Kilka słów o pisaniu albo... No cóż, kilka słów o pisaniu



Ponieważ, jak się już Wam nie raz przyznawałam, myślę najlepiej przy pisaniu (i kiedy muszę roztrząsać jakiś problem jestem bliska robienia list „za” i „przeciw” jak bohaterki „Gilmore Girls”), więc wpisy, które się tu pojawiają, wynikają często z tego, że sama się chcę nad jakimś problemem dotyczącym książek czy czytania w ogólności zastanowić. Po dłuższej – jak na mnie – przerwie od pisania bloga chciałabym się więc zastanowić, co takiego w blogowaniu lubię, a czego nie, czemu siadam i piszę. W końcu to niezły pomysł po prawie dziesięciu dniach bez pisania, nieprawdaż?


Przyznaję, jestem bardzo staromodna i najbardziej w tym całym ambarasie lubię po prostu wymieniać się historiami, opiniami, zdaniem na jakiś temat. I to nawet wtedy, kiedy zupełnie się z kimś nie zgadzam, bardzo dobrze jest zobaczyć taki odległy od własnego punkt widzenia. Dlaczego? Ano dlatego, że to bardzo dużo mówi o otaczającej nas rzeczywistości. Mamy taką tendencję do patrzenia na zjawiska „przez siebie” (no, właściwie inaczej się nie da, z samej natury rzeczy) i czasami warto zobaczyć, jak na to patrzy ktoś inny – nawet, jeżeli zupełnie, ale to zupełnie do nas jego zdanie nie przemawia, nawet, jeżeli zobaczywszy/usłyszawszy je mamy ochotę zwinąć się w kłębek, a potem zwiać na koniec świata (jak już się rozwiniemy). To normalna reakcja – ale zawsze warto się tutaj zastanowić, czemu ktoś tak właśnie myśli, czemu tak a nie inaczej coś odbiera.

Czy jest tutaj, zapytacie, według mnie jakaś granica? Ano jest. Szczerze mówiąc byłam zdziwiona w trakcie blogowania zjawiskiem takim jak zupełnie bezinteresowny trolling (czy jest dobre słowo na to po polsku?). Zawsze można liczyć na kogoś takiego – i chyba faktycznie zawsze – i ten raz jeden musiałam nie dość, że włączyć moderację (z tego powodu było mi smutno), to i kasować komentarze, w których nie było treści innej niż chęć obrażenia: ba, nie tylko mnie (rozumiem: przychodzi tu ktoś powyrzekać na mnie, prawdopodobnie tylko i wyłącznie dlatego, że może), ale i wszystkich wokoło. No, cóż. Zdarza się. O książkach czy czytaniu – nie było tam mowy. Nie było to doświadczenie przyjemne, ale pouczające. W dodatku okazało się, że moderacja komentarzy nikogo nie krzywdzi – co też było odkryciem ciekawym. Ach, zapomniałabym: zdarzyło mi się skasować komentarz raz jeszcze, kiedy raz jeden (odpukać!) zjawił się tu spam w rodzaju „hey, nice post! look at this site”. 
 
 
 
 I kilka obrazków z cyklu "jak teoretycznie wygląda pisanie" (moje, uwierzcie,
nigdy tak nie wygląda, nie tylko dlatego, że piszę na komputerze i nie piję kawy;
ale widok ładny).



Bo widzicie, nie wyrzucam żadnego innego rodzaju komentarzy. Nawet jeśli czuję za nimi intencje, które polegają na czymś zupełnie innym niż chęć skomentowania, bo fajnie by było pogadać – nawet jeśli się zupełnie nie zgadzamy – to te komentarze tu sobie są. Bo czemu miałyby nie być? Internet to takie medium, które, mimo wszystkich obecnych w nim ulepszeń komunikacji (bo emotikony na przykład niewątpliwie temu mają służyć) pozostaje jednak takim środkiem komunikacji, w którym łatwo nie wyczuć, co nasz rozmówca tak właściwie mówi – czy jest wesoły, czy smutny, czy właśnie rzuca talerzami wokół, czy z błogim uśmiechem wertuje książkę, by znaleźć cytat, o którym rozmawiacie. Dlatego nie zawsze wiadomo, czy aby na pewno rozmawiamy o tym samym z tym samym nastawieniem.

