5 moich ulubionych sztuk Szekspira albo Rok Barda w toku



Właściwie – z niewieloma, naprawdę, wyjątkami – trudno by mi było zrobić podobny zestaw w przypadku innego dramatopisarza. Ale jeśli chodzi o Szekspira, którego zna się, nawet jeśli myśli się, że się nie zna (taka kulturalna osmoza zachodzi tutaj czasem zupełnym przypadkiem, bo Szekspira się przerabiało i przerabia, czerpiąc z niego garściami inspiracje, wątki, sposoby rozwiązania fabuły i tak dalej), sprawa była tylko kwestią czasu.


I. Hamlet
(jeśli klikniecie w link w tytule, wyruszycie prosto do tekstu sztuki na Wolnych Lekturach; poza "Hamletem" w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego, wszystkie pozostałe przekłady są autorstwa Leona Ulricha)

Zaczniemy od pierwszego miejsca, bo ono jest w moim przypadku zupełnie standardowe i możecie teraz prychnąć z lekceważeniem – jest w nas coś takiego, co każe prychać, kiedy ktoś przyznaje, że jego ulubionym, hm, czymkolwiek jest coś, co jako ulubione mogą wskazać właściwie wszyscy – ale nic na to nie poradzę. Za dobrze pamiętam, w jakim oszołomieniu zostawiła mnie lektura „Hamleta” wiele lat temu. Wiecie, człowiek ma ambicję poczytać klasykę w wieku lat nastu, więc siada i czyta, i nagle buch, oto właśnie przeczytał „Hamleta”. A zaczyna się niewinnie: jakiś duch na murach, ktoś komuś wlewa truciznę przez ucho (no bo, come on!, przez ucho?), aż nagle patrzymy, a tu ostatnia strona, Fortynbras wkracza do Elsynoru i poza Horacym nie ma nikogo, kto by mu wyjaśnił, co się właściwie stało, że wszyscy zginęli. Jest w „Hamlecie” kilka motywów, które zawsze mnie intrygują, bo odczytuję je wciąż na nowo przy kolejnej lekturze – albo oglądaniu kolejnego wystawienia. Relacja Hamleta z Gertrudą (czy on był maminsynkiem, zbuntowanym nastolatkiem, prawdziwie pogrążonym w żałobie synem, może wyszły z niego różnego rodzaju problemy natury raczej seksualnej?), wątek Ofelii (dlaczego zrobiła to, co zrobiła – naprawdę chodziło o uczucie do Hamleta? Śmierć ojca? Osamotnienie, zawiedzione nadzieje, może wystawienie na pośmiewisko, wywrócenie życia do góry nogami?), wreszcie zaś to, co dzieje się pomiędzy Hamletem, Rosenkranzem i Guildensternem. Ach, no i za grabarzy. Weseli grabarze u Szekspira to coś jakby ci wszyscy sarkastyczni patolodzy w dzisiejszych seriach kryminalnych.
 


Mam taki plan, żeby zapoznać się lepiej z rzymskimi sztukami Szekspira, bo podoba mi się, jak wykorzystuje on te motywy historyczne, żeby w gruncie rzeczy opowiadać o historiach sobie współczesnych (a i takich, które się nie starzeją, bo mechanizmy sprawowania władzy w gruncie rzeczy – mimo zmienności ustrojów – pozostają w pewien sposób stałe). „Juliusz Cezar” to moje nie takie dawne odkrycie: wiecie, Szekspir w bardzo dobrej formie, sporo smaczków. Taka sztuka, która owszem, zajmuje się tym, co się nam z Cezarem kojarzy: jego zamordowaniem, ale skupia się na tym, co było potem – w jaki sposób pryskają marzenia skonfrontowane z ponurą rzeczywistością, jak wygląda krajobraz po teoretycznym zwycięstwie. W dodatku, można by było sobie pomyśleć, że Bard prezentuje nam tylko jedną stronę medalu: a tu w trakcie czytania łatwo jest się zorientować, że nie przedstawia on żaden ze stron sporu jako „tej sympatycznej”. Co wcale nie jest takie oczywiste, bo przecież każdy chce wiedzieć kto tu jest tym sprawiedliwym, a kto się myli i kogo osądzi historia. A w „Juliuszu Cezarze” to wcale nie jest takie proste. 
 

