Opętany przez duchy albo o „Pałacu” W. Myśliwskiego



Może więc tylko udajemy życie?
[cytuję za wydaniem Czytelnika z serii „Głowy wawelskie” z roku 1982, s. 383]

Oj, pałętałam się ja Wam po tym pałacu długo, mimo że książka rozmiarów mikrych i teoretycznie jak w sam raz dla mnie: i tematycznie, i koncepcyjnie. Ale długo czytałam, bo i nie najłatwiejsza to książka. Ba, Myśliwski bierze tu na warsztat rzecz arcyciekawą: przez jedną osobę przemawia chór głosów. W pustym budynku mamy jednego bohatera, w wielowątkowej, przewęźlonej przez samą siebie opowieści. Nie będę udawać, trudna to książka.
 
O czym to jest? 
 
Kiedy pod folwark zaczynają podchodzić pierwsze zwiastuny wojny, właściciele i pracownicy opuszczają miejsce, zostawiając za sobą pusty pałac i zabudowania pałacowe. Zostaje jedynie jeden pasterz, do tej pory odpowiedzialny za owce, który korzystając z okazji wchodzi do tytułowego pałacu – i zaczyna wspominać swoje kontakty z „jaśniepaństwem” do momentu, w którym niejasne już staje się, o czyich wspomnieniach mówi. Rzeczy i miejsce zaczynają przeważać i tak oto w potoku wspomnień krzyżuje się pamięć szlachecka z pamięcią chłopską, postacie istniejące z wymyślonymi, fakty z wyobrażeniami.
 

Czyja to pamięć?

Jak pamiętacie, przy okazji „Nagiego sadu” zastanawiałam się, z czyją pamięcią mamy właściwie do czynienia, z czyją opowieścią i snutą do kogo – w „Pałacu” (w moim wydaniu zresztą obie książki są połączone w kieszonkowym formacie „Głów wawelskich”) sprawa jest jeszcze trudniejsza do rozwikłania. Zaczyna się niemal jak u Hitchcocka, bo od uderzenia bomby. To jakby wyrwało krajobraz z letargu: obserwujemy, jak ucieka ze dworu (pałacu) jaśniepaństwo, jak rozbiega się służba, jak wszystko pustoszeje. W tym czasie zostaje z nami nasz narrator, pasterz, żyjący „od zawsze” (i można z pewnością dodać, że od pokoleń żyła tak jego rodzina) w cieniu dworu. Wypuszcza zwierzęta na wolność i trochę przerażony tym, co zrobił, a trochę zaciekawiony tym, co będzie – wchodzi do pałacu. Na początku tylko chodzi, jakby zwiedzał. Ale z narracją zaczyna się dziać coś dziwnego. Czy to jeszcze ten nasz pasterz? A może to duchy miejsca, kolejne generacje jaśniepanów, książąt, hrabiów i biskupów, dziedziców – wszystkie one skupiają się w nim, w ostatnim lokatorze pałacu?

Coś, przyznajcie, musi być na rzeczy, skoro – cały czas przez naszego pasterza, który staje się naczyniem, w jakie wchodzą te wspomnienia, różnorakie pamięci zaklęte w to, co pamiętać każe: książki, przedmioty codziennego użytku, wreszcie w najbardziej przemawiające do wyobraźni portrety – każe mu powiedzieć tak do nigdy nie dającego się zobaczyć korowodu odbiorców tego potoku słów i wspomnień, których my sami, czytelnicy, jesteśmy ledwie podglądaczami:

[...] będziesz mnie malował od rana do zachodu. Będziesz mnie malował dotąd, aż ze wszystkim mnie wymalujesz. Dzień po dniu. Żebym nie był tylko jeden jaśnie pan, jak ten tu. Ale żebym wszędzie był. Wszędzie. Jaki tylko być mogę, czy nawet nie mogę. Niech mnie będzie bez liku. Żeby nikt już już nie mógł mnie się pozbyć. Nikt zapomnieć o mnie. I żebym tylko taki był, jak mnie namalujesz. I na co dzień, i na zawsze tylko taki, jak mnie namalujesz. I żebym prawdziwszy był na każdym obrazie, niż jestem. Prawdziwszy. Pamiętaj.
[s. 285]

I tu, widzicie, robi się jeszcze ciekawiej. Bo możemy powiedzieć: oto Myśliwski pokazuje megalomanię dziedzica, kogoś, kto mieszka we dworze na folwarku, ale dwór ów tym, co są w nim zatrudnieni, zdaje się pałacem. Ale pamiętajmy – to wszystko wychodzi od tego naszego chłopaka-pasterza, służącego we dworze. Więc co w takim razie jeszcze tutaj widać, spytacie? Myślę, że to potężne pragnienie bycia uwiecznionym – roztaczającym wręcz swoją obecność wszędzie, w każdym zaułku, w każdym kawałku „dziedziny” – wychodzi też i od samego pasterza. Jest takie zjawisko, które nazywa się czasami „krótką chłopską pamięcią”. Wiecie, w przeciwieństwie do rodzin z różnego rodzaju „klas wyższych”, rodziny chłopskie niespecjalnie znają swoją genealogię: po prostu nie zapamiętywało się tego dalej niż 2-3 pokolenia, nie było też jak tego uwiecznić. I nie, nawet nie chodzi o to, że nie umiano pisać i czytać – ale o to, że znikały takie właśnie upamiętnienia w przestrzeni. Nie murowano grobowców, więc mogiłki zapadały się, kiedy natura pożarła drewniane krzyże. Domy odnawiano, ale nie należały do najtrwalszych. Te wszystkie przedmioty, które można zobaczyć w skansenach, są poodrywane od swoich pierwotnych właścicieli, bo trudno mówić o osnutych wokół nich odległych wspomnieniach. 
 
