Niespodzianek wiele albo o kupowaniu książek przez internet



Dzisiaj będzie o tym, że książka książce nierówna, słowa bywają zawodne, a zmysł czytelnika—wykrywacza nie zawsze jest w stu procentach działającym narzędziem do wyszukiwania pożądanych egzemplarzy. Innymi słowy zaś: będzie o kupowaniu książek przez internet. 


I może na początek takie doprecyzowanie: nie mam na myśli sytuacji, w której doskonale wiemy, jak wygląda dana książka, bo na przykład obejrzeliśmy ją wcześniej w księgarni, przekartkowaliśmy u znajomych albo posiadaliśmy w dzieciństwie. To, oczywiście – często także w przypadku książek nowych – sprawa raczej prosta. Problem jednak pojawia się tam, gdzie (1) mamy pewne sprecyzowane oczekiwania wobec książek (na przykład pewne sposoby, na jakie są wydawane, nam przeszkadzają), (2) nie mamy pojęcia, jak wyglądane dane wydanie (lub seria), bo nigdy jej na żywo nie widzieliśmy, (3) kupujemy raczej na aukcji internetowej bądź w antykwariacie sprzedającym swoje zbiory przez sieć, czyli sięgamy po książki z definicji używane. Wtedy musimy zaufać swoim przeczuciom, ocenie sytuacji, opisowi towaru bądź dołączonym do niego zdjęciom. Jakie niespodzianki mogą na nas czekać? Bo, nie łudźmy się, czekają! 
 
 
 Towarzyszyć nam będą lamy, gdyż lamy są stoickie. Źródło.
 
 
I może jeszcze jedno doprecyzowanie: często znajduję książki, które chcę z tego czy innego powodu nabyć, w sieci. Przygody się zdarzają, najczęściej zresztą z mojego gapiostwa, więc to nie jest w żadnym wypadku wpis pod tytułem "kupowanie przez internet to coś okropnego!". To, moim zwyczajem, wpis z gatunku "załóżmy że... i zastanówmy się, co wtedy".

Ależ ja zamawiałam dywan, nie dywanik!

 
Pierwsza niespodzianka, może niespecjalnie dotkliwa, a kojarząca mi się z sytuacjami znanymi z przeróżnych wyliczeń „10 niewiarygodnych sytuacji, które spotkały ludzi kupujących w internecie!” (na pewno takie znacie), to rozmiar. Jasne, książki zazwyczaj wydawane są w sposób standardowy, ale są i takie wydania, które od normy odbiegają. Jeśli więc upatrzyliśmy sobie, na ten przykład, wydanie z serii „Nike”, to musimy się liczyć z tym, że przybędzie do nas wydanie – nazwalibyśmy je – kieszonkowe. Jeśli więc za takim nie przepadamy – warto sprawdzić. Podobnie, jeśli na przykład nie przepadacie za niestandardowymi formatami: książkami kwadratowymi, gabarytowo większymi, z serii innej, niż zbieramy: wtedy dobrze jest jednak upewnić się, że ten konkretny egzemplarz nas nie rozczaruje.

Rok wydania prawdę ci powie


W dodatku na amatorów wydań starszych – albo książek, które miały jedno wydanie w określonym przedziale czasu – czeka sporo zasadzek. Może nie zdarzy się akurat tak, że kupicie sobie powieść wydrukowaną szwabachą (chociaż kto wie, i takie rzeczy się zdarzają), ale możecie wylądować z drugim wydaniem książki kursującej przede wszystkim w drugim obiegu za czasów PRL-u. A z tym związane są atrakcje w rodzaju „komu przeszkadza maszynopis”, „przecież nie widać tylko ostatnich słów w wersie”, „co tu jest, na bogów, napisane” albo „jaki drobny druk, wystarczy silna lupa!”. Przyznaję, że za wydaniami, jak mawiają Czesi, samizdatowymi nie przepadam, zwłaszcza jeśli książka jest pokaźniejszych rozmiarów – czytanie takiego maszynopisu mnie męczy. A niektóre książki u nas później jakoś nie były wznawiane, więc można nie mieć wyboru.


Fruwaj, okładko!

 
Widzicie, tak naprawdę to ten podpunkt ma zastosowanie wtedy, kiedy stan, w jakim znajduje się książka, odgrywa w naszym przypadku duże znaczenie. Muszę przyznać, że jako zbieraczka książek jestem dość odporna na różnego typu uszkodzenia egzemplarzy, które nabywam/dostaję/znajduję, chociaż oczywiście dużo zależy tutaj od kontekstu. Są takie książki, na wydaniach których bardzo mi zależy – ale jako osoba, która posiada „Idę sierpniową” z brakującym dziesiątkiem stron, kilka książek z okładkami trzymającymi się na słowo honoru oraz przedziwne egzemplarze poplamione substancjami, o których nie chciałabym dowiedzieć się niczego więcej, nie jestem tutaj najlepszym źródłem informacji. Niemniej nie zmienia to faktu, że kupując on-line trudniej jest nam określić, z czym przyjdzie nam mieć do czynienia. Czasami niespodzianki są miłe (sama mam taki kupiony w ciemno egzemplarz książki z furą odręcznych notatek, w których poprzedni autor polemizuje z tekstem), czasami zaś – mniej.