III. Wieczór Trzech Króli

Przyznaję się Wam bez bicia, sztuka sama w sobie nie należy może do takich, których fabułę jestem w stanie recytować za dnia i wybudzona nocą. Ale mam do tej akurat sztuki sentyment z powodu dwóch rzeczy: tłumaczenia i postaci błazna. Zacznę może od tego drugiego: lubię Szekspira właśnie za to, że zręcznie żongluje tego typu, no cóż, typami. Błazen jest tu oczywiście nie tylko wesołkiem, potrafi być w ogóle kołem zamachowym akcji i wydaje się, że widzi dużo więcej niż pozostałe postaci – wiecie, to z tej szkoły później mamy, na ten przykład, Stańczyka albo i nawet Touchstone'a z trylogii o Abhorsenie Gartha Nixa (nie ma to jak odległe skojarzenia). Co zaś się tyczy tłumaczenia: mówi się, że każde pokolenie powinno mieć „swojego” Szekspira. Przyznam, że nigdy nie zajmowałam jakiejś zdecydowanej pozycji w sporze, czyje tłumaczenie jest najlepsze (no dobrze, zasadniczo nie przepadam za przekładami Macieja Słomczyńskiego), ale w przypadku „Wieczoru Trzech Króli” mam swojego faworyta: to tłumaczenie Stanisława Dygata. Bo wiecie, z przekładami Szekspira (jak zresztą i innych sztuk) jest tak, że niekiedy reżyser, chcąc wystawić je na scenie, zlecał takie osobne tłumaczenie – nie zawsze były one wydawane, ale mamy więcej takich pojedynczych przekładów, niż się wydaje. To może jeszcze na sam koniec, combo: tłumaczenie piosenki Błazna –


Kiedym był chłopcem beztroskim i miłym,
Choć deszcz i wiatry, choć wiatr i deszcz,
Błazeńskie sprawy zabawą mi były,
Bo deszcz deszczem deszczy – tak wkoło dzień w dzień.

IV. Makbet
(a tu kiedyś pisałam o fragmencie tłumaczenia Ulricha: klik)

Znowu możecie wzruszyć ramionami, ale „Makbet” to jest niesamowita sztuka. Mamy tu i magię, której lepiej unikać (a może to żadna magia, tylko myślenie życzeniowe, złe myśli, których już nie chce się nam trzymać na postronku, więc hulają po świecie, zerwane?), i Szkocję (Szekspir często wybiera na tło akcji jakąś zamorską krainę, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistością – że tak wspomnę nadmorskie Czechy z „Opowieści zimowej” – ale tutaj ta Szkocja pasuje do mrocznego, dusznego klimatu sztuki), i konflikt sumienia nałożony na konflikt w małżeństwie, w państwie, w relacjach przyjacielskich. W dodatku, ponownie, to taka sztuka, którą łatwo czytać na bardzo różne sposoby. Ilość wątków sprawia, że o niektórych zapominamy i przypominamy sobie dopiero podczas kolejnej lektury (bądź oglądania wystawienia) i myślimy „ale to tam jest, naprawdę? Jak ja to przeoczyła/em?”. W dodatku zaś jest całe mnóstwo monologów, których nic, tylko nauczyć się na pamięć i recytować w chwilach wściekłości. 
 


Szekspira za tę sztukę krytykowano, bo miała ponoć schlebiać masowym gustom (zresztą stąd i, jak się mówi, tytuł), ale dał nam w niej postać Jakuba i jego monolog o teatrze, więc jak na schlebianie czemukolwiek – bardzo udanie. Że – skoro już wyżej przywołałam Nixa – mamy tutaj błazna o imieniu Touchstone.

Bonus: ulubiony sonet – Sonet 66 (posłuchajcie tego wykonania, niestety znalazłam wyłącznie koncertowe, ale mimo wszystko) 
 
 
Wiem, wiem, że to już drugi wpis pod rząd z muzyką
zamiast ilustracji; widać deszczowe lato mnie tak
nastraja. 


***


A żeby nie było, że wpis jest tak bardzo Pyzocentryczny postanowiłam zapytać mojego Domownika, jakie są „jego” Szekspiry i dlaczego, i co ciekawe tylko jedna sztuka zmieściła się i w mojej, i w jego piątce. A poza tym uzasadnienia podał takie, że nie mogłam się oprzeć, żeby nie zapisać:

I. Burza 
za wszystko właściwie: za czary, za historię niechcianych wakacji na tropikalnej wyspie, za postać Ariela i za tę figurę mędrca, który nie może sobie zupełnie poradzić z rzeczywistością i w końcu zrzeka się swojej magii

