11 pytań do Pyzy albo Pyza odpowiada



Zawsze kiedy nadarza się okoliczność, lubię wziąć udział w tagu z interesującymi pytaniami. A kiedy nominuje Was Moreni, zawsze możecie mieć pewność, że pytania będą ciekawe. Te sprawiły mi sporo radości – ale i trzeba było to i owo przemyśleć, przeczytać i pogrzebać w sieci, żeby odpowiedzieć!

1. Biorąc pod uwagę swoje psychiczne predyspozycje, trenerem jakiego pokemona mogłabyś zostać?

Przyznam się Wam otwarcie, moje doświadczenie w trenowaniu pokemonów jest, no, może nie żadne, ale raczej mikre. I przykryte kurzem. Przyznaję, że choć w początkową historię się wciągnęłam, to moja niechęć do wielotomowych sag poskutkowała i tym, że nie umiałam wyczuć tego przejścia między „tu się kończy początkowa historia – a tam idzie dalej”. Ale jak pytają, trzeba odświeżyć swoją znajomość z pokemonami. Myślę, że całkiem nieźle dogadałabym się z Magikarpem: spokojny, nie wadzi nikomu, mało waleczny, wyprowadzać też go nie trzeba... Nie wiem, jak byłoby z trenowaniem, ale chyba byśmy sobie jakoś poradzili.

2. Gdybyś miała własną laskę/różdżkę maga, to jak by ona wyglądała?

Coś niepozornego, co zawsze może udawać coś innego, na wszelki wypadek (nauki panny Tyk nie poszłyby w las). Może coś jak zwyczajna gałązka albo gałąź drzewa, taka jak do podpierania się? Chociaż przyznaję, że zawsze bardziej w książkach podoba mi się magia niewymagająca różdżek i te czarownice, i ci czarodzieje, którzy głównie dużo machają rękoma.

3. Jaki czarny charakter z filmu, książki, gry lub komiksu najchętniej byś przytuliła?

Właściwie to jestem wolna od chęci przytulania bohaterów (jak złych, tak dobrych), nie licząc kotów, zwłaszcza tych bardzo puchatych. Może koty syjamskie z „Zakochanego kundla” dałyby się chociaż pogłaskać? 
 Zdjęcia kotów. No, sami rozumiecie: okazja.
Aczkolwiek dalej nie wiem, co myślę o tej rasie, wyglądają bardzo smutno.


4. Jaki jest najfajniejszy wynalazek, którego nigdy nie wynaleziono?

Jestem wielką fanką ubrań w płynie, takich jak w „Powrocie do gwiazd” Stanisława Lema. Naprawdę – wielką. Wyobrażacie sobie: żadnych szaf po mieszkaniach, żadnego „co tutaj ubrać, żeby do siebie pasowało”, tylko poręczne ubranie, które jest zawsze wygodne i zawsze na miejscu? Wiem, że świat przyszłości w „Powrocie...” miał się wydawać okropny, ale mnie ujął.

5. Siedzisz w kawiarni i popijasz to, co zwykle w takiej sytuacji popijać lubisz. Nagle podchodzi do ciebie zakapturzona postać w ciemnej pelerynie, dosiada się i oznajmia, że jest początkującym czarnym charakterem, po czym prosi o kilka porad, które pomogą w drodze na szczyt. Co jej radzisz?

Napić się herbaty razem ze mną i przemyśleć, czy na pewno chce mu się władać światem z przyległościami. Czarny charakterze, nie ma sensu, tylko narobisz sobie roboty, podczas gdy można robić tyle przyjemnych rzeczy! (Wiem, trochę jestem psujzabawą, ale kiedy ja naprawdę jestem po jasnej stronie mocy?).

6. Nastąpiła świnkokalipsa. Właśnie otacza cię nacierająca horda puchatych świnek morskich, a warzywa i zielenina, którymi do tej pory odwracałaś ich uwagę są na wyczerpaniu. Co robisz?