A jednak nie, nie ma 

 
To też może być źródłem naszego rozczarowania: kiedy już witamy się z gąską, a tu książkę sprzed nosa sprzątnął nam ktoś inny. Czasami w sposób bardziej zorganizowany (ach, ta trauma sprzed lat, kiedy trzy razy licytowałam na Allegro listy Franza Kafki do Mileny i dwa razy przegrywałam w ostatniej chwili!), czasami nieco mniej. Na przykład wtedy, kiedy antykwariat pisze do nas, że sprawdzili i tej książki jednak nie mają na miejscu/zniknęła i ktoś zapomniał odpowiednią informację zamieścić na stronie/była, ale zniknęła w pakowaniu i koniec, nie otrzymamy jej, nic się nie da z tym zrobić. Bolesne jest to zwłaszcza wtedy, kiedy kupowaliśmy nie tyle z myślą przeczytania „przy okazji”, ale z konkretnym czytelniczym zamiarem.
 
 
 

***


Ale muszę Wam się przyznać, że jeśli nie mam szans na znalezienie jakiejś książki poza siecią, internet często mnie ratuje – aukcje na Allegro, internetowe antykwariaty, to są miejsca, gdzie można znaleźć perełki i bardzo przyjemnie spędzić czas przeszukując zbiory i przynajmniej to i owo oglądając. Niespodzianki się zdarzają, wiadomo, ale nietrudno się na nie natknąć i w czasie kupowania „na żywo”. Także wiecie, to bynajmniej nie jest wpis zniechęcający (co, mam nadzieję, jest jasne), raczej rozważający, czego się można spodziewać. Mieliście kiedyś takie przygody z kupowaniem książek w sieci? – spytała Pyza, która do dzisiaj ma jedną z książek Leszka Kołakowskiego zakupioną w ciemno on-line, a wydaną w drugim obiegu i, och, uwierzcie, straszliwie trudno czytelną.

Weź dokładkę!

21 komentarze

  1. Niestety mi się zdarzyło. Zamówiłam całą "Trylogię Zdrajcy" Canavan, bo zbieram wszystkie jej książki, po czym okazało się, że jest to wydanie kieszonkowe (jedyne w mojej kolekcji). Sama jestem sobie winna, że nie doczytałam tej informacji, ale za każdym razem jak patrzę na regał to się denerwuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bo takie niespodzianki można sobie spokojnie zafundować samemu przez roztargnienie -- i mnie się zdarzało, po jakimś czasie człowiek się sam do siebie uśmiecha na widok takiego zakupu, ale fakt, denerwować się też denerwuje, zwłaszcza jeśli na danym wydaniu nam bardzo zależało.

      Usuń
  2. Ja akurat nie kupuję "typowo" w Internecie, bo po zawsze zamawiam w Świecie Książki (w ostateczności Empiku) i odbieram w księgarni stacjonarnej (odpadają stresy związane z PP/kurierem i koszta dostawy). Kiedyś korzystałam tylko z Empiku i wtedy dość często zdarzało mi się otrzymywać książki nieco nadmiażdżone lub naddarte. Co ciekawe, w ŚK nigdy coś takiego się nie zdarza :)
    (I od kiedy to lamy są stoickie? Może ja też zostanę stoikiem i będę sobie pluła na kogo zachcę :P).
    Pozdrawiam,
    Między sklejonymi kartkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też najbardziej lubię odbiór osobisty, mam wtedy takie wrażenie, że ha, idę do pracy, a przy okazji zajdę i odbiorę książkę -- no sama przyjemność :). Ale jak książka wędruje sobie do mnie pocztą, to i to oczekiwanie bywa przyjemne (chyba że, no właśnie, dotrze w stanie raczej średnim).

      A nie są? ;) Zawsze mają minę w rodzaju "jam tu panem i władcą, kim jesteś, marny człowieku?" ;).

      Usuń
  3. Hmmm... Ja tylko kupuję książki w sieci! :D Buszuję po antykwariatach, stronach bezpośrednich i po Allegro, mam swoich ulubionych sprzedawców i nigdy się nie zawiodłam. Nawet jeśli była pomyłka, to ekspresowo wymieniono książkę na taką, którą zamawiałam. Na Allegro polecam zawsze wybierać sprzedawców sprawdzonych, z odpowiednią ilością gwiazdek i bez negatywnych opinii, wtedy naprawdę trudno się przejechać. :)
    Ściskam!
    O.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, nie, to oczywiste -- ale wiesz, chodziło mi też o takie niespodzianki, które sami sobie fundujemy: bo nie doczytamy danej informacji i potem przychodzi do nas książka jak najbardziej zgodna z opisem, nie ma tu więc winy sprzedawcy, a wyłącznie naszego roztargnienia ;).

