Przecież miałaś odpoczywać! Albo o odpoczywaniu z książką



Nie wiem, czy zdarzyła się Wam kiedyś taka sytuacja: macie wolną chwilę po dość absorbującym dniu/tygodniu/innym okresie czasu. Siadacie w fotelu, łapiecie za książkę i... Rozlega się okrzyk kogoś z Waszych bliskich/współlokatorów: „ale przecież miałe/aś odpoczywać!”.


Odpoczywanie z książką wcale nie jest zagadnieniem takim prostym i przyjemnym, jakby się mogło wydawać. Czy może inaczej: jeśli Was to relaksuje, to nie ma w tym nic skomplikowanego. Ale już jeśli chodzi o postrzeganie takiego relaksu z książką, bywa różnie. Sprawa jest o tyle ciekawa, że wiąże się z całą grupą mechanizmów dotyczących czytania. Przede wszystkim zaś bazuje na skojarzeniach. Dlaczego? To znaczy nie dlaczego bazuje – to chyba jakaś prawidłowość ludzkiego myślenia – ale skąd się to bierze? Wydaje mi się, a w poglądzie tym nie jestem raczej odosobniona, że z funkcji zwyczajowo kojarzonych z czytaniem.

Wiecie, jednak coby nie mówić o rozwoju świata i zmianie przyzwyczajeń: czytanie kojarzy się z nauką. W szkole mamy podręczniki, na studiach mamy skrypty, na półkach może stoją gdzieś jeszcze wyrugowane już ze swojej funkcji encyklopedie. Wiedza leży sobie cicho w książkach – naukowcy nam piszą, my sobie czytamy. Na początku edukacji, żeby móc dowiadywać się o tych wszystkich rzeczach, których dowiedzieć się chcemy (tudzież powinniśmy, w zależności od modelu kształcenia), uczymy się właśnie czytać – i pisać. Wiedzę z książek wyłuskiwać i notować, żeby nie zapomnieć, co żeśmy wyczytali. W dodatku model kształcenia literackiego, jaki mamy, zakłada, że czytamy książki z danego kanonu i potem je omawiamy („przerabiamy” – brrr! Kiedyś napiszę o tym, czemu „przerabianie książek” mnie zadziwia). Innymi słowy może być tak, że komuś książka kojarzyć się będzie wyłącznie ze szkołą czy z nauką w ogóle. A w ten sposób stanie po drugiej stronie tego, czym jest odpoczynek.



 Fot. James Tarbotton.



Dochodzi do tego również zakodowane jakoś podświadomie założenie, że czytanie wiąże się z wysiłkiem. Nie zrozumcie mnie źle, oczywiście, są książki, które czytamy, bo czyta się je szybko, są takie, które cedzimy niemalże zdanie po zdaniu, ciągle wracamy trzy strony wcześniej i podpieramy się słownikiem. Oczywiście. Ale chodzi mi o inny rodzaj wysiłku: o wysiłek czysto fizyczny. Na pewno znacie to uczucie, kiedy nawet byście poczytali, ale kanapa taka wygodna, do książki tak daleko, strony przerzucać trzeba... Każdy miewa taki dzień (no dobrze, może nie każdy, ale niżej podpisanej się zdarza). W związku z tym wcale nie trudno wyobrazić sobie, że czytanie w pewnych okolicznościach zamiast z relaksem kojarzyć się będzie z kolejną pracą, wykonywaną po innej pracy, od której właśnie chciało się odpocząć. Sprawa to skomplikowana i niewątpliwie zależna od osobistych zapatrywań na lekturę. Ale jeśli dostaniemy kombo w postaci kojarzenia książek wyłącznie ze szkołą i małej ilości czasu na odpoczynek – kto wie, czy nie otrzymamy rozwiązania problemu „czemu niektórzy czytają mało albo wcale” (o zależności między dniem pracy o czytelnictwem pisała ostatnio Recenzentka, sami zobaczcie)?



Fot. Kate Williams.