II. Juliusz Cezar 
za cudowną teatralność mechanizmów władzy, za to, że nie ma tam „bardziej lubianej” strony, a szanse bohaterów są wyrównanie i zdecydowanie za scenę rozmowy Brutusa z Kasjuszem o śmierci Porcii

za Puka, za uroczych rzemieślników i opisanie tego, jak zmienia człowieka letnia noc, spędzona w środku lasu

za to, że jest dramatycznie przejmującą opowieścią o wierności do końca, o smutku starości, za intensywność doświadczenia

V. Hamlet 
za oldschoolowego ojca-kreta, który doprowadza Hamleta do obłędu, za pustą gadaninę Poloniusza i za próbę przekonania wszystkich, że teatr naprawdę może służyć do wielkich rzeczy


A Wasze ulubione sztuki Szekspira się tu znalazły? Macie szczególne powody, dla których są Wam bliskie i do nich wracacie? A może którychś szczególnie nie znosicie?

Weź dokładkę!

11 komentarze

  1. Moje ulubione to Sen nocy letniej i Poskromienie złośnicy...pierwsze, które zobaczyłam i dzięki temu niezapomniane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, wiesz, że coś w tym jest, w mojej piątce właściwie jest tylko jedna sztuka, którą poznałam niedawno, resztę znam od dawna i wracam co jakiś czas -- z pamięcią o tej pierwszej lekturze/wystawieniu, bo to faktycznie jakoś w człowieku zostaje :).

      Usuń
  2. Och, Pyzo, coś Ty narobiła: uświadomiłaś mi właśnie, że znam z Szekspira tylko "Makbeta" i "Romea i Julię" (usilnie kołacze mi się po głowie, że jeszcze coś tam na pewno było, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć co...!), i trochę mi z tą świadomością głupio. A swoją drogą, ciekawy zbieg okoliczności, bo akurat jakieś pół godziny temu zakupiłam na Kindla zbiór Szekspirowskich dramatów, żeby wreszcie nadrobić te braki...

    Ale póki co namówiłaś mnie na Myśliwskiego, "Ostatnie rozdanie" już od paru dni patrzy na mnie z półki, więc Szekspir będzie musiał odleżeć swoje w kolejce :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonały zbieg okoliczności w takim razie, zbiór dramatów Szekspira brzmi pysznie :). W razie czego polecam też aplikację Shakespear Pro, daje dostęp do całości dzieł Barda w oryginale, ja korzystam w tym roku z niej dość obficie, bo to dobra rzecz i można niepostrzeżenie podczytywać Szekspira :). A poza tym -- wcale nie głupio, to fajnie, bo ile odkrywania! :)

      Ooo, super, bardzo się cieszę: mam nadzieję, że Ci się spodoba (i z chęcią przeczytam o Twoich wrażeniach!). Dobrej lektury! :)

      Usuń
  3. Dawnom tu nie był, lecz wymów tylko Stratfordczyka miano, a wnet się pojawiam... ;-D
    No dobra. Wystarczy błazenady. Lubisz "Hamleta", znając Cię (choć dosyć mało) zdaję sobie sprawę, że to nie snobizm. A widziałaś ekranizację Zefirellego? Szczerze polecam. Od jej czasu Ian Holm jest dla mnie głównie Poloniuszem, nawet w "Obcym. Ósmym pasażerze Nostromo". A gra Mela Gibsona... No cóż. Dla mnie najlepsza ekranizacja. A "Rosenkranz i Guildenstern nie żyją"?... Szczerze polecam.

    Co zaś się tyczy nadmorskiej Bohemii (bo to jednak tak Czechy przez wtórną interpretację, chyba), to warto przypomnieć Polskę u Jarry'ego ("Ubu Król") i Bułgarię u Voltaire'a ("Kandyd"). Innymi słowy: zachodni pisarze dysponowali mapami, na któych na wschód od Łaby znajdował się napis "tu mieszkają smoki". ;-)

    A jeśli swoją hierarchię mogę na (nomen omen) marginesie zaznaczyć, to byłaby ona taka:
    1. Hamlet
    2. Makbet
    3. Burza
    4. Kupiec wenecki
    5. Henryk V (no cóż... nie wiem jak się to stało, ale lepiej mi smakuje niż te Leary, Koriolany, Cezary i stracone zachody kumoszek z Windsoru)
    5a. Poskromienie złośnicy.

    To ja już skończyłem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę częściej wymawiać w takim razie ;) (choć i pobrzmiało w tej odezwie trochę z takiego wampirycznego Marlowa :D).

      Nie, wiesz, że nadal nie widziałam? Głównie dlatego, że nie mam żadnego nagrania, a w telewizji się jakoś nie złożyło -- ale mam w planach, to na pewno (a jak rekomendujesz, że najlepsza ekranizacja, to na pewno sprawdzę!).

