za ulica obecnie. Tak jak z czytaniem gazet – efekt bardzo trudny do osiągnięcia i bardzo nadużywany.

Spotkajmy się z Postacią: i na koniec mój ulubiony sposób, czyli pozwólmy bohaterowi spotkać się z jakąś słynną postacią historyczną. Tak jak ze wszystkim, tak i tu łatwo przedobrzyć (może niekoniecznie niech ten bohater potyka się wręcz o ludzi z podręczników historii), ale zastosowanie umiejętnie każe czytelnikowi piszczeć z zachwytu, kiedy bohater siedzi na kawie z ukochanym tegoż czytelnika pisarzem, nie żyjącym od lat stu. Warto tutaj też zwrócić uwagę na coś jeszcze: niech ten bohater – pisany dzisiaj – nie będzie mądrzejszy od postaci historycznej tylko dlatego, że wyposażony został przez autora w wiedzę postaci historycznej znikąd nie znaną.
 
 
 
 Stoczono też bitwę w wojnie trzydziestoletniej: jedni twierdzą, że było to pod
Herbsthausen, inni, że pod Mergentheim albo Marienthal. Źródło.



I już. Pisanie okiem teoretyka, ale czytelniczego praktyka. Podzielicie się swoimi uwagami? Jakie sposoby „uhistoryczniania” zauważacie? Jakie Was urzekają, a jakie każą zgrzytać zębami?

Weź dokładkę!

9 komentarze

  1. A ja właśnie takich aranżowanych spotkań postaci książkowej z Postacią historyczną jakoś nie lubię. Wydają mi się one bardzo sztuczne i takie na siłę mówiące czytelnikowi: "widzisz, jak się zadomowiłem w epoce". I tak w "Lalkach z getta" pojawia się kilka postaci w tym Korczak oraz Mordechaj Anielewicz, a z wszystkimi tymi postaciami główny bohater się oczywiście zaprzyjaźnia. Ale już w którymś tam z kolei tomie "Stulecia Winnych" Ałbeny Grabowskiej objawia się postać Iwaszkiewicza, który według mnie jest jak najbardziej na miejscu - to jednak wyjątek potwierdzający regułę.

    Najbardziej lubię natomiast opisy ważnych historycznych wydarzeń wplecione w fabułę i to jeszcze najlepiej niespodziewane. Ogłoszenia prasowe oraz czytanie gazet też jest genialne. Uwielbiam takie stare ogłoszenia i anonse. Doskonale oddają ducha danego czasu - te z dni II Wojny Światowej przerażają, z okresu Wielkiego Kryzysu dają do myślenia, a z takich zwyczajnych momentów niekiedy śmieszą.

    Zidentyfikowałam jeszcze taki sposób, który nazwałabym "domniemaniem" :) Otóż autor osadza historię w jakiś znaczących i dużo mówiących o tamtejszej historii latach, ale nie mówi wprost o tamtych wydarzeniach, nie przytacza żadnych szczegółów, tylko wymownie milczy. A czytelnik oczywiście domyśla się, co się dzieje z bohaterami, dlaczego ich decyzje są takie, a nie inne i skąd u nich określone emocje. Nie wiem, jak duża jest skala takiego "uhistorycznienia" literatury. Pewnie przede wszystkim dotyka to te lektury, których dotknęła cenzura, ale dla mnie idealnym przykładem są książki Małgorzaty Musierowicz, a przede wszystkim "Opium w rosole". Czytając ją jako dziecko nawet się nie zainteresowałam, gdzie to zniknął ojciec Borejko i rodzice Kreski (chyba nawet myślałam, że pojechali gdzieś do pracy za granicę!), a przecież to takie wymowne wskazanie palcem na stan wojenny.

    Ach, w ogóle lubię takie wątki historyczne w książkach i zawsze cieszę się, jak się pojawiają! A najbardziej cieszę się, gdy nie zawierają błędów! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, bohater będący za pan brat z absolutnie każdą postacią historyczną to coś strasznego (mnie to, mimo wszystko, odepchnęło na przykład przy lekturze "Kacpra Ryxa"). To zresztą działa też na takich wspomnieniach króciutkich: nagle ktoś zostaje wzmiankowany jako pociotek służącej, kochanek ciotki albo dawny partner dziadka do gry w mariasza -- i też potrafi zgrzytnąć, no bo po co on tam jest, nie zawsze wiadomo.

