Pikniki z Klasyką #16: Przypadki chodzą po ludziach albo o „Przygodach księdza Browna” G. K. Chestertona



Kiedy Tarnina zaproponowała, żebyśmy w czasie lipcowego pikniku – podobnie jak w roku ubiegłym – pochyliły się nad klasyką kryminału, przyklasnęłam temu pomysłowi z radością. Wszak co może być przyjemniejszego, niż klasyczny detektyw, w sutannie, często przedstawiany jako przeciwieństwo Sherlocka Holmesa i z dość entuzjastycznymi recenzjami, i pozycją w światowym kanonie? Wpis Tarniny na ten temat znajdziecie tutaj, a ja tymczasem zapraszam Was na swoje kilka groszy dorzucone w temacie.


_________________________

Widzicie, pierwszy problem, który miałam z „Przygodami...” był bardzo prozaiczny: okazało się, że nie mogę znaleźć żadnego wydania! Zaskoczyło mnie to, bo do tej pory myślałam o Chestertonie jako pisarzu bardzo popularnym, a i spojrzenie na to, ile wydań miały same „Przygody...” tę moją intuicję by potwierdzało. Ale, jak bywa w takich razach, w jednej filii bibliotecznej wszystko trzymają w magazynie, a magazyn przechodzi remont, w drugiej prowadzą remanent i są akurat zamknięci na głucho, w trzeciej... I tak dalej. Aż w końcu udało mi się rzutem na taśmę znaleźć niepozorny tomik. Wydany został przez Frondę, która – jak się okazuje – wydaje Chestertona sporo. Tłumaczył – Tadeusz Jan Dehnel, znany mi z „Samotni” Dickensa i wspominany dość ciepło. Ale moje zaskoczenie rosło z minuty na minutę: przedziwny font, który sprawiał, że czułam się oderwana od tekstu, wybór opowiadań, który zamiast pokazywać bohaterów od początku, wrzucał nas w środek historii. I wiecie, jest coś przyjemnego w byciu wrzuconym w środek historii – ale w przypadku „Przygód...” powoduje to raczej chaos, zmieszanie i zdenerwowanie, bo nie pasuje zupełnie do sposobu, w jaki opowiada nam je Chesterton.




Dobrze, zapytacie, ale powiedz, Pyzo, coś konkretnego. Zaczęłam od tego, że to był pierwszy problem. Jaki jest drugi? Doczytałam się, że księdza Browna zwykło się zestawiać z Sherlockiem Holmesem (który zresztą doczekuje się reprymendy od bohaterów jednego z opowiadań, „Lustro pana sędziego”). Czemu? Otóż Sherlock ucieka się przy wyjaśnieniach do dedukcji z otoczenia, znajomości drobiazgów i drobiażdżków, a także do nauki i jej osiągnięć. Ksiądz Brown, przeciwnie – opiera się również na dedukcji, ale nieco innej natury: bardziej niż z otoczenia, dedukuje ze znajomości ludzkich charakterów. Za uciekaniem się do pomocy osiągnięć nauki nie przepada (w opowiadaniu „Omyłka maszyny” kategorycznie i zniechęcająco wypowiada się na temat używania wykrywacza kłamstw, bo interpretuje jego wyniki i tak człowiek, a ta akurat – jedna – sprawa, której ksiądz Brown był świadkiem, i w której użyto wykrywacza, miała rozwiązanie inne, niż wskazywała interpretacja wyników z maszyny). Tyle że, widzicie, mnie te rozumowania bohatera nie przekonaływały. Czemu?

Chesterton pisze w taki sposób, że albo omawia nam krótko sprawę, po czym pojawia się ksiądz Brown – a to w swojej angielskiej parafii, a to obsługujący parafię katolicką w Stanach, a to na misjach gdzieś daleko – i rzucając okiem tu i tam, bądź wymieniając kilka słów, mówi, że ten a ten jest winien, ponieważ gdyby nie był, zachowałby się tak a tak lub odwrotnie. Za każdym razem miałam jednak wrażenie, że przecież halo, nasz bohater często ledwo znał ludzi, o których była mowa, sądy zaś wypowiadał bardzo kategoryczne. W niewielu opowiadaniach możemy śledzić rozwiązywanie zagadki – w wielu zaś możemy przysłuchiwać się, kiedy ksiądz Brown wyjaśnia, jak wszystko wyglądało. Coś jak w klasycznym schemacie, dobrze nam znanym z wielu kryminałów, tylko że bez uprzedniego spiętrzenia zagadek, podrzucania tropów i tak dalej. Księdzu towarzyszy często nawrócony złoczyńca Flambeau, ale mój akurat wybór opowiadań niewiele tak naprawdę o nim mówił, a przedstawiał go lakonicznie i na wyrywki – z chęcią zapoznam się kiedyś z nieco bardziej uporządkowanym wyborem (i zapewne uczynię to w oryginale, żeby zobaczyć, jak pisał sam Chesterton).




Ale to nie koniec moich problemów z „Przygodami...”. Muszę przyznać, że choć trafiały się absolutne perełki, takie jak choćby wstęp do opowiadania „Pieśń o latających rybach” (gdzie jeden z bohaterów szuka każdej wymówki, by porozmawiać z kolejnymi osobami o swojej kolekcji, przeprowadza iście karkołomne ciągi skojarzeniowe, by rzeczonych osobników kolekcją zainteresować), to często zdarzało się, że bohaterowi w usta wkładano zdania w rodzaju „jeśli te dziewczyny dawały się naciągać, to były głupie” (parafrazuję), a kobieta, która stara się być niezależna, jest przy okazji zwariowaną maniaczką kontroli i daje się uwieść szarlatanowi. Chesterton potrafi świetnie sportretować zamknięte środowiska: jego Anglicy są w stanie upatrywać zbrodniarza w osobach z cerą nieco bardziej żółtą, ludziach rudowłosych czy z rysami twarzy przywodzącymi na myśl osoby czarnoskóre. Tu trochę jak z „Kronikami” Prusa  (fascynujące, że te nasze Pikniki potrafią ze sobą tak zaskakująco korespondować!) – można to też zinterpretować jako przejaw pewnych fobii narratora, bo na przykład o Amerykanach pisze on, powiedzmy, że z niewielką sympatią.

______________________

Chesterton bawi się formą, trochę biorąc w nawias całą kryminalną sferę opowiadań – stąd zapewne wyglądają one tak, a nie inaczej – czasem jednak efekt jest udany bardziej („Strzała z niebios”), czasami zaś mniej („Młot Boży”; to zresztą opowiadanie nieźle ilustruje to, że kryminał umoralniający swoją wykładnią, a nie akcją, jest gatunkiem, hm... specyficznym - bo wiecie, Chesterton zawód swojego detektywa, który detektywem jest hobbystycznie, a na co dzień jest księdzem, umie opisywać bardzo dobrze, jak choćby w „Problemie nie do rozwiązania”, a potrafi i bardzo łopatologicznie, niestety). Trudno mi powiedzieć, tak naprawdę, czy te opowiadania mnie zaciekawiły i wzbudziły jakiekolwiek uczucia – trudno też dlatego, że sam wybór w rzeczonym wydaniu mnie do siebie nie przekonał; może w oryginale i od początku moja relacja z księdzem Brownem wyglądałaby inaczej? 

Ale gdybanie gdybaniem, zostawmy je na boku. Dzisiaj dyskutujemy pod wpisem Tarniny, więc zapraszam Was do dyskusji właśnie tam – klik!  



Weź dokładkę!

0 komentarze