      Mnie się jednak wydaje, że to nie jest taka zupełnie wtórna interpretacja: Bohemia to Czechy (jako region, bo tu chodzi o "królestwo czeskie" w rozumieniu korony świętego Wacława, tak przynajmniej to sobie interpretuję). Sam motyw szalenie mi się podoba, bo przecież "narody bez morza się degenerują", więc to ciekawe, że te Czechy przynajmniej tam są nad morzem (i pełne są niedźwiedzi) ;).

      A "Henryka V" znam tylko z ekranizacji Branagha (pamiętam, że widziałam ją -- może w liceum? może wcześniej? -- i że zrobiła na mnie spore wrażenie, ale poza tym poczuciem, niewiele więcej z niej pamiętam; zdecydowanie muszę ponadrabiać!).

      Usuń
    2. Ja się tu nie zamierzam kreować na jakiegoś szekspirowskiego eksperta... Zefirelli po prostu postawił na dobrych autorów i oddał duszność atmosfery. A taki, np. Branagh zrobił z "Hamleta" operetkę, w której Rosenkranz-i-Guidenstern przyjeżdżają koleją. No. Operetka.

      Co do Zimowej Bohemii na morzem leżącej, to sobie muszę odświeżyć tekst... Aż mi się przypomniał dowcip z lat 60. ubiegłego wieku (pewnie znasz): Breżniew dzwoni do Dubczeka. "Towarzyszu, co wy tam ogłaszacie! Jakie znowu Dni Morza! Czechosłowacja nie ma żadnego morza! To prowokacja!", na co Dubczek odpowiada: "Towarzyszu, spokojnie. Gdy wy ogłaszacie Tydzień Kultury Radzieckiej, to my nie protestujemy..." Zatem różnie z tym brakiem morza wypada w kontekście degeneracji ;-)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Bardzo ciekawe pytanie. U mnie wygląda to mniej więcej tak:
    Burza - zdecydowany numer 1 i bez wątpienia ma tu ogromne znaczenie inscenizacja Warlikowskiego. Wiadomo. ;)
    Sen nocy letniej - jedna z nielicznych sztuk, które czytam co jakiś czas. Wcale nie taka beztroska jakby się mogło wydawać, ale też trup w niej nie ściele się gęsto.
    Makbet - musiałam się chwilę zastanowić nad numerem 3, ale jednak postać Lady Makbet przeważyła.
    Hamlet - klasyka, ale zasłużenie.
    Numeru piątego brak, bo nie mogłam się zdecydować. Nie wszystkie sztuki Szekspira znam wystarczająco dobrze, a te które znam ... hm... nie zasługują na top 5. Jako bonus więc wskazuję "Romeo i Julię" w reżyseri Baza Luhrmanna. Tak, młody Di Caprio, skrzydełka Claire Danes, akwarium w łazience, męskie koszule, krzyże w kościele i "Kissing you". Zapierający dech w piersiach kicz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo ;). Och tak, zgadzam się, że w "Śnie..." jest wiele takich kwestii, które tylko na pozór są lekkie, łatwe i przyjemne. No i on jakoś tak się świetnie przeniósł do kultury w ogóle, że można teraz tropić nawiązania w różnych kierunkach. Co zaś się tyczy "Romea..." Luhrmanna, to przyznaję, widziałam go wiele lat temu jako bardzo młoda Pyza i wtedy tego kiczu nie umiałam odebrać na poziomie innym niż, no cóż, kiczu ;). Muszę sobie uciąć kiedyś powtórkę ;).

      Usuń
  5. Dla mnie odpowiedź jest prosta: Król Lear. Pierwszy raz przeczytałam go kilka lat temu, przed pójściem na retransmisję sztyki z National Theatre. Interpretacja była dla mnie prosta, bo mój dziadek przez kilka lat przed śmiercią chorował na demencję, która w końcu przeszła w Alzheimera i powody zachowania Leara były dla mnie zupełnie jasne. Potem z wywiadów w przerwie sztuki dowiedziałam się, że to wcale nie jest oczywista interpretacja, ale Szekspir opisał konkretny rodzaj demencji, który lekarze opisali całkiem niedawno. Niesamowite, jak doskonałym był obserwatorem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że mnie właśnie ta interpretacja przyszła na myśl właśnie przy okazji tego wystawienia? Samego nie widziałam, jedynie "zajawki" przy okazji innych, ale uderzyło mnie, że to bardzo ciekawy pomysł na tę sztukę -- i nawet taki wynikający z niej w sposób naturalny -- a wcześniej w ogóle na niego nie wpadłam.

      Usuń