Jest w pisaniu niemal codziennie – bo jednak w tym roku zdarzają mi się takie „beznotkowe” wędrowania – duży urok. Trenuje to kreatywność („o czym by tu dzisiaj napisać?”, „jak o tym napisać?”), systematyczność (zawsze po dłuższej przerwie w pisaniu walczą we mnie o lepsze Pyza-pracowita „ach, jak dobrze znowu pisać!” z Pyzą-leniuchem „ach, jak dobrze było nie pisać!”), pozwala też zupełnie serio podejść do własnych postanowień. To nie znaczy, że nie mam czasami takiego poczucia, że po co tak siedzieć i pisać, skoro można w tym czasie poczytać, iść na spacer czy popatrzeć, jak ziewa kot (ziewający kot to widowisko samo w sobie). A bo czy to ktoś serio czeka na taki wpis, a czy serio chcę o tym pisać, a może jednak powinnam to prze-pisać? Jeśli piszecie, na pewno znacie te pytania. Można na nie machnąć ręką, a można po prostu dalej pisać: w sumie gdyby nie to codzienne pisanie w zeszłym roku, i niemal codzienne w tym, wiele z wpisów, które i mnie, i Wam, się podobały, zapewne by nie powstały. 
 
 
 
 


Oczywiście, czasami jest tak, że można samemu mieć pewien przesyt. Odkryć, że o kurczę, ja już ten wpis napisałam! Ale to z kolei sprawia, że albo wpadamy w czarną rozpacz („Domowniku! Ja ten wpis napisałam rok temu! Co ja mam zrobić?! Gdzie jest moja herbata, o nie, do tego jeszcze zgubiłam herbatę!”), albo myślimy, czy aby nie da się ugryźć tego tematu od innej strony – co za przyjemność odkryć, że owszem, można, i że to nawet ciekawsze od tego, co wcześniej napisaliśmy (a okrzyki odnośnie herbaty zdecydowanie pozostają w mocy). Myślę, że dość trudną sytuacją – nawet jeśli sami przed sobą się do tego nie przyznajemy – jest ta, w której napisaliśmy wpis, z którego jesteśmy szczególnie dumni, a okazuje się, że przeczytała go tylko Mama, sąsiad z naprzeciwka, którego nawet nie podejrzewaliście, że wie o Waszym blogu i przypadkowy przechodzień. Tylko że, tak naprawdę, to też zależy od tego, czemu się taki wpis napisało.

Bo widzicie, często zdarza mi się widzieć takie zdania jak „zawsze się mówi, że pisze się dla siebie, ale przecież się chce być czytanym!”. I jasne – ale ja tu, przyznam, nie widzę specjalnie sprzeczności. To znaczy w takim podstawowym rozumieniu jednak pisze się dla siebie – nie wiem, czy da się pisać długo licząc na cokolwiek innego niż na to, że samemu sobie sprawi się przyjemność, coś udowodni, będzie się dobrze bawiło, przepracuje problem i tak dalej. Być może wykazuję się tutaj pewnym poziomem naiwności – ale co zrobić, serio uważam, że na takim podstawowym poziomie zawsze pisze się dla siebie. Bardzo przyjemnie jest odkryć, że takim pisaniem można sprawić radość komuś innemu (nieco mniej przyjemnie odkryć, że kogoś się swoim pisaniem denerwuje, ale też z drugiej strony zawsze się znajdzie ktoś, kogo się zdenerwuje: tym, że się dziwnie wymawia słowo „bajgiel”, tym, że się bardzo lubi kolor zielony, albo tym, że się nie je zielonej pietruszki – chyba tak działa świat, niezależnie od tego, jak bardzo by nam było z tego powodu przykro; można jednak próbować samemu szukać jakiejś empatii dla tych wszystkich osób, co zawsze jest wyzwaniem, ale może być bardzo ciekawym doświadczeniem). 
 
