Pikniki z klasyką #15: (Nie)dorastanie na wyspach albo o "Córce rzeźbiarza" T. Jansson



Witajcie na kolejnych "Piknikach z klasyką", w których gościmy Tove Jansson. Autorka, znana zapewne wszystkim z dzieła zdecydowanie genialnego – sagi o Muminkach (zdania tu nie zmieniam!) – tym razem pokazuje swoje inne oblicze. Jeśli wpadła Wam w ręce biografia pióra Boel Westin albo wydany w zeszłym roku zbiorek "Wiadomość", wiecie że Jansson pisała prozy inne niż Muminki – i że w ogóle pisała dużo. "Córka rzeźbiarza" dla mnie była długo zbiorem mitycznym: wiedziałam, że jest, ale nie mogłam go znaleźć. W takich chwilach błogosławi się wznowienia, umożliwiające postawienie takiego tomiku na własnej półce i zaglądanie do niego, kiedy nas najdzie ochota.

Co to w ogóle jest? Zbiór opowiadań, które łączy ze sobą temat główny i bohaterka. Autobiograficzna opowieść, w której mamy do czynienia ze wspomnieniami córki dwojga artystów, dziewczynki z bogatą wyobraźnią, dla której świat to nie tylko to, co widać, ale i to, co znajduje się pod spodem. Trochę historii rodzinnych, kilka opowieści o samotnych zwykle zabawach, wspomnienia dotyczące życia rodziców. I uwierzcie, to streszczenie za nic nie oddaje sprawiedliwości temu, co jest w środku. Jeśli więc macie gdzieś pod ręką: chwytajcie! Zbiorek liczy sobie stron zaledwie 158 (tegoroczne wydanie Marginesów) i czyta się błyskawicznie. Duża w tym zasługa tłumaczenia (przełożyła go Teresa Chłapowska, która język Jansson "czuje" – przekładała również Muminki; muszę przyznać, że to dla mnie taki tandem autor-tłumacz, który wiąże się ze sobą bardzo ściśle).

Tak właściwie to przyznaję, chciałabym się zająć tutaj dwoma sprawami: narratorką oraz tytułem. Dlaczego? Wydały mi się najbardziej frapujące. Bo owszem, lektura spowodowała, że chodziłam zachwycona – atmosfera tych opowiadań jest niesamowita, lubię to rozmywanie się tego, co "jest" z tym, co "być może jest". Ale te dwie kwestie nadal uważam za warte roztrząsania.



Tove Jansson kochała wyspy. Dlatego dla oderwania oczu od literek popatrzmy na fińskie wyspy.
Niektóre opowiadania w zbiorku bez dziania się na wyspie nie byłyby tym, czym są.


Kwestia pierwsza: Narratorka

Widzicie, mam takie wrażenie, że to, co robi tu Jansson, to skonstruowanie na nasz użytek takiego opowiadacza, który fascynuje i irytuje naraz. To znaczy nie robi czegoś, co zawsze w prozach na poły wspomnieniowych mnie irytuje: nie dokonuje takiej "idealizacji z kościami". Owszem, świat zdaje się magiczny ("Złoty cielec", "Kamień", "Góra lodowa"), ale nie jest tak, że dziewczynka-narratorka chodzi, obserwuje go i się zachwyca. To jest taka narratorka, jaką człowiek chciałby być – żeby tak widzieć świat – ale równocześnie i człowieka denerwująca; niecierpliwa, wpadająca w takie dziecięce psychozy, jakie chyba były udziałem każdego. Potrafi być denerwująca i nie wiemy, o co jej właściwie chodzi, wpadać w zdenerwowanie i terroryzować otoczenie, płakać, robić na złość. Takie dalekie echa Małej Mi, powiedziałabym, gdybym szukała Muminkowego klucza. Wielu autorów wpada w taką ścieżkę idealizacji dzieciństwa, sielskiej krainy, gdzie wszystko było cudowne, i robi się dziwnie mdło. Jansson owszem, pokazuje, że było cudownie, ale ta cudowność też miała swoje kryzysy i wielkie (wówczas) dramaty.