Czy można wówczas sprawić, by komuś jednak książka zaczęła się kojarzyć z przyjemnym odpoczynkiem? Zapewne, ale znowu: zależy to i od nas, i od tego, kogo przekonać chcemy. Niewątpliwie pokazanie, jak szerokim wachlarzem tematów i form dysponuje literatura („nie musisz czytać Orzeszkowej, zajrzyj do Christie!”) jest jednym ze sposobów. Owszem, możemy się zżymać, że w związku z tym czytelnik taki będzie posiłkował się literaturą powtarzalną czy tak zwaną „lekką”. Ale czy jest w tym coś złego? Jeśli taka właśnie literatura pozwala mu odpocząć? Sama przez kilka lat spędzałam lato czytając niemal wyłącznie chick-lit (w mojej ówczesnej bibliotece był cały regał, gdzie obok siebie stały takie właśnie książki; wchodziłam, zgarniałam kilka, omijając tematy, co do których wiedziałam, że za nimi nie przepadam, i czytałam w jakimś zawrotnym tempie) i wspominam to bardzo przyjemnie. Ale to też nie tylko kwestia pracy nie związanej z książkami: podobny problem występuje wtedy, kiedy ktoś w pracy non stop obcuje z książkami i dużo czyta, więc wróciwszy z pracy zastanawiać się może, czy aby książki to jest ten rodzaj odpoczynku, na który ma ochotę. Argument za może być podobny, jak wyżej: literatura od literatury różni się, książki mają różne twarze. No, sami wiecie.



 Fot. Jazmin Quaynor.



Można też oczywiście do odpoczynku z książką podejść inaczej. Mieć tę książkę, na której bardzo nam zależy i czytać ją sobie powoli, choćby po stronie dziennie albo co kilka dni – dla samej przyjemności obcowania ze słowem pisanym. Czy w takim rozwiązaniu jest coś nie tak? Oczywiście, że nie. Zależy przecież od nas. Bo, jak sądzę, sposób na odpoczywanie z książką to sprawa bardzo mocno zależącą od naszych prywatnych preferencji – i tak długo, jak sprawia nam przyjemność, tak długo znaczy, że działa. Nie warto chyba dać się przekonać, że jest inaczej. A jak jest w moim przypadku? Przyznaję, że mnie czytanie jako takie relaksuje i lubię odpoczywać z książką w ogóle, właściwie niemal od zawsze.

A jak jest u Was? Co sądzicie na ten temat?

A z ogłoszeń: rytualnie już w tym roku – jest długi weekend, na blogu cichość zapada, w sensie nie będzie jutro i pojutrze notek, ale komentarze, dyskusje i tego typu przyjemności jak najbardziej.

Weź dokładkę!

25 komentarze

  1. Chyba tylko ludzie ogólnie nieczytający nie rozumieją, co to znaczy odpoczywać z książką :) Albo lepiej nie uogólniać. Ja sama odpoczywam z książką - męczę się np. oglądając film ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie wydaje mi się, że jednak sprawa nie jest taka prosta: to znaczy można nie uważać książki za najlepszy odpoczynek, kiedy na przykład pracuje się w zawodzie związanym z książkami (ale tu też nie uogólniam!) albo właśnie przez takie a nie inne skojarzenia.

      Sama z kolei najbardziej lubię odpoczywać z książką, ale filmem, spektaklem czy grą planszową nigdy nie gardzę :). Bardzo dużo zależy od nastroju i ochoty :).

      Usuń
  2. Na całe szczęście, u mnie jeszcze nikt się nie zdziwił, gdy zobaczył mnie z książką na kolanach w wolne popołudnie. Ale to może też kwestia, że przyzwyczaili się do tego, widząc mnie z takim "gadżetem" od najmłodszych lat ;) A poza tym, jak pokazały jakieś tam badania, wieczorem należy czytać, bo ponoć to najlepsze wyciszenie przed snem - po takiej dawce przyjemności, sen ma być dużo lepszy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się zdarzyło kilkukrotnie słyszeć, że powinnam odpocząć od książek ;). I czasami odpoczywam, wiadomo, dołki czytelnicze i inne takie :). O tym czytaniu przed snem też słyszałam, podobno w ogóle sprawia to, że jesteśmy zdrowsi i szczęśliwsi, zawsze staram się chociaż ze dwie strony uszczknąć, bo w sumie co mi szkodzi ;).