 
 
 


Blogowanie to też coś, co pozwala na prowadzenie takiego ciągłego tekstu – zdarza się, że ktoś pojawi się z komentarzem pod notką sprzed roku, bo na przykład właśnie przeczytał tę książkę, o której się pisało, i chciałaby się wymienić wrażeniami. Albo chciałby zapytać o coś, o czym wspomniało się w notce, bo jest ciekaw czy chce się upewnić. I można nagle wrócić do dawnego tekstu, bo on dalej żyje. Owszem, tkwi sobie w archiwum bloga (ba, każdy tekst od razu, z założenia, tkwi w archiwum bloga, bo to jest takie archiwizowanie ciągłe, wpisane w istotę bloga – fascynujące, prawda?), ale jednak ktoś go znajduje, czyta, może chce się wymienić uwagami. Podobnie jest z rozmowami pod wpisami (na facebooku jednak mniej – ale też tam tekst znika szybciej), które mogą się w pewnym momencie urwać i rozpocząć na nowo po wielu dniach (a nawet miesiącach!). I to bez szkody dla tematu takiej rozmowy – strasznie to lubię, kiedy te konwersacje nagle odżywają.

No dobrze, zapytacie, czy coś z tego wszystkiego wynika? Widzicie, co jakiś czas korci mnie, żeby coś poprawić, zmienić, podpytać Was, co Wam się podoba, a co Wam przeszkadza (o tym możecie zawsze śmiało napisać). Tylko że jako Pyza ze skłonnością do szukania takich dat istotnych zwykle wszystko skrzętnie sobie zapisuję i – tak jak ostatnio – jeśli coś kombinuję, to dla porządku w okolicach urodzin bloga. Ale lubię i te zmiany w blogowaniu, zobaczenie innych podejść, nowe pomysły nie tylko na wpisy, ale na pisanie w ogóle. Co zresztą, chyba, widać (a w każdym razie mam taką nadzieję). No i lubię, kiedy okazuje się, że to, co napisałam, sprawiło komuś radość.

Weź dokładkę!

9 komentarze

  1. Fajnie wrócić po urlopie (no, tak jeszcze nie do końca, bo na razie pojawiam się tylko tu, ale nikt poza nami nie musi o tym wiedzieć) i trafić na taki wpis (teraz pomyślałam sobie, że to zdanie podchodzi pod "hey, nice post!"). Ja też kiedyś myślałam, że wolę pisać dla samej siebie, dopóki nie... pojawiła się szansa pisania w sieci ;) Która sama z siebie rodzi ot nic innego, jak pokusę. Na początku owszem - też pisze się "dla siebie", ale nagle okazuje się, że także jednak dla kogoś. Czasy współczesne trochę jednak obdzierają z introwertyzmu, czy tego chcemy, czy nie.

    A niech tam, napiszę, co mi przeszkadza (tu dozwolona moderacja komentarza) :P Bardzo chciałabym, byś pomyślała o wprowadzeniu do swoich notek interlinii :) Takiej choćby o pół większej. Nie, żebym mówiła to z pozycji redaktora technicznego, którym niby jestem, ale tak jakoś dla oka milej byłoby czytać nieco mniej ściśnięty tekst. O tak, marzy mi się to u Pyzy już od dawna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak długo, jak po zdaniu "hi, nice post" nie zachęcasz do odwiedzenia strony, która magicznie odmienia życie, przedłuża różnego rodzaju narządy i czyni bogatym w jednej sekundzie, nie ma problemu ;).