 
 Dzisiaj dużo tekstu, ale zamiast obrazków, podkład
muzyczny. To undergroundowy czeski zespół, a ich "Kanarek"
kojarzył mi się jak dotąd z pewnym opowiadaniem Ladislava Klímy.
Ale jako że w "Pałacu" o kanarkach było dużo, postanowiłam przywołać.


To tak, jakby narrator domagał się bycia pamiętanym – nie tylko chcą tego duchy, jakie się w niego wcieliły, w nim samym coś rwie się, płacze ku temu, by zostało po nim coś więcej, niż kiedykolwiek mógł liczyć. Dlaczego wybiera obraz? Bo obraz nie tylko najłatwiej przenika do wyobraźni, jest zapamiętywalny – portret jest stworzony z myślą o tym, by pamiętano o tym, kto go namalował i kto jest na nim uwieczniony. Swoją drogą – taka mała dygresja – zawsze mi smutno, kiedy w muzeach oglądam portrety zatytułowane „Portret dziewczyny”, „Portret nieznanego mężczyzny”, „Dwójka dzieci z rodziny mieszczańskiej”, bo to znaczy, że ta pamięć nawet tutaj bywa tylko ułudą. Ale dobrze, wróćmy do rzeczy, do „Pałacu”. Ta pogoń za obrazem, za tym, co wyobraża, a co wydaje się niemal realne, wraca u Myśliwskiego jeszcze w co najmniej jednej scenie: w przejmującym, notabene, portrecie łupienia dworu, kiedy dziedzic obserwuje chłopa, zanurzającego się w obrazie kobiety, głaszczącego go, starającego się jak jakiś groteskowy Pigmalion o przeniknięcie do takiej rzeczywistości, w której ta, co namalowana, jest rzeczywista.

Paskudna przeszłość
A jak już przy tej scenie jesteśmy. „Pałac” jest też książką okrutną i to w takim bardzo podstawowym sensie. W pewnym momencie nasz pasterz—dziedzic powie, że „kiedyś to były czasy”, kiedyś sama natura domagała się gwałtu [s. 303]. I faktycznie, nie tylko samo wtargnięcie wojny w życie dworu można interpretować jako gwałt – nie tylko wejście narratora do dworu, gdzie nie powinien się był, w teorii, znaleźć, ale i w ogóle wszystkie niemal stosunki międzyludzkie w powieści noszą znamiona takiego przekroczenia granic. Relacja pana i poddanych, gdzie nie ma mowy ani o równości, ani o zrozumieniu, ale o wykorzystaniu, które wybucha w końcu w kolejnych aktach terroru i nienawiści. Relacja między mężczyznami a kobietami, w której nie ma mowy o uczuciach do tej drugiej osoby, a jedynie o tym, jak jedni drugich wykorzystują wyłącznie dla swojej wygody, dla swojego pocieszenia, odszukania dla siebie tego, co cenne.

I wiecie, jest też w „Pałacu” bardzo przenikliwy obraz tego, że jeśli coś trwa wystarczająco długo, i ludzie zdążą się w tym odnaleźć na tyle, by uwierzyć, że oto mamy do czynienia z jakimś „naturalnym porządkiem rzeczy” – może się pojawić taki wspomnieniowy syndrom sztokholmski. Pojawia się rodzaj dziwnej, toksycznej nostalgii za okropną przeszłością. Jak powiedzą do dziedzica inne pałętające się po pałacu duchy: Zły byłeś, panie, piekło cię pewnie pochłonie, ale tęskno będzie po tobie [s. 367]. Jak jesteśmy przy piekle, to przy lekturze rzucają się w oczy motywy biblijne, bardzo pięknie przetworzone w samym języku, w motywach, które wykorzystuje autor. Przywiązany do mebli i bezbronny dziedzic w scenie rabunku jest jak Chrystus – czy raczej: domaga się bycia Chrystusem, chce cierpieć, więc to swoje cierpienie potęguje, wywołuje je, pragnie go, umniejszając tym samym cierpienia tych, którzy są mu podlegli (wspominałam o okrucieństwie, nieprawdaż?). Jest cały wątek, który przypomina sprawę Uriasza Hetyty i króla Dawida, choć bardzo przewrotnie. No, nie ma co opowiadać, to trzeba przeczytać, bo frajda z odkrywania tego jest wielka.


***


I tak na koniec: sam tytułowy pałac to bardzo wielopłaszczyznowe miejsce. To rodzaj takiego mind palace, ciasnego wręcz od swoich i cudzych wspomnień. To labirynt, z którego trudno wyjść, więc ten, kto wszedł, błądzi po nim, aż sam uwierzy, że jest Minotaurem (a może Tezeuszem). To więzienie, ale i złota klatka, z której jedni chcą się wyrwać – inni marzą o zamieszkaniu w niej. To wreszcie też trochę ten inny wymiar, po którym przechadzają się duchy.

To mój pałac […]. Miałbym go opuścić? A któż tu po mnie zostanie? Jam tu dziedzic ostatni. Ja! Ja! To moja pamięć! Moje wszystko!
[s. 526-527]


Weź dokładkę!

0 komentarze