Z tym, że ten klucz Muminkowy jest tutaj zupełnie, uważam, niepotrzebny – "Córka rzeźbiarza" to jest trochę wariacja na te same tematy (szukając, znajdziemy z łatwością przetworzone wątki, a i atmosfera jest bliska tej Muminkowej – to chyba właśnie był język Jansson, bo w nim widać, jak dopełnia się jej pisanie), owszem, ale jednak jako samodzielne dzieło się broni. W dodatku narracja ułożona jest w ten sposób, że my nie mamy wątpliwości, że to, co czytamy, opowiadane jest nam przez narratorkę-wtedy (lat kilka) i narratorkę-teraz (lat kilkadziesiąt). To fantastyczna sprawa: dać czytelnikowi takie poczucie, bo o poczucie właśnie tu chodzi. To trochę ten rodzaj literatury, który działa bardziej na poziomie emocji niż użytych środków. Czemu? No właśnie, to bardzo ciekawe. Bo to trochę taka literatura "graficzna", bardzo widać tu, że Jansson była malarką, bo to pisane jest – jakby to powiedzieć? – spokojnymi pociągnięciami pędzla.






Kwestia druga: tytuł

Zastanawia mnie natomiast bardzo, czemu mamy do czynienia z "Córką rzeźbiarza". Przez większą część akcji – wziąwszy opowiadania razem za pewną akcję – mamy bowiem bardzo wyraźny wątek matki. Matka, również artystka, owszem, pomaga ojcu (do stworzenia rzeźby, a zwłaszcza odlewu, potrzeba jest więcej par rąk niż jedna), ale ma swój świat, swoją pracę: ilustruje książki. Narratorka bardzo się z nią utożsamia, pomaga jej, widzi w tym ilustrowaniu jakąś część pracy dla siebie. Matka jest w niektórych opowiadaniach postacią zupełnie centralną, konstruującą świat małej bohaterki ("Śnieg", ale i poniekąd otwierający zbiorek "Złoty cielec", podziwiana jest bardzo w "Uczcie", pojawia się niemal wszędzie).

Ojciec to z kolei postać zaludniająca głównie wyobraźnię narratorki (może to jest odpowiedź na moje pytanie?). Jest potężnym władcą wymyślanych krain ("Zatoki"), sprawdza się w sytuacjach kryzysowych ("Prawo morskie"), jest w końcu takim kojącym środkiem na rozczarowanie rzeczywistością ("Teatr"). Praca ojca dominuje życie rodziny wcale nie dlatego, że jest najcięższa czy przynosi zyski – raczej dlatego, że potrzebne jest do niej najwięcej utensyliów. Kawalety, na których tworzy się rzeźby, to stały punkt w krajobrazie mieszkań bohaterów: można na nich i pod nimi prowadzić interesujące poszukiwania, można stawiać rzeczy, traktować jak stoły i tak dalej. Okazuje się, że jeśli chodzi o sztukę, to matka bardziej bierze ją na serio niż ojciec ("Ciotka, która miała pomysł"). W związku z czym przyznaję: nie wiem, skąd ta "Córka rzeźbiarza". Inaczej może: wiem z biografii Jansson, dla której ojciec był figurą niezwykle ważną, natomiast z samej materii tekstu – nie. Czemu nie "Córka artystów"? Czemu nie "Córka rzeźbiarza i malarki"? W ramach ciekawostki: rodzeństwa Jansson też tutaj nie znajdziemy, oprócz małej wzmianki w "Uczcie" o astmie brata. Bohaterowie Jansson są przecież zwykle przeraźliwie wręcz samotni, czy raczej są sami ze sobą: nawet tam, gdzie kręci się wokół nich wiele osób.

***

Zapraszam do dyskusji, dzisiaj pod tym postem – zapoznajcie się też koniecznie z wpisem Tarniny na temat "Córki..." (tutaj)! I pamiętajcie o piknikach wakacyjnych: zgodnie z (jednoroczną już) tradycją w lipcu śledzimy klasyczny kryminał, a w sierpniu coś z dreszczykiem.

Weź dokładkę!

29 komentarze

  1. I znowu nasze spostrzeżenia się się pokrywają. Tak, to proza jakby malowana, czytając, miałam to samo wrażenie co Ty - malarskości tego pisania.

    Kwestia tytułu: tak, to jest zastanawiające. Wydaje mi się, że postać ojca przypomina trochę postać tego dziadka-Boga z pierwszego opowiadania, jest nieco mityczna. On jest z jednej strony dziecku bardzo bliski i jest elementem jego codziennego życia, ale z drugi strony ma pewien odcień takiej nadprzyrodzonej wspaniałości. A matka jest zwyczajna. Ale to ona daje poczucie bezpieczeństwa, najbezpieczniej jest w jej brzuchu, jest blisko do przytulenia, a jej włosy pięknie pachną. I to ona zarabia na rodzinę. Ale ojciec tworzy dzieła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zgadzam się co do tej pewnej "mityczności" ojca -- zresztą ten ojciec jest faktycznie w takich sytuacjach niecodziennych bardziej widoczny niż w takim zwykłym życiu. No, ale właśnie -- jak to jest z tą zwyczajnością matki nie jestem pewna: przecież umie urządzać te legendarne uczty, jej talent staje się dla narratorki kanwą marzeń, nie wspominając już o zupełnie niesamowitej aurze, jaką matka zostaje otoczona w "Śniegu"?

      Usuń
    2. O, tak! matka jest świetna w urządzaniu uczt, ale nie bierze w nich udziału, bo "wszystko przebacza, ale nigdy nie zapomina" (jak to kobieta). Oczywiście, że matka też jest trochę czarodziejką, jak chyba każda matka, ale w taki trochę bliższy sposób.

      Zastanawiam się nad tym, co napisałaś o samotności bohaterów Jansson. Coś takiego się wyczuwa w "Córce rzeźbiarza", zabawy dziewczynki są przecież często jednoosobowe. Pewnie dlatego skojarzyło mi się to z aurą Włóczykija. Ale wydaje mi się, że to jest nie tyle samotność, co raczej indywidualizm.

      Usuń
    3. O, z tym się mogę w zupełności zgodzić: że Jansson kreuje oboje rodziców na takich domowych magów (nie brzmi to szczególnie dobrze, ale wiemy, o co chodzi :)), z tym że matka jest bardziej codzienna -- nawet tam, gdzie tworzy (wyjazd w "Śniegu" ma taki cel, czarodziejskie ilustracje przywołane w "Zatokach", gdzie narratorka bardzo liczy się ze zdaniem matki, również). Ojciec przychodzi trochę z zewnątrz, często z ratunkiem, gdy świat przyblednie. Ale co w takim razie zrobić z opowiadaniem o ciotce? Tam w końcu ojciec chowa dziwną ozdobę z gipsu, matka zaś zbywa ją prychnięciem od razu, jako kicz.

      Indywidualizm -- tak, to dobre określenie; tę samotność rozumiałabym tu bardziej jako właśnie takie "bycie sobie", a nie "bycie samemu" (stąd w tekście moje lekkie wahanie a propos samotności bohaterki). Widzisz, skojarzyło mi się to, chcąc nie chcąc, z Muminkiem: Jansson robi coś podobnego -- Muminek jest sam, im dłużej o nim czytamy, tym bardziej jego przyjaciele znikają, a autorka skupia się na nim samym jako postaci.

      Usuń
    4. Biedna ciotka w trudnym wieku! W tym opowiadaniu ojciec chyba kierował się miłosierdziem, a matka była wobec niej znacznie twardsza i surowsza. Ale znów to ojciec jest wyrocznią, nie wyrzucił obrazka, więc dziewczynka odważyła się go zachować. Podoba mi się w tym opowiadaniu, jak w dziewczynce walczy dziecko (obrazki są śliczne) z przyszłą artystką (czegoś takiego nie godzi się robić w otoczeniu Sztuki).

      Przyznam się, że nie mam tak dobrze "Muminków" przeczytanych, ale być może masz rację. Jednak dla mnie symbolem muminkowego indywidualisty będzie zawsze Włóczykij. Chociaż on jest chyba stosunkowo najdalej od bohaterki "Córki rzeźbiarza", która ma coś w sobie, jak zauważyłaś, z Małej Mi.

      Usuń
    5. Ojcu, takie odniosłam wrażenie, ciotki upór w chęci stworzenia "dzieła" jakoś imponował -- może faktycznie był bardziej wyrozumiały. Zgadzam się, że to napięcie, które widać w postępowaniu narratorki, jest tutaj fenomenalnie pokazane: można by to też przełożyć na napięcie między stanowiskiem ojca a matki. I to matka tutaj uosabiałaby tę, bezwzględną czasem, Sztukę, nie uważasz?

      Mnie dopiero przy drugiej lekturze, niedawno, uderzyło, jak samotny (w tym opisywanym, uzgodnionym znaczeniu ;)) jest Muminek. Włóczykij oczywiście tak, masz rację, chociaż Jansson czasami sprawia, że ten samotniczy bohater bywa zabawny, kiedy nieco przesadza w którąś ze stron ;).

      Usuń
    6. Przepraszam za przerwę w dyskusji :)
      Tak, w tym opowiadaniu to matka jest strażniczką Sztuki. Przekładając tę sytuację na grunt zupełnie zwyczajnej rodziny, to wydaje mi się, że ciotka była krewną matki i dlatego ona była wobec niej bardziej surowa niż ojciec, który czuł się zobowiązany do galanterii. Ale w postawie matki widoczne jest też to, że ona broni przed profanacją sztukę swojego męża (więc znowu to ON stoi na piedestale). I we wszystkich opowiadaniach w ogóle jest jakieś genderowe napięcie. Kobiety są jednak przedstawiane jako istoty - ogólnie rzecz biorąc - niższego rzędu, charakterystyczne zestawienie: paniusie i zwierzęta domowe. Matka oczywiście jest wyjątkiem, nie jest paniusią, zapewne ze względu na swoją przynależność do świata sztuki właśnie. To się też wiąże z tym, co pisałaś na temat tytułu: "Córka rzeźbiarza", bo wydaje mi się, że narratorka ma w ogóle do kobiet stosunek dosyć lekceważący.

      Usuń
    7. Ależ nie wadzi :).

      Bardzo dobra jest ta uwaga o braniu w obronę sztuki męża, zgadzam się tutaj, że ponownie kręci się wszystko wokół ojca narratorki. Natomiast wydaje mi się, że jeśli chodzi o portrety kobiet, to nie jest to takie proste: owszem, są paniusie, ale jest jednak więcej kobiet wartych uwagi -- służąca w domu rodziców bohaterki, która wyrasta ponad przeciętność, jedyna widzka w teatrze, jaki urządza narratorka, choć ostatecznie jest na nią zdenerwowana... W tym wszystkim widziałabym nie tyle lekceważenie (mężczyzn zbyt wielu, których by bohaterka uważała za ciekawych, też tu nie ma) -- to raczej, moim zdaniem, taki rodzaj poszukiwania interesujących postaci i wyczulenia na te, które interesujące według bohaterki-narratorki nie są. Jak sądzisz?

      Usuń
    8. Na pewno nie jest proste i oczywiście masz rację, przytaczając te ciekawe portrety kobiet. Ale ogólnie odniosłam inne wrażenie, że to właśnie świat mężczyzn jest dla bohaterki-narratorki bardziej pociągający. Jeśli bawi się z rówieśnikami, to są nimi głównie chłopcy, a jeśli chodzi o dorosłych - mamy Jeremiasza. No i mamy szalenie atrakcyjne uczty, w których kobiety przecież nie biorą udziału. Wydaje mi się, że to jest odbicie tamtych czasów, kiedy kobiety, którym było za ciasno w tych ramach społecznych im narzuconych, aspirowały do świata mężczyzn. Tak bym też interpretowała postać matki, jako w pewnym sensie odgradzającą się od świata tych "zwykłych" kobiet.

      Usuń
    9. Ha, Jeremiasz to jest frapująca postać -- bo owszem, jest mężczyzną, ale przede wszystkim, dla narratorki, jest niemy, to porozumienie między bohaterami (jeśli istnieje, bo na koniec nie można być pewnym, czy w ogóle było) jest możliwe tylko w takim systemie znaków i prób odgadywania, co i jak.

      Twoja interpretacja jest interesująca -- tak, i to do tego sztuka miała być chyba tą trampoliną. Zastanawia mnie jednak w tym kontekście, nadal, brak braci.

      Usuń
  2. Miałam na "Córkę rzeźbiarza" ochotę od dawna, teraz mam jeszcze większą. Właśnie skończyłam "Dom duchów" Allende i mam podobne odczucia do tych, jakie towarzyszą Wam w związku z opowiadaniami Jansson: najfajniejsza (literacko) jest magia, która bierze się z codzienności. Realizm magiczny w wersji "light" najbardziej do mnie przemawia. Kuszą mnie jeszcze niedawno wydane "Listy" autorki Muminków - ponoć świetne. A Gaskel, którą planujecie na sierpień, i ja przeczytam-będę mogła bardziej merytorycznie uczestniczyć w rozmowie ;-) Zresztą, po uroczych "Paniach z Cranford", mam spore oczekiwania co do Gaskell i jej strasznych historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, te listy i mnie kuszą, urywki, jakie znam z jej biografii pióra Westin (choć sama książka srodze mnie rozczarowała) były fantastyczne. Podobnie jak te przebłyski, które wykorzystała w tomiku "Wiadomość".

      Widzę, że mamy podobne oczekiwania co do Gaskell. Bardzo, bardzo jestem ciekawa, czym nas będzie straszyć! I liczę, że nie tak bardzo-bardzo, żebym się aż tak nie bała ;).

      Usuń
    2. Na listy Tove Jansson ja też mam ochotę. Natomiast co do Gaskell - niedawno przeczytałam "Żony i córki" i jej czar dla mnie może nie przysł całkiem, ale na pewno nieco przygasł. Mam nadzieję, że w strasznych opowiadaniach znowu zyska w moich oczach ;)

      Usuń
    3. Ooo, napiszesz słowo więcej o "Żonach..."? Mnie, przyznaję, ta książka kusi, bo o Gaskell mam dobre zdanie i po "Cranford" i po "Północy i Południu" (chociaż nie wszystkie jej książki tak samo mnie kuszą, przyznaję, ale wnioskuję jedynie po opisach, jeśli o to chodzi -- tu "Żony..." wydawały mi się ciekawe).

      Usuń
    4. Napiszę notkę, jak tylko uda mi się przemóc blogowy zastój (przyczyny są obiektywno-subiektywne, ale widać już światełko w tunelu, więc mam nadzieję, że to będzie wkrótce ;)).

      Usuń
    5. Też jestem ciekawa, co nie tak w "Żonach i córkach", mi chyba podobały się najbardziej z książek Gaskell. Cynthia <3

      Karmena

      Usuń
    6. To czekamy na notkę, Tarnino! :) (I trzymam kciuki za przezwyciężenie zastoju! :))

      Usuń
  3. "Córkę rzeźbiarza" skończyłam czytać dwa dni temu - w sam raz, żeby zdążyć na piknik :)
    Tym co mi się chyba najbardziej spodobało, było pokazanie dzieciństwa w taki prawdziwy, szczery sposób - tak jak napisałaś, bez idealizacji. Wydaje mi się, że Tove bardzo dobrze oddała dziecięce emocje i odczucia - narratorka jest oczywiście często szczęśliwa i w dobrym nastroju, ale równie wiele miejsca zajmują w jej życiu inne emocje - irytacja, strach, czasem wstyd.
    Tak jak wspomniałaś, ciekawie pokazane jest też takie przenikanie się rzeczywistości i różnych dziecięcych wyobrażeń, to że wyobrażenia często wcale nie są mniej "prawdziwe" i ważne niż rzeczywiste zdarzenia.
    Czytam twoje notki od dość dawna z niesłabnącym zainteresowaniem i pod ich wpływem odkryłam już kilka wspaniałych książek, chociażby "Listy na wyczerpanym papierze...", czy "Wiśniowy sad"- dziękuję!
    Pozdrawiam Cię serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, w taką narratorkę łatwo uwierzyć: zarówno w ten odstęp czasowy, jak i w tę dziecięcość, wcale nie idealną -- i nie chodzi tu o idealizm tematu, ale właśnie tej realizacji. Zresztą to też samemu czytelnikowi pozwala na to, żeby odczuć nieco więcej emocji niż tylko zachwyt bądź rozmarzenie się ;).

      Właśnie, właśnie, bo prawdziwość jest tutaj bardzo względna -- to, co istnieje, jest tak samo prawdziwe, ba, posiada taką samą wartość. Dodałabym może, że istnieje na takiej samej zasadzie, bez różnicowania.

      Dziękuję bardzo za miłe słowa :)! Bardzo się cieszę, że odkryłaś te książki -- bo są tego warte! -- i że się tym podzieliłaś, to bardzo sympatyczne :).

      Usuń
    2. "Istnieje na takiej samej zasadzie, bez różnicowania" - dokładnie tak! :)
      Cieszę się, że piknik zmobilizował mnie do sięgnięcia po "Córkę rzeźbiarza" - było warto. Na półce czekają na mnie jeszcze "Lato" i listy Tove, myślę, że niedługo przyjdzie na nie kolej.

      Usuń
    3. To super, bo w zasadzie zachęcanie do czytania to taki miły skutek piknikowania z klasyką :). "Lato" jest świetne, uważam, że to doskonała książka, w której Jansson cudnie żongluje przestrzenią, żeby uwypuklić pewne cechy opowiadanej przez siebie historii (piszę tak ogólnie, bo nie chcę Ci odbierać przyjemności z lektury -- ale polecam, bardzo!). A za "Listy" sama planuję się w przyszłości zabrać :).

      Usuń
  4. Mam ogromną ochotę na tę pozycję, bo Tove wręcz ubóstwiam. Muszę więc czym prędzej nadrobić zaległości!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli lubisz Jansson -- nie rozczarujesz się. Ale myślę, że to taka proza, która może do autorki przekonać i tych, którzy nie przepadają za jej najbardziej znanymi "Muminkami".

      Usuń
  5. Przeczytałam, ale jak dla mnie nie był to dobry wybór, gdyż za samymi Muminkami kompletnie nie przepadam. Tove nie znam, ale po skończeniu "Córki rzeźbiarza", stała się dla mnie zarazem nieco bliższa, ale i dziwniejsza. Nie do końca jestem w stanie sprecyzować. Uważam jednak, że ta powieść to prawdziwa gratka dla fanów twórczości tej autorki i całkowicie zgadzam się z tym postem. Dzieciństwo ukazane w prawdziwy sposób, bez idealizacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba rozumiem, o co chodzi z byciem dziwniejszą, ale możesz jeszcze rozwinąć? Zgadzam się, że jak na prozę osobną, "Córka..." ma w sobie wiele z Muminków: z metaforyki, języka w ogóle, podobnych tropów -- wydaje mi się jednak, że dla tych, którzy nie przepadają za Muminkami, może okazać się ciekawsza, głównie dlatego, że jednak Jansson stara się tutaj mówić bezpośrednio.

      Usuń
    2. Dziwna, bo jak na dziecko to nad wyraz dojrzała. Jak czytam książki, w których głównym bohaterem jest dziecko to staram się myśleć jak ono i niektóre spostrzeżenia wydały mi się po prostu nadzwyczajne, takie na które w życiu bym nie wpadła.
      To prawda. Podobała mi się o wiele bardziej niż Muminki.

      Usuń
    3. Ach, już rozumiem. Wydaje mi się, że Jansson pokazuje tu pewien typ dziecka: takiego, które dużo przebywa samo, ze swoją wyobraźnią, ze światem, który się w niej mieści, a jest jakby odbiciem tego świata realnego. Tutaj wciąż się zastanawiam, gdzie jest rodzeństwo Jansson, którego ona właściwie wcale nie uwieczniła w "Córce...".

      Usuń
  6. O Tove wiem bardzo mało, tyle co z tej książki, dlatego informacja o rodzeństwie bardzo mnie zaskoczyła. Rzeczywiście to bardzo dziwna sprawa. Brat, siostra to np. w moim przypadku ważna część mojego dzieciństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to była taka celowa próba odmalowania tego świata dzieciństwa przede wszystkim przez taki pryzmat wewnętrzny, skupienie się na swoich przeżyciach -- rodzice są tu cenni dla narratorki, bo go współtworzą, może rodzeństwo aż tak na Jansson nie wpłynęło? A może chodziło o tę właśnie indywidualność bohaterki-narratorki, o której wyżej rozmawiałyśmy z Tarniną?

      Usuń