Świnkokalipsa! A ja się nie zorientowałam! I mój kontakt ze świnkami morskimi był raczej nikły i dawno (chociaż piękne to wspomnienie). Może świnki wyczytają z ócz mych, jak raduje mnie ono i zostawią mnie w spokoju...?

7. Jesteś przetrzymywany przez kota-terrorystę. Co robisz, żeby się uwolnić?

Daję mu jeść i otwieram balkon. Wybiega szybciej niż ja, zapewniam Was.



8. Wracasz do domu z pracy, a w twoim ulubionym fotelu siedzi wielki, zły wilk w okularach, z fajeczką w paszczy i dobrą książką na kolanach. Co robisz?

Pytam, co czyta. Potem sprawdzam, skąd się wziął i o ile nie zamierza mnie pokroić na kawałki, jak u Grimmów, czekam aż przeczyta, co czytał, żeby mi pożyczył (o ile to coś ciekawego) i sobie poszedł. Bo bez przesady, skąd się tu wziął? Mój dom, moja twierdza i takie tam.

9. Pracujesz w wydziale ds. magicznych stworzeń - zdejmowanie smoków z drzew, wyciąganie gremlinów ze studzienek kanalizacyjnych, takie tam. Opowiedz o swoim najciekawszym przypadku.

Było duszno i trzeba było otwierać okna, bo klimatyzacja nie dawała rady. W takie dni zawsze wiadomo, że coś się stanie. Na telefon nie trzeba długo czekać.

Siedziałam za biurkiem, sącząc herbatę i przerzucając dzisiejsze wydanie gazety, kiedy zadzwonił po raz pierwszy. Po drugiej stronie słuchawki roztrzęsiony chłopak, po głosie powiedziałabym, że starszy nastolatek, oznajmił, że chce zgłosić magiczny wypadek. Oczywiście – chodziło o otwarte okna. Zanotowałam adres, sprawdziłam, czy mam w torbie wszystkie potrzebne utensylia i ruszyłam do drzwi, kiedy telefon zadzwonił znowu.

Cholera, pomyślałam, trzeba jednak w końcu podpisać tę umowę na komórkę. Problem polegał na tym, że moja gospodyni odprawiała stanowczo wszystkich dzwoniących z call center mówiąc, że czego jak czego, ale komórek nam nie brakuje. W wysokiej kamienicy, dwa lata temu oficjalnie zwróconej rodzinie gospodyni, faktycznie większość mieszkań wyposażona była w spiżarki, komórki, pokoje dla służby – gdybym tylko wyrabiała konfitury w ilości „batalion wojska plus jeden” albo przynajmniej zatrudniała kogoś, kto wolał mieszkać w ciemnej klitce pod schodami zamiast we własnym mieszkaniu, byłoby jak znalazł.

Drugi telefon to była znajoma, starsza pani mieszkająca nieco dalej na tej samej ulicy. Właściwie „znajoma” to nie było odpowiednie słowo – nigdy się nie widziałyśmy, nie licząc tego jednego razu, kiedy z ulicy obserwowałam, jak chowa się za firanką. Wiedziałam, że dźwiga już ósmy krzyżyk i nosi trwałą ondulację.

A oprócz tego wie, co się dzieje.

Tym razem też wiedziała, złożyła doniesienie o trzech przypadkach w samym jej bloku – główni zainteresowani nie wiedzieli pewnie nawet, dokąd mogliby zadzwonić – „nic szkodliwego”: kilka wystraszonych kotów, jedno dziecko z alergią na pierze i zdesperowani rodzice, zrzucony ze ściany zabytkowy łyżnik.

Wystraszonych kotów?

W mojej pracy spotykam się z najróżniejszymi stworzeniami. Ale nie spotkałam jeszcze takiego, które byłoby w stanie wystraszyć kota. Wszyscy wiedzą, że koty czują, co się dzieje, widzą też znacznie więcej niż ludzie, a czasami nawet więcej niż czarownice. Tylko że między „mój kot dziwnie wpatruje się w przestrzeń” i „cały się zjeżył i nie chce zejść z szafy” a „mój kot się wystraszył” jest spora różnica. Wiedziałam, że i moja znajoma to wie – jej spokojny głos, to „nic szkodliwego”, od czego zaczęła, a potem te koty... Wszystko razem zaczynało wyglądać nie jak rutynowa sprawa w ciepły dzień, ale jak coś dużo poważniejszego.

