W czym nosić książkę? Albo 7 możliwości



Nie wiem, czy też stajecie czasem przed takim dylematem, ale mnie się zdarza przepakowywać przed wyjściem z domu w zależności od tego ile i jakich książek (ewentualnie: czy książki, czy czytnik) zabieram ze sobą. W taką codzienną podróż dom—praca, wojaże dalsze to osobny temat. W związku z tym chciałabym się dzisiaj przyjrzeć temu, w czym nosimy ze sobą książki.


torba

Torba, torebka, w zależności od rozmiaru, płci i wieku można ją różnie nazywać, w każdym razie jest to coś w miarę pojemnego (chyba że to taka malutka torebeczka, ale i w niej można zapewne zmieścić odpowiednią książkę!), co nosimy na ramieniu. W związku z tym – chyba że mamy silne ramiona i dużo samozaparcia – nadają się do noszenia umiarkowanej liczby książek. Osobiście powyżej dwóch zwykle do torby nie wkładam, bo mam wrażenie, że zginę marnie, a jeśli już tak się zdarzy (przecież książki mogą przyrastać po drodze) to czekam na chwilę, w której będzie szansa torbę gdzieś odstawić albo chociaż wygodnie oprzeć.

plecak

Mój zdecydowany faworyt. Książek można nosić w nim mnóstwo, póki nie skończy nam się pojemność, a że ciężar rozkłada się na oba ramiona – wiem, to trywialne, ale jakie ważne! – to i nosić je ze sobą jest prościej. To samo w te dni, w które wychodzicie z domu z jedną książką, a wracacie z pięcioma. Plecak nie zawodzi! Chociaż oczywiście aż kusi, żeby zabrać ze sobą „tę książkę, co to ją za pięć stron doczytam, ale chcę wiedzieć, jak się kończy” razem z „tą książką, która nie wiem, czy mi się spodoba, ale kto wie”, „tą książką, którą powinnam/powinienem czytać teraz, ale zdeczko mnie nudzi” i „tą książką, którą biorę, gdyby dwie poprzednie mi się nie podobały, a pierwsza się skończyła”. 
 
 
 
 Są też popularne na obrazach z epoki średniowiecza sakiewko-woreczki
na książki. Co drugi święty i co trzeci mnich, jakiego zobaczycie na obrazie, z pewnością
będzie w takiej chusteczko-woreczce nosił książkę. Źródło.



torba na zakupy

Być może znana jest Wam sytuacja, kiedy nie macie już gdzie wcisnąć książki, więc dorzucacie ją do torby z zakupami? O ile nie ma w środku świeżych owoców (z rodzaju: gniotę się łatwo, sok wszędzie zostawiam), nabiału czekającego na to, by zostawić tłusty ślad na czymś, co świetnie by go zaabsorbowało i innych tego typu niespodzianek. Ale ryzyko występuje zawsze. Generalnie trzymanie jedzenia niedaleko książek może skutkować różnymi sytuacjami – o ile, jak wiecie, czytam przy jedzeniu  – to noszenie jedzenia obok książek zawsze mnie przeraża. Ach, te wysupłujące się z folii kanapki, pękające jogurty, odkręcające się wody!

torba na książki

Jest też specjalnie ustrojstwo, znane jako „torba na książki”. Wcale nie chodzi o to, że kupować coś, co producent w ten sposób nazywa – ot, wybieramy sobie jedną domową torbę i przeznaczamy ją do noszenia książek. I tylko książek. Także żadnych paprochów, starych paragonów (chyba, że po książkach), zapomnianych skarpetek i tego typu czyhających w każdej torbie spraw, tylko czekająca na książki specjalnie do tego przeznaczona torba. Wierzę, że coś takiego jest możliwe, chociaż sama zwykle korzystam z jednej z płóciennych toreb, zawsze czekających, aż ktoś z nich skorzysta, w jednej z szuflad. 
 
 
 
 



kieszeń

Jeśli macie spore kieszenie w płaszczu/kurtce/innym odzieniu, czy nawet w spodniach albo lubujecie się w książkach w mniejszym rozmiarze, to czemu nie nosić ich po kieszeniach? Sama mam jedną kurtkę, w której kieszeniach doskonale nosi się nawet książki w standardowym formacie (jeśli nie są zbyt grube), więc zostałam fanką takiego rozwiązania (autobus nadjeżdża, a my zamiast mocować się z zamkami, zatrzaskami, pętelkami, po prostu wsuwamy książkę do kieszeni i jest zawsze pod ręką, nawet w tłoku!). Oczywiście trzeba uważać, żeby nie nadwerężyć lektury, bo raz, że po kieszeniach chowają się rzeczy, o jakich nam się nie śniło, a dwa, że można naderwać jakiś róg, jeśli stosunek książki do kieszeni oscyluje w granicach jeden do jednego.