      Usuń
  3. Ech, marzy mi się odpoczynek z książką... tak żeby przez kilka godzin nic nie mieć do roboty, żeby nikt nic nie chciał ode mnie i żebym nie usypiała na książce... Teraz czytam tak rwanym rytmem, że zaczyna mnie to męczyć. Strona przy śniadaniu, kilka czekając na dziecko gdzieś, dwie robiąc obiad i trochę wieczorem padając na twarz. Ogólnie z książką odpoczywam, ale taki system jak teraz jest uciążliwy.

    Natomiast w latach studencko-polonistycznych wakacje były okresem, kiedy książki nie brałam do ręki. Tak miałam dosyć obowiązkowych setek stron codziennie, że odreagowywałam przez trzy miesiące :) czytanie może zmęczyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, też mi się wydaje, że czasami, jeśli praca jakoś nas z czytaniem wiąże, można nabrać literkowstrętu po godzinach ;). Dobrze, że taki stan jednak nie jest permanentny!

      Życzę Ci w takim razie takiej chwili oddechu na spokojny wypoczynek z książką :)!

      Usuń
  4. akurat odpoczynkowi z książką nikt z moich bliskich się nie dziwi, ale ja na przykład lubię sobie zaplanować wieczór na czytanie. i kiedy na pytanie o plany na wieczór/weekend odpowiadam, że będę czytać, u swojego rozmówcy natrafiam na dosyć skonsternowane spojrzenie. bo czytanie to coś, co się robi w wolnej chwili, przy okazji, a nie jest aktywnością, którą się planuje. co ciekawe, i czego trochę nie rozumiem, jakbym odpowiedziała, że wieczorem będę oglądać film, to byłoby to bardziej zrozumiałe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to jest bardzo ciekawa uwaga: że książka może być uważana za coś, co czyta się zupełnie celowo (ale nie jako rozrywkę/dla odpoczynku), albo niecelowo, przy okazji innych rzeczy (kolejki, podróże i tak dalej). Nie wiem do końca, czy tak jest, ale gdzieś w sferze wyobrażeń całkiem prawdopodobne, że tak jest -- choćby i nieświadomie. Bardzo ciekawe!

      Usuń
    2. może ta moja 'celowość' lektury bierze się stąd, że ja nie potrafię czytać tak z doskoku, w windzie czy w kolejce do lekarza. czytanie w komunikacji miejskiej też odpada, bo cały rok jeżdżę na rowerze ;) więc jak mam nawet kilka dni, które są bardzo zabiegane i nie mam jak wygospodarować czasu na czytanie, wtedy sobie planuję, że na przykład w czwartek będę czytać, tylko i wyłącznie czytać!

      Usuń
    3. Znam to, w mym domu rodzinnym byli zwolennicy takiej opcji -- czytania celowego, więc wcale się nie dziwię. To znaczy rozumiem doskonale, że można mieć taki sposób czytania, mimo że sama czytam zupełnie odwrotnie :).

      Usuń
  5. Dziękuję, że o tym napisałaś, bo niezwykle mnie to irytuje! Na przykład taka sytuacja: lekcja rosyjskiego, w środku dziesięciominutowa przerwa. Ja wyciągam ciacho i książkę, a moja lektorka z pytaniem, czy nie wolałabym odpocząć... Nie lubię też kojarzenia lektur bardziej wymagających jako ciężkich i/lub nieprzyjemnych. Ja na przykład przy dobrej, ambitnej książce bardzo się odprężam - przyjemność sprawia mi się świadomość, "jakie to, kurcze, jest świetne". Jednocześnie sama średnio zastanawiam się, na ile czytanie mnie relaksuje. Czytam w dosłownie każdej wolnej chwili, książkę mam zawsze przy sobie, uważam to za naturalne i nie zamierzam nic zmieniać. Choć pod względem mojego pojęcia chyba dość mocno różnię się od większości ;)

    Pozdrawiam,
    Między sklejonymi kartkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie -- mnie, szczerze mówiąc, kiedyś też irytowało, głównie wtedy, kiedy wciągnęłam się w książkę, a słyszałam, że przecież powinnam odpocząć ;). Ale teraz bardziej mnie to zastanawia: i chyba faktycznie jest coś na rzeczy w najczęstszych skojarzeniach, jakie budzi lektura, a wśród których odpoczynek nie jest na pierwszym miejscu ;). Lubię w czytaniu też to, że jednak można się przenieść do innej rzeczywistości, odetchnąć innym powietrzem i trochę pomartwić losami bohaterów, porozwiązywać zagadki, zachwycić się konstrukcją całości :). To naprawdę potrafi zrelaksować.