      Usuń
  4. A mi się nic takiego nie zdarzyło, żadnych niespodzianek :( zazwyczaj mniej więcej wiem, co kupuję i czego się spodziewać - oglądam z każdej strony opisu tudzież okładki. Jedyne niespodzianki, to ewentualnie pieczątka z biblioteki likwidowanej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to takie miłe niespodzianki (chyba, że ktoś bardzo nie lubi) -- odkrywać, jakie istniały kiedyś biblioteki; niektóre bywały zupełnie fantastyczne. Z drugiej strony -- zawsze smutek, jeśli biblioteka zlikwidowana zupełnie i nic się w okolicy nie ostało.

      Usuń
  5. Jeszcze nie kupowałam żadnego "wykopaliska" jak i z antykwariatu czy allegro. Kiedyś zdarzyło mi się kupić IV część w cudownym, starym wydaniu z 1973 roku "Królów przeklętych" i od tamtego czasu poluję na resztę tomów, jednakże idzie mi bardzo opornie :C

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to trochę tak jest, że w czasie polowania łatwo się rozproszyć, aż któregoś dnia człowiek w końcu siada i mówi sobie "dzisiaj zdobędę pozostałe tomy, co będzie tak jeden biedaczek stał i się kurzył!" ;).

      Usuń
    2. Dokładnie tak jest i zwykle właśnie wtedy nigdzie pożądanego wydania nie ma :C

      Usuń
    3. Ale z drugiej strony to zachęca, żeby monitorować na bieżąco ;). Trzymam kciuki!

      Usuń
  6. Zawsze dociekam, jakie wymiary ma dana książka, bo ja wydań kieszonkowych nie toleruję. Tzn. nie tyle ja, co mój wzrok. Parę razy już się nacięłam i teraz zawsze zwracam na to uwagę.

    Natomiast staroci raczej nie kupuję. Chyba tylko Colette kupowałam na Allegro w wydaniu z lat '70.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, ja też nie lubię wydań kieszonkowych, bo mam wrażenie, że nic nie widzę -- ale w zeszłym roku zaczęłam czytać serię "Nike" Czytelnika i przekonałam się i do niej, i do równie małych "Głów wawelskich". Tu chyba chodzi nie tyle o format, co o wielkość tekstu na stronie, a w tych dwóch seriach jest ona zacna :).

      Usuń
  7. A ja troche inaczej, obslinilam sie do ksiazki, juz chcialam kupowac, a tu zonk to druk a nie ebook,
    A w jednym sklepie mi wyskoczylo okienko, ze nie wysylaja za granice. Tez ebooka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, z e-bookami chyba takich przygód nie miałam, ale też stosunkowo rzadko je kupuję, częściej korzystam z książek w wolnej domenie. Ale rozumiem problem, zwłaszcza ten z trudnością w nabywaniu, kiedy książka jest za granicą (ale to dziwne, że e-book też może sprawiać takie trudności).

      Usuń
  8. U mnie największym rozczarowaniem podczas zakupu przez internet była książka z tak małą czcionką, że musiałabym cały czas używać lupy, żeby ją przeczytać. I nie było to wydanie kieszonkowe :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to, to -- sama dokonałam kilku takich zakupów; z wiekiem coraz bardziej mi jednak ten mały druk przeszkadza, więc zwykle staram się najpierw zorientować, jak wydanie może wyglądać w środku, żeby potem nie cierpieć ;).

      Usuń
  9. Właśnie wczoraj miałam dwie nieprzyjemne sytuacje. Najpierw doszła do mnie książka, owszem ten sam tytuł, który kupiłam, ale inne wydanie. To ma znaczenie, bo książka miała być pół wieku starsza! Oczywiście muszę odesłać.
    Sytuacja 2: po tygodniu od kupna facet mi pisze, że wcześniej sprzedali już tę książkę, która wylicytowałam.
    Trzy razy próbowałam kupić Przeciw interpretacji Sontag i trzy razy zwracano mi pieniądze, bo książki fizycznie nie mieli. To po jaką cholerę wystawiają coś, czego nie mają?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, te książki, które były, a jednak ich nie było -- znam (a za sytuację numer 1 trzymam kciuki, mam nadzieję, że wymiana pójdzie dobrze!). Zawsze sobie tłumaczę, że to może jakiś duch systemu uparcie każe wystawiać taką książkę (a jak już jest to Susan Sontag, to w ogóle ;)).

      Usuń
  10. Stoickie lamy są najlepsze! :D
    A takie niespodzianki często trafiały mi się przed laty, gdy już kupowałam przez internet (głównie pożądane wydania na allegro), ale jeszcze nie myślałam, by sprawdzić jak takie wydanie wygląda na jakichś zdjęciach i jakich jest rozmiarów! Ale wtedy też nieszczególnie zależało mi na ładnych książkach, a po prostu na konkretnych tytułach. Teraz jest podobnie, ale teraz — przy tysiącu wydań jednego tytułu, bardzo się pilnuję, żeby dostać to, które chcę. No, a książki zupełnie w ciemno? Teraz chyba trudno o taką, szczególnie z tych nowszych wydań. Sama wiesz, już po wydawnictwie można stwierdzić jaką mniej więcej książkę otrzymamy. A te starsze... tutaj od razu trzeba nastawić się na większą losowość :)

    OdpowiedzUsuń