Prawie wszystkie powody, dla których nie powinniście czytać Hrabala albo wpis z inspiracji



Otóż rozmawiałyśmy sobie kiedyś z Tanayah – ja ją namawiałam, żeby dała szansę Hrabalowi i coś jego autorstwa przeczytała, ona zaś odpowiadała, że im bardziej ktoś ją do czegoś nakłania, tym mniej ma ochotę to coś robić. Na pewno zresztą każdemu z nas znana jest taka przekora, która ujawnia się wtedy, gdy akurat nas się namawia na coś innego (znana powszechnie jako „tak bardzo muszę posegregować zimowe swetry, bo jest sesja!”). Postanowiłam więc, że napiszę wpis o tym, czemu dobrze jest czytać Hrabala – który będzie wpisem o tym, czemu absolutnie po jego twórczość nie sięgać.


Stryjek Pepin będzie Wam ciągle chciał coś opowiedzieć. Widzicie, jak już raz zanurzycie się w Hrabalowskie narracje, strasznie trudno jest się uwolnić od tego charakterystycznego bohatera, jakim jest stryj Pepin. Brat ojca Hrabala, dawny żołnierz austro-węgierski, zmyślacz, gaduła, trochę narcyz, trochę osoba nieprzystosowana (nieprzystosowująca się?) do rzeczywistości – dla Hrabala był osobą bardzo ważną i sami się przekonacie, że występuje w wielu, naprawdę wielu opowieściach, niekoniecznie nawet tych, które dzieją się w Nymburku, gdzie mieszkał, ale i tych z Pragi, bo – a jakże! – wpadał w odwiedziny. I co z tego, zapytacie, że będzie opowiadał? Najwyżej odłożymy książkę! Ale co, ja na to, jeśli Was wciągnie? Uwierzcie, zaplątacie się w tych historiach, niektóre fragmenty będą wydawały się znajome, ale jakby ostatnio brzmiały inaczej... No i jeszcze jest ta historia o wielkim zwycięstwie armii austro-węgierskiej, to może jeszcze tę przeczytać i już, koniec, ale... Ale gdzie tu jest koniec zdania?! No, przecież tak w środku odkładać – nie wypada.

Huty wydadzą się Wam niezwykle atrakcyjnymi miejscami. Nie wiem, czy zdarzyło się Wam być na wycieczce w hucie – jeśli nie, natychmiast po lekturze Hrabala możecie zapragnąć się do huty wybrać. Nagle okaże się, że będziecie mieli ochotę oglądać spust surówki rano, w południe i wieczorem, podglądać, co też robią pracownicy huty, a w dodatku w sposób zupełnie niebezpieczny zachce się Wam ich podsłuchiwać. Huty, które dotąd były dla Was zupełnie obojętne, teraz okażą się miejscami niemal magicznymi. A na napis „osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony” zaczniecie patrzeć podejrzliwie.
 A jak Hrabal, to koty.



Konfrontacja z rzeczywistością przyprawi Was o gęsią skórkę. Nadejdzie też w końcu taki moment, w którym naczytawszy się, postanowicie zobaczyć, jak wszystkie te miejsca wyglądają w rzeczywistości. Ani się obejrzycie, a będziecie siedzieć w Nymburku na trawie pod murami dawnej twierdzy i zastanawiać się, czy to jest to miasteczko, w którym czas się zatrzymał? Albo ockniecie się ze smutkiem w gospodzie „Pod Złotym Tygrysem” w Pradze i będzie rozmyślać, że jak to, ale dlaczego wokół jest aż tylu turystów i prawie nie słychać czeszczyzny? Albo ruszycie na słynną ulicę Na Grobli Wieczności, żeby zobaczyć, jak wygląda dzisiaj, i przekonacie się, że budowa metra pochłonęła i ulicę, i dom Hrabala, i całą magię miejsca. A może tej magii nigdy nie było, może była tylko w książkach?

Zaczniecie się zastanawiać, co tu jest „prawdą” a co „zmyśleniem”. No tak, naczytacie się tego Hrabala i będziecie uważać, że co jak co, ale teraz to już o tym pisarzu wiecie wszystko, wszak pisał w kółko o sobie, swoim otoczeniu i tym, co przeżył, a potem dowiecie się, że to umiejętna autostylizacja? Że w rzeczywistości to wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej? I co teraz: jak tu oddzielić jedno od drugiego? Wierzyć temu Hrabalowi, nie wierzyć? Czy aby nie padliście ofiarą żartu stryja Pepina i teraz co, skąd tutaj wziąć informację, czy autor nas zupełnie na serio nabierał, że rozpijał się okropnie w trakcie podróży po Stanach, czy jednak był spokojnym i grzecznym gościem wszystkich hoteli na trasie?

Chodząc po Pradze nie będziecie się czuć zaskoczeni. Kurczę, stwierdzicie, przyjechawszy do stolicy Czech, wszystko wygląda jakoś tak znajomo. O, tę historię znam. Tamtą też. No, nie, nie wiem, czy jest w stu procentach prawdziwa, ale... A widzicie ten budynek? Hrabal o nim pisał. I o tym też. A tamtędy chodziła do pracy Eliszka. Słuchajcie, żadnej z przyjemności w eksplorowaniu miasta samodzielnie mieć nie będziecie, bo ta miejska tkanka jest opisana przez Hrabala tak sugestywnie, że zaczniecie na nią patrzeć jego oczyma. Żadnych zaskoczeń! To prawie tak, jakby ktoś Was siłą nauczył przewodnika po mieście i do tego za nic nie chcą się w głowie pojawiać obrazy inne niż stamtąd wyuczone.