      Usuń
  6. dla mnie osobiście nie ma lepszego odpoczynku jak z książką właśnie.chociaż czasem,przyznam szczerze,czytanie także mnie nudzi.a to książka za nudna,a to pozycja nie wygodna...i się robi nie za ciekawie!wtedy właśnie przychodzi ten niebywały czas...kiedy wypada,a nawet należało by,odpocząć od...odpoczywania! :D
    pozdrawiam!
    włóczykijka z książki,czytadła i inne dziwadła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jeśli przyjmiemy, że odpoczywanie z książką to podstawowy nasz sposób odpoczywania, to i od takiego odpoczywania trzeba faktycznie czasami odpocząć :D.

      Usuń
  7. Po przeczytaniu posta od razu przypomniały mi się te momenty, kiedy bardzo nie chciało mi się uczyć i brałam lekturę zaliczając ją do "nauki" :P Ja oczywiście spędzam czas wolny z książką, ale często zdarzało się, że przy niejednej się po prostu męczyłam, co wynikało z wielu czynników w tym od dnia i mojego nastroju. Zdarzały się też chwile, kiedy książki kompletnie mi nie wychodziły, więc nawet nie było mowy o wypoczynku z nimi. Uważam, że na czytanie też trzeba mieć ochotę, bo tak naprawdę dopiero wtedy możemy się odprężyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, oczywiście, przecież książki są rozwijające ;). Ale znam ten sposób, często miałam jeszcze inny: teraz przeczytam kawałek tego, co muszę, a potem tego, co chcę... Kończyło się różnie ;).

      "na czytanie też trzeba mieć ochotę, bo tak naprawdę dopiero wtedy możemy się odprężyć" -- o, to bardzo trafnie ujęte!

      Usuń
  8. Nie wyobrażam sobie polegiwania w ciągu dnia na kanapie bez czytania książki. To świetny sposób na relaks i wyciszenie, nawet w kolejce do lekarza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba że się jakoś mocno stresujemy, wtedy może nie wyjść ;).

      Usuń
  9. Dla mnie czytanie oczywiście jest odpoczynkiem, kto tego nie rozumie zwyczajnie nie lubi czytać. Z moich doświadczeń wynika, że ci zdziwieni czytaniem dla przyjemności również twierdzą, że nie czytają, bo nie mają czasu (ulubiona wymówka), mają stresująca pracę, w ich bibliotece nie ma nowości itd. Osoby nie czytające odczuwają dużą potrzebę tłumaczenia dlaczego nie czytają, tylko dzieci potrafią powiedzieć szczerze, nie czytam, bo nie lubię. Ludzie, którzy w pracy dużo obcują książkami może sami mniej czytają w wolnym czasie, jednak chyba rozumieją tych czytających dla przyjemności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłabym taka kategoryczna -- czynników może tutaj być więcej. Chociażby właśnie to, że ktoś może mieć przesyt książek albo uważa, że jako odpoczywanie od czytania (na przykład w trakcie nauki) czytanie może się nie sprawdzać. Różnie z tym bywa. Albo można na przykład mieć taki sposób czytania, który wymaga absolutnego skupienia -- co też po jakimś czasie męczy -- i wtedy nie uważa się czytania za idealny odpoczynek. Może być wiele takich powodów :).

      Usuń
  10. Mam znajomą, która pracuje w galerii handlowej 6 dni w tygodniu, w godz. 10:00 - 19:00. I zwierzyła się, że jedyną rzeczą - po tylu godzinach hałasu, rozmów z klientami - na, którą ma ochotę, to wyłącznie sen... Nie ma też czasu na podczytywanie w pracy, bo szef założył im monitoring i sprawdza, co robią, więc musi układać towar, zajmować się administracją itd. Przypuszczam, że na odpoczynek z książką mogą sobie jednak pozwolić osoby wypoczęte ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie osądzam, bo sama często tak mam. Po wielu godzinach pracy przy komputerze wymagającej ode mnie koncentracji i podzielności uwagi równocześnie trudno mi się skupić na ambitnej literaturze. Ale ta uwaga o wypoczętych osobach natychmiast przypomniała mi anegdotę o Roosevelcie. On był żarłocznym czytelnikiem a w czasach przedprezydenckich także traperem. No i zdarzyło mu się złapać dwóch rabusiów i odstawiać ich do szeryfa co potrwało dni kilka i wiązało się na przykład z codzienną koniecznością upolowania kolacji i innymi takimi. W czasie tej wyprawy - opowiadał dziennikarz - Roosevelt przeczytał Annę Kareninę. Warto tu zaznaczyć, że on zawsze podkreślał iż czytanie powinno być przyjemnością. Więc ja tam nie wiem. Mam nadzieję że (od)zyskam kiedyś podobny zapał.