      Oczywiście, zgadzam się, sam fakt publikowania tego, co się napisało, to już jest próba wyjścia z tym dalej, otwarcie na czytelnika (inaczej można by pisać i chować, co się napisało). Z tym że wydaje mi się, że u samiutkiej podstawy pisania musi być nasza chęć -- chyba, że pisze się na zlecenie, to znaczy, że realizuje się zamówienie na tekst i dostaje za to wynagrodzenie (chociaż i tu nie wiem, czy sprawa jest taka prosta ;)). No i przyznaję, to nie jest tak, że wolę pisać dla siebie (za dużo mam radości z pisania takiego, które i komuś innemu się podoba) -- ale wydaje mi się, że bez woli pisania, która sprawia przyjemność samemu piszącemu, nie bardzo wychodzi jakiekolwiek inne pisanie. Nie wiem, tak mi się w każdym razie wydaje :).

      Argh, ta interlinia spędza mi sen z powiek od stycznia -- grzebałam za tym w html-u wszystkimi sposobami, jakie udało się znaleźć w sieci, radziłam się bardziej ogarniętych w temacie -- i nic. Ani drgnie. Obawiam się, że będę musiała pomyśleć nad przebudowaniem szablonu w tym celu dużo bardziej: ale może w trakcie lata by mi się to udało.

      Usuń
  2. Ja osobiście ubóstwiam wszelakie słowo pisane. Uwielbiam z nim obcować, wymyślać, zapisywać. Nie wychodzę z domu bez notesu i po prostu bazgrolę w nim różnorakie połączenia i konstelacje liter. Też zawsze pisałam dla siebie...dla kosza na śmieci ewentualnie- bo tam właśnie zapisane kartki trafiały. Gdy jednak odkryłam globalną wioskę i zdałam sobie sprawę, że teraz pisząc dla siebie - piszę równocześnie dla innych, wreszcie poczułam satysfakcję. Odnalazłam jakiś sens. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiedziałabym, że każde słowo pisane jest mi jakoś specjalnie bliskie (na przykład ulotki raczej szybko zapominam, a niektóre dłuższe formy pisane są... no cóż, powiedzmy, że tak sobie napisane ;)), ale rozumiem, o co chodzi. No, nie da się ukryć, zawsze człowiekowi przyjemnie, kiedy -- jeśli tego chce, oczywiście -- ktoś czyta to, co napisze :).

      Usuń
  3. Bardzo lubię spojrzeć na swój tekst po dwóch czy trzech latach, po ponownym przeczytaniu książki, której dotyczy! Czuję się wtedy innym człowiekiem, bo odebrałam coś zupełnie inaczej, a czasem się zastanawiam: jak ja to mogłam napisać?! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, to jest faktycznie bardzo interesujące w odbiorze (i fajne, kiedy się do książki wraca i widać, jak ewoluował -- bądź nie -- nasz jej odbiór). Gorzej, kiedy zapisaliśmy sobie coś, co teraz zupełnie jest dla nas niezrozumiałe, a wtedy wydawało nam się oczywiste (na przykład jakaś aluzja, której po latach nie umiemy zdeszyfrować) ;).

      Usuń
  4. Nie kasuje pani komentarzy? To pani jest kłamczuchą, bo komentarze autorki blogu Kroniki Nomady spod Lema pokasowała pani. Mam na to dowody skreeny które pojutrze zamieszczę na blogu. W komentarzach S. nie było nic niestosownego nie zgadzała się tylko z pani płytkim wejrzeniem na mistrza Lema.
    Trudno wymieniać się wrażeniami z kimś kto pisze tak płytko, jak pani, i kto kasuje komentarze prezentujące inne spojrzenie niż Kluski Wędrowniczki.
    Pozdrawiam
    Wiesiek (Wiesław, pisarz)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, na Pana (Panią?) zawsze można liczyć :)!

      Usuń
    2. Żądam skasowania mego komentarza! Obraziła mnie Pani nazywając kobietą! Nie chcę mieć więcej doczynienia z tym blogiem!

      Usuń