Zrobi Wam się smutno w pomieszczeniu z dużą ilością książek. Jeśli sięgniecie po „Zbyt głośną samotność”, istnieje taka możliwość – dlatego ostrzegam zawczasu – że zechcecie porozdawać swój księgozbiór i zbierać teraz wyłącznie e-booki. A czytanie w łazience stanie się czynnością niemal katastroficzną. I do tego antykwariaty – brr, jakie przerażające miejsca! W ogóle książki – książki mogą być groźne, lepiej nie natykać się na nie w dużej masie, a już w przewadze liczebnej z ich strony, o nie! Lepiej nawet nie myśleć.

A na sam koniec będziecie się zastanawiać, z kim wyście właściwie mieli do czynienia? Tutaj może ciut bardziej serio niż w pozostałych punktach: późne prozy Hrabala są zupełnie inne. Taka na przykład „Schizofreniczna ewangelia” niejednego wprawiła już w konfuzję. Ale nie tylko. To nie jest wyłącznie kwestia tego, że późny Hrabal pisze nieco inaczej, szuka innego języka i tworzy w innej rzeczywistości, w okolicach i po przełomie „aksamitnej rewolucji”. To także dlatego, że rezygnuje z części masek: narratorami nie czyni już stryja Pepina, swojej żony czy matki – choć nadal mamy do czynienia z pisaniem „do kogoś”, na przykład do kota („Dobranocki dla Cassiusa”) albo literaturoznawczyni ze Stanów („Listy do Kwiecieńki”). Ale to wszystko jest już inne, to „nie na serio” zmienia się w coś, co w samej swojej podstawie jest bardzo na serio, przerażająco na serio – bez kamuflaży. To nie jest zupełnie nowy Hrabal, bo on od samego początku, swojej przygody z surrealizmem chociażby, bywał przerażający w odsłanianiu rzeczywistości (a i później: każdy kto pamięta syna Jana Dzieciątko z „Obsługiwałem angielskiego króla”, może się spodziewać takiego obrotu spraw). Ale ten późny Hrabal jest inny, myślę, że trudno temu zaprzeczyć. 

***


I jeszcze taka glosa zupełnie serio na sam koniec (bo wiecie, że to co wyżej, dla porządku zaznaczam, na serio nie było). Widzicie, z twórczością Hrabala często jest tak, że można się do niej zrazić w jednym konkretnym momencie: po lekturze „Auteczka”. Nie będę ukrywała przed Wami, że to jest książka trudna. Jeśli literatura czeska kojarzy Wam się z taką lekką prozą o tym, jak to bohater pije piwo i ewentualnie nie słucha przełożonych – to może być taki zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. „Auteczko” bowiem jest książką w dużej mierze o strachu: Hrabal-autor-narrator (często zresztą ustawiał się naraz w tych trzech pozycjach, stąd tak trudno czasem powiedzieć, co było naprawdę, a co zmyślone) opowiada tutaj o swojej sytuacji w czasach tak zwanej normalizacji. To okres po stłumieniu Praskiej Wiosny, kiedy do Czechosłowacji wjechały wojska Układu Warszawskiego. Ludzie decydowali się nie wychylać, wybierali wewnętrzną emigrację, a opozycja nie miała zbyt wielkich szans na cokolwiek poza kolejnymi pobytami w więzieniach (to oczywiście taki uproszczony obraz sytuacji – ale chodzi o to, żeby sobie z grubsza wyobrazić kontekst). 


Hrabal pisze w „Auteczku” o strachu, który mu towarzyszył. Wybiera dla tego formę bardzo okrutną zarówno dla siebie, jak i dla czytelnika. O agentach tajnej policji, którzy go nachodzą, o tym, że nie wie, czy jest w stanie im nie powiedzieć tego, co chcą – te historie mieszają się ze wspomnieniami o kotach. Chęć przygarnięcia bezdomnych kotów kończy się dla autora-narratora zawsze tak samo: kotów wciąż przybywa, żeby więc matka bohatera nie musiała się martwić, że musi je uśpić, to on sam idzie i w drastyczny sposób kończy ich życie. „Auteczko” jest spowiedzią, w której narrator niczego nam nie oszczędza. Strach, rozpacz, rozczarowanie rzeczywistością – pisanie „Auteczka” poprzedza wypadek samochodowy, w którym Hrabal o mało sam nie ginie – i zupełnie okrutna rzeczywistość, z którą trudno sobie poradzić, a wszystko to teoretycznie pod płaszczem monologu nieszkodliwego starszego pana, takie właśnie jest „Auteczko”. Kiedy pierwszy raz je czytałam, w rozmowie ze znajomymi usłyszałam, że to jest „książka o wszystkim”. I faktycznie, jest. 
***


No dobrze, to tutaj kończę. Mam nadzieję, że czujecie się (nie)przekonani.

(A tutaj mój poprzedni wpis o Hrabalu: Stale proszę o wybaczenie albo o Bohumilu Hrabalu)

Weź dokładkę!

7 komentarze

  1. Dzisiaj udało mi się wreszcie opisać moje wrażenia po "Zrób sobie raj" Mariusza Szczygła, więc wciąż jestem