Wyszłam z biura, starannie zamykając drzwi. Strzeżonego naprawdę się strzeże, takie było moje motto, i nie miało sensu zostawiać lokalu otwartego. Otwarte drzwi są jak zaproszenie. A nigdy nie wiadomo, kto akurat postanowi się zaprosić.

Żeby nie być gołosłowną z tymi kotami: jakiś czas temu dostałam zgłoszenie o wampirze, nic groźnego, staruszek zgubił się po drodze do piwnicy, trochę szalał, odrywając kłódki od drzwi piwniczek sąsiadów – uroki mieszkania w bloku – a tamtejsza piwniczna kotka ledwo raczyła zaszczycić go spojrzeniem. Skoro zatem nawet wściekły wampir pozostawiał koty chłodne i obojętne, co, u licha, szalało w bloku mojej znajomej starszej pani?

(Miała być opowieść o najciekawszym przypadku – no i, mam nadzieję, było ciekawie, chociaż o samym przypadku – przyznaję, było niewiele. Ale wiecie, odkurzanie wspomnień z czasów pracy wydziale do spraw magicznych stworzeń bywa traumatyczne.)


10. Znajdujesz na progu kulkę puchatego nieszczęścia. Taki ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra, generalnie niepodobne do niczego. Sprawdzasz więc w internecie i ku swojemu bezbrzeżnemu zdumieniu odkrywasz, że twoja znajda jest... No właśnie, czym?

Czyżby znalazła pćmę? Pćmo, to ty? A może jesteś murkwią? Kurczę, trudno stwierdzić, ale obstawiam jednak pćmę.

11. Gdybyś miał/a walczyć o równouprawnienie i emancypację jakiejś magicznej rasy, to jaka by to była rasa?

Ta, która tego potrzebuje – myślę, że jeszcze ktoś by się znalazł. Może orki? Może skrzaty? Ich procesy emancypacyjne są jednak bardziej w toku niż na końcu drogi.

Weź dokładkę!

11 komentarze

  1. Munchkiny są bardzo urocze.^^ tylko nie mogę się zmusić, żeby zacząć o nich myśleć jak o kotach.

    Ad. 1 Wiesz, Magikarp generalnie nie potrafi robić nic oprócz chaotycznego miotania się, ale jeśli masz dość cierpliwości, żeby dotrenować go do ewolucji, to otrzymasz jednego z najpotężniejszych wodnych pokemonów.;)

    Ad. 9 <3<3<3

    Ad. 11 alsoł, choć kompletnie nie wiem, o czym mówisz ;D (znaczy wiem, że o Lemie, ale to tyle. W ogóle sporo Lema w Twoich odpowiedziach.:))

    Dziękuję za wzięcie udziału w zabawie.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie jednak zastanawia, jak to z nimi jest, bo one są chyba przerasowione i nie jest im z tym wygodnie (chociaż to prawda, wyglądają uroczo). Przynajmniej tak podejrzewam, ale ponieważ na żywo nigdy żadnego nie widziałam -- to gdybam.

      Wiem, wiem, to jest właśnie taki pokemon, z którym byśmy się dogadali: nie wiem, czy za bardzo coś byśmy osiągnęli, ale miałabym wymówkę w rodzaju "ale wiecie, to Magikarp" ;). Myślałam jeszcze o tym cudownym pokemonie-usypiaczu, rysującym w furii wąsy na twarzach zaspanych słuchaczy ;).

      Cieszę się, że się podobało, mnie się pisało, hm, ciekawie ;).