      Usuń
    2. @Anna, no właśnie, rozumiem, że tak być może -- zresztą wcale mnie to nie dziwi, każdy chyba zna ten stan, kiedy po prostu nie ma siły na czytanie, a chciałby się jednak wyspać. Nie wiem, czy zgadzam się do końca z ostatnim zdaniem, ale widzę, jaki sens ma oddawać i z nim się zgadzam. Natomiast właśnie tę wypoczętość, jak różnie można ją rozumieć, nieźle pokazuje ta (fantastyczna zresztą!) historia @Hannah o Roosveltcie. No i właśnie -- mnie się wydaje (i trochę podpieram to doświadczeniem własnym), że ten zapał wraca, bo to nie jest chyba rzecz stała, raczej coś w rodzaju sinusoidy zależnej od okoliczności: życiowych, pracowych, wiekowych, pogodowych nawet. Tak sobie dumam.

      Usuń
  11. Nie do końca związany ale przypomniał mi się post Rohan Maitzen, kanadyjskiej wiktorianistki wykladajacej na jednym z tamtejszych uniwersytetow o "znajdowaniu czasu na czytanie". Najwyraźniej fakt, że Rohan znajduje ten czas jest dla jej kolegów - wykładowców literatury - czymś z lekka niedozwolonym, brawurowym, z lekka podejrzanym. (Mają tu oczywiście na myśli czytanie dla przyjemności, niezwiązane z pracą zawodową). Dla nich łączy się to często z poczuciem winy - czas na czytanie powinien być przeznaczony na czytanie związane z wykładami i seminariami, a nie jakieś płoche rozrywki najwyraźniej. Dla ludzi, którzy stawiają Rohan to pytanie czytanie to właśnie - praca. W przypadku pracowników akademickich jest to szczególnie trudne wydaje mi się, bo nie ma jakichś ustalonych godzin pracy od-do. Praca w budynku uniwerstytetu że tak powiem to zaledwie ułamek przecież. Rohan z drugiej strony broni się, że granica między czytaniem dla przyjemności a czytaniem akademickim może być i często jest płynna. I czuje się zaniepokojona faktem, że czuje potrzebę usprawiedliwiania się :)

    A bezpośrednio związane z postem - ta uwaga o wysiłku fizycznym mnie zaskoczyła. Ostatecznie inne hobby jak nie wiem - praca w ogródku czy uprawianie sportu - są bardziej wyczerpujące. Dla mnie obecnie największym problemem są kłopoty z koncentracją raczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to jest szalenie dobra uwaga. Zawody mocno "książkowe" z taką płynną granicą, kiedy jest czytanie dla przyjemności, kiedy do pracy, a kiedy jedno i drugie to to samo -- to jest historia na post sama w sobie i ogromny materiał do przemyśleń. Muszę przyznać, że jak z tego typu sprawami, wyznaczenie jakiejś granicy jest na pewno kwestią trudną -- jeśli wykonalną -- i dużo zależy od głównego zainteresowanego :). Natomiast wcale się nie dziwię, że ta potrzeba usprawiedliwiania się jest niepokojąca, też mi się taka wydaje w tym względzie :).

      No właśnie, ale jednak przyznasz, że coś w tym jest -- to znaczy czytanie jako hobby ma pewien szczególny status, nieco inny niż hobby wymagające większego wysiłku fizycznego. Ale mam wrażenie, że to się powoli zmienia, chociażby dlatego, że książka już nie musi być papierowa, ale może być na przykład słuchana przy okazji czegoś innego, jeśli się da.

      Usuń