Pikniki z klasyką #14: Nie ufaj ciotce, nawet gdy przynosi dary albo o „Dzbanie ciotki Becky” L. M. Montgomery



O dzbanie Darków krąży sto legend. Oto prawdziwa historia.
Dzban ciotky Becky”, wydanie Naszej Księgarni z 1999 roku, s. 5

Przyznam się Wam, że miałam o tej książce nieco inne wyobrażenie: bardziej myślałam o niej jako powieści dla dziewcząt, podczas gdy to całkiem poważna powieść obyczajowa, w której to, co najciekawsze – jak zwykle bywa – kryje się w tle.


O co chodzi? Dwie rodziny, powiązane niezliczonymi więzami pokrewieństwa, Darkowie i Penhallowowie, gromadzą się na „bankiecie” starszej wiekiem ciotki, która ma w swoim posiadaniu pewien dzban. Dzban ten jest uważany za niezwykle cenny i każdy chce go mieć – nawet jeśli ciotki, słynącej z ciętego języka, nie cierpi. Wszystkie wydarzenia osnute są na kanwie tego właśnie wydarzenia: bo okazuje się, że nie da się tak łatwo dowiedzieć, kto otrzyma pożądany przez wszystkich dzban.





Zacznę możne od tytułu. Nie jestem wielką fanką przeinaczania oryginalnych tytułów, ale muszę powiedzieć, że w tym przypadku jakoś mi pasuje bardziej „Dzban...” niż „W pajęczynie życia” („A Tangled Web”). Dlaczego? Owszem, całość rozsnuta jest na pajęczynach wzajemnych powiązań, przecinających się losów, znamiennych przypadków i dawnych wydarzeń, rezonujących we współczesności, ale tym, co łączy wszystko w całość i nadaje jej znaczenie, jest właśnie dzban. Czy ciotka Becky – na którą patrzymy przede wszystkim oczyma tych, którzy jej nie cierpią – naprawdę była tylko złośliwą staruszką? Czy może jednak miała nosa i przewidywała taki a nie inny obrót wydarzeń? A może jednak miała szczęście? Albo wszystko wyszło dokładnie odwrotnie? Trudno stwierdzić, i to jest w tej powieści zdecydowanie najlepsze.

Oprócz może tła. Bo tło – powieść dzieje się na przełomie lat 20. i 30. – tutaj to rzecz ważna. Jeśli chodzi o bohaterów i poszczególne wątki, to zaskoczeń nie ma, wszystko rozegrane jest zgodnie ze sztuką. Mamy więc dryblasa o przydomku „mały”, energicznych wdowców, pragnące dziecka kobiety, chcące wielkiej miłości nastolatki i niekochane sieroty. Montgomery operuje na dość wyrazistych cechach, żeby bohaterowie w swoim mrowiu nam się nie zaczęli mylić, i portrety poszczególnych osób często oparte są na dwóch-trzech cechach charakterystycznych, i to właściwie tyle. Spośród tych, którzy wybijają się na tym tle są Małgorzata (bardzo dobry portret kobiety, która nie wyszła za mąż, więc społeczeństwo patrzy na nią z pogardą – choć nie ma ku temu powodów) i... W sumie, muszę powiedzieć, że chyba głównie Małgorzata. Lubię też postać Donny, głównie dlatego, że pokazuje, jak pod wpływem impulsu można podejmować decyzje i jak one rzutują na nasze – zdawałoby się ugruntowane i zdroworozsądkowe – podejście do świata i patrzenie nań.


 Przerywnik w formie widoku z Wyspy Księcia Edwarda. Fot. Chensiyuan.



Owszem, mamy swego rodzaju portret nowej epoki. Reprezentowany głównie przez Nan, próżne i złośliwe dziewczę z miasta, które ubiera się zgodnie z najnowszą modą i pali papierosy. Muszę przyznać, że choć Montgomery wbija szpilkę tu i ówdzie „słodkiej wiejskiej społeczności”, to jednak to dość bezpośrednia wyrażona dezaprobata dla takiej „nowoczesności” mnie jednak zaskoczyła. Bo czemu komasować w jednej osobie wszystko, co złe? Bo serio, w „Dzbanie...” raczej nie ma innych postaci, które tak jednoznacznie powodują u czytelnika otwieranie się noża w kieszeni.

Ale wróćmy do tła. Muszę przyznać, że przywykłam jakoś myśleć o LMM jako pisarce, która zatrzymuje nas na progu nowoczesności, na tym symbolicznym końcu świata XIX wieku, jakim było zakończenie I wojny światowej. Bohaterowie „Dzbana...” to jednak ludzie, którzy żyją później, jako się rzekło. Mamy tutaj więc osoby, które muszą radzić sobie ze skutkami wojny: wdowy ledwo znające swoich mężów, bo ci zginęli wkrótce po ślubie, weteranów, którym wojna zrujnowała życie, ich rodziny. Mamy też wszechobecne – jak na miejsce i czas – auta i motocykle, którym nikt się już nie dziwi, ale też nie są jeszcze takie zupełnie „swojskie”. No i wreszcie modę: którą można się zachwycać albo na którą można narzekać, ale która równocześnie pokazuje, jak się ten świat zmienił.

Muszę przyznać, że „Dzban...” jest napisany sprawnie i czyta się go przyjemnie, ale aż by się chciało, żeby był nieco bardziej rozbudowany, żeby nabrał takiego narratorskiego oddechu. No, przynajmniej mi by się chciało.

Koniecznie przeczytajcie wpis Tarniny – dzisiaj dyskutujemy też właśnie tam!

A wiecie, że od pierwszego pikniku minął rok? I kiedy to zleciało? Obiecuję jakiś wpis podsumowujący niedługo, bo – jak wiecie – lubię takie rzeczy podsumowywać.

Weź dokładkę!

0 komentarze