      Nie, u Lema to nawet za bardzo tego tematu emancypacji nie ma -- to był raczej taki ogólny rekonesans po zniewolonych rasach fantastyki (może przydałoby się też powalczyć o wygodniejsze ubrania dla bohaterek w ogóle? Chociaż z tym nie jest już chyba aż tak źle, jak było). Ale Lema fakt, sporo, jednak lektura robi swoje ;).

      Cała przyjemność po mojej stronie!

      Usuń
    2. Munchikiny to chyba mutacja genetyczna, i chyba tylko w Stanach je uznają za rasę? Tak mi się majaczy, że reszta świata uznaje to za chorobę genetyczną, Amerykanie za uroczą cechę.

      Bardzo mnie ciekawi jak wyglądać pćmy :)!

      Usuń
    3. No właśnie nad tym się zastanawiam, bo faktycznie one nie są rasą nigdzie indziej, chyba nawet celowe ich hodowanie jest niedozwolone?

      Z tymi pćmami jest pewien problem, jak wspominał Lem ;). Ale nazwa podoba mi się tak ogromnie, że nie mogę jej nie używać ;).

      Usuń
    4. Munchiny generalnie mają te samą dysfunkcję genetyczną, co krótkonogie psy (i ludzie zresztą też, achondroplazja się nazywa;)). Skoro psom nie przeszkadza, to kotom też chyba nie, tak myślę (choć akurat te z Twoich zdjęć należą do najbardziej krótkonogiej z trzech odmian i ona nawet dla mnie jest już ciut zbyt ekstremalna).

      Meh, ta adnotacja, co jest do 11 to miała być do 10.:(

      Usuń
    5. Ekstremalna -- no właśnie. Zastanawiam się, bo wiesz, są psy, które z natury swojej i urody mają krótkie nogi, koty jednak zwykle mają długie. Stąd moja munchkinowa rozkimna.

      Aaa... To tak, to zdecydowanie Lem :D.

      Usuń
    6. Wiesz, z tymi psami to nie jest tak, że z natury i urody. Po prostu ktoś zaczął rozmnażać osobniki z achondroplazją na tyle dawno, że krótkonogie psy już się opatrzyły. Kwestia czasu. Niemniej, za rozmnażaniem chorych na achondroplazję psów stał jakiś zamysł (łatwiej się do nory zmieści), natomiast nie do końca jestem przekonana, czy za rozmnażaniem kotów też jakiś stoi.

      Usuń
    7. Zdaje się, że chodzi o to, że wyglądają uroczo. Bo jednak zwierzę, które jest teoretycznie nadrzewne i skoczne, powinno móc to zrobić.

      Nazwa pciem jest cudowna i naprawdę mnie fascynują :).

      Usuń
    8. @Moreni, a wiesz, nie pomyślałam o tym -- to znaczy byłam jakoś świadoma, że rasy psów rozwijały się w historii, ale nie przełożyłam sobie na to samo zjawisko w przypadku munchkinków.

      @Moreni, @Anna -- no właśnie, zastanawiam się, czy one są dalej "kocie" w takich czynnościach jak "wskoczę na tę najwyższą szafę!", czy raczej te krótkie nogi im przeszkadzają.

      Usuń
    9. Z tego, co widziałam kiedyś w TV na filmie poświęconym rasie, to te najwyższe munchkiny raczej nie mają ze wskakiwaniem gdziekolwiek problemów (są tak mniej więcej o połowę niższe od standardowych kotów). Nasz karłowaty kociak też sobie świetnie radził w terenie domowym, niestety w polu nie poradził sobie ostatecznie.:(

      Usuń
    10. Biedny :(.

      Czyli może ta zdolność do wskakiwania nie zależy od długości nóg, ale od ogólnych predyspozycji wynikających z bycia kotem? Zastanawiam się -- jak w przypadku każdego chyba rasowego kota (tudzież z genetyczną mutacją, zależy jaki na munchkiny przyjmiemy punkt widzenia) -- czy taki munchkin nie jest aby narażony na więcej chorób niż zwykły kociak.

      Usuń