      Ogłoszenia w starej prasie lubię, przyznaję, i poza powieściami. Strasznie to jest dziwne, że kształt świata można z nich wywnioskować, i często to jest świat zupełnie inny i nieznany -- chociaż przecież reklama reklamą, znamy te mechanizmy. A jednak.

      O, właśnie. Działa też przy powieściach współczesnych, gdzie dostajemy półsłówka i może wnioskować, kiedy też ta akcja się właściwie dzieje.

      Usuń
  2. Nie mam takiego materiału porównawczego, skoro prawie nie czytam nowości.
    "Prawie", bo jednak kilka zaliczyłam i na pytanie zadane w końcówce posta od razu znalazłam przykład.

    Zgrzytanie zębów wywołały u mnie "żorżety i mantylki" z powieści Małgorzaty Kalicińskiej "Powroty nad rozlewiskiem".
    Ta powieść to rodzaj wypchanej szufladki z pamiątkami, które to pamiątki wyciągane są zbyt sztucznie. Chwilami to po prostu wyliczanka nazw towarowych z lat 60-tych i 70-tych XX wieku - zajrzałam do swojego posta na ten temat,żeby wesprzeć się konkretnym przykładem: woda kolońska "Prastara".
    Co za dużo to niezdrowo, więc taka przesada tylko szkodzi powieści.
    Problem w tym, że moje pokolenie doskonale pamięta tamte czasy, a wiele z tych przedmiotów (na przykład opakowań kosmetyków) jeszcze znajdzie się w zakamarkach nie jednej szafy i szuflady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "powieść to rodzaj wypchanej szufladki z pamiątkami" -- o, właśnie, to bardzo dobre sformułowanie na tego rodzaju narracje. W tym sensie, że detal pokazany tu i ówdzie robi dobre wrażenie, ale jak nastawiamy tego wszędzie, zamiast cieszyć oko, irytuje (i łatwiej zbiera kurz ;)).

      Usuń
  3. Oj, ja strasznie nie lubię jak bohater spotyka postaci historyczne i jest od nich mądrzejszy oraz, oczywiście, natychmiast stają się największymi przyjaciółmi. Jedzenie czy gazety zazwyczaj mnie bawią, chyba że widać strasznie, że są w powieści tylko po to by czytelnik miał informację. Co zaskakujące, bohaterowie nigdy nie czytają o wyprzedaży mebli czy nowym menu w restauracji, ale zawsze o czymś doniosłym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja polecam Ci książki Jakuba Szamałka, którego odkryłam przypadkiem jakiś czas temu - historia jest w nich podana tak nienachalnie, a zarazem tak treściwie, ze strasznie fajnie się to czyta (nawet jeśli nie wciągnie Cię zagadka kryminalna, to warto dla samego tła). No i czasy są zdecydowanie przedgazetowe :) Jak zaczęłam się zastanawiać nad książką, w której bohater wciąga czytelnika w akcję zupełnie inaczej niż na któryś ze sposobów wymienionych przez Pyzę, to tylko "Kiedy Atena odwraca wzrok" mi przyszła do głowy. Niby jakieś wydarzenia są w tle, ale głównie autor wtrąca nas do dawnego świata przez opis mentalności bohaterów i to jest fascynujące.

      Usuń
    2. @Anna, czasami czytają ;). W "Tajemnicy domu Helclów" (że tak sięgnę po ostatnio czytaną rzecz) jest cudowny wędrujący wątek kradzieży roweru, o którym rozpisują się gazety :).

      @AHa, i ja sobie w takim razie powieści Szamałka dopisuję do listy!

      Usuń
  4. Na język trzeba uważać. Starożytny Grek mówiący: "Siemano!" jest mało wiarygodny. Z kolei XVIwieczny szlachciura walący samymi azaliżami i acanami - niezrozumiały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten szlachiura ma u nas ten problem, że najczęściej mówi, niestety, nadal sienkiewiczowszczyzną, ani się spostrzegłszy, że to nie jego język, ale cudza stylizacja ;).

      Usuń