ręka

Znacie na pewno taki obraz z każdego filmu zza wielkiej wody, w którym mamy scenę w liceum: oto idzie sobie bohater/ka, a w ręku dzielnie dzierży pewną ilość książek, przyciskając je do piersi. Ach, w ten sposób tak łatwo się poczuć jak ktoś, kto tych książek potrzebuje blisko siebie w samych Bardzo Ważnych Celach (plus, jeśli lubicie dziejące się w liceum fabuły, łatwiej wczuć się w bohaterów). 
 
 
 
 
 

tobołek spięty paskiem

Coś dla wielbicieli retro sposobów noszenia książek. Na pewno kojarzycie wszystkie te obrazy, filmy i książki, gdzie bohater/ka wracając ze szkoły albo wyruszając na Ważną-Wędrówkę-Podczas-Której-Wiele-Się-Nauczy niesie ze sobą kilka książek, tego samego formatu, spiętych paskiem? Taki plecak tylko na książki w wersji nieco prostszej (chociaż czy prostszej można polemizować, bo kurczę, ani zdobycie samego paska, ani odpowiednie spięcie nim książek, wcale sprawą łatwą nie jest). Średnio sprawdza się w niestabilnych warunkach atmosferycznych, ale powiew atmosfery dawności – niewątpliwy.

Macie swoje wypróbowane sposoby na noszenie książek? A może nie liczy się na Was w czym je nosicie, ważne, żeby mieć przy sobie książkę albo czytnik?

Weź dokładkę!

10 komentarze

  1. Ech, dzisiaj można mieć coś więcej niż tobołek spięty parcianym paskiem - niedawno widziałam w sklepie silikonowe paski do książek, w neonowych kolorach ;-) Można być modnym podwójnie. A choć na co dzień rzadko zabieram ze sobą książkę "na drogę" (w transporcie książki się niszczą, a tego nie lubię) - to gdybym miała taką torebkę: http://technow.pl/torba-jak-stara-ksiazka, pewnie zabierałabym ze sobą lektury częściej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurczę, można być retro i modnym na raz, jak się okazuje ;). Chociaż przyznam, że o ile ciekawie to wygląda, to bałabym się, że na pewno wyjdę z moimi spiętymi paskiem książkami akurat, kiedy zacznie lać ;). A podlinkowana torebka cudowna!

      Usuń
  2. Mam specjalną torbę biblioteczną - wypożyczone książki nie tylko w niej przynoszę, ale też trzymam, żeby nie wdały się w jakieś grzeszne kontakty z książkami domowymi i nie spróbowały zostać u mnie na stałe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, to jest doskonały pomysł -- przed poprzednią przeprowadzką miałam specjalną półkę na takie zbiory, żeby właśnie się nie rozpełzały pod domu, i chyba muszę do tego wrócić (w torbie bałabym się, że się wygniotą przez przypadek), bo faktycznie inaczej człowiek wpada w pewną konfuzję, gdzie są książki do oddania.

      Usuń
    2. u mnie o specjalną półkę byłoby trudno, bo nawet moje własne się już nie mieszczą ;)

      Usuń
    3. I właśnie to jest problem ;). Ale że torby wiszą najczęściej w przedpokoju, to boję się, że ta biblioteczna utonęłaby w zalewie, a wtedy o pogniecenie nietrudno!

      Usuń
  3. Jak kieszeń w płaszczy jest wystarczająco pojemna na czytnik, to świetna sprawa. I w małych torebkach, też czytnik. W sumie dobieram często torebki zastanawiając się, czy zmieści komórkę, portfel, klucze i czytnik.

    Ale jak zabieram ze sobą książki, to do torby i tyle. Gorzej, jak się zapomni! Wtedy kombinowanie: czy moge znaleźć może gdzieś jakieś książki w pdfie na mejlu, może coś się na komórce podczyta...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobieram torby według podobnych kryteriów (z tym że zwykle staram się, by miały choć rozmiar A4: duże książki, teczki, papiery, wszak to wszystko musi się pomieścić ;)). I dlatego cierpię na niedobór małych torebek ;).

      Usuń
  4. W plecaku.I wtedy to jest bardzo fajne uczucie, jak np kasują pociąg, następny jest za pół godzny, a ty nagle odkrywasz, że na dnie plecaka leży książka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, zdecydowanie: w ogóle odnalezienie książki, o której się nie pamiętało, w podobnej sytuacji jest radosnym wydarzeniem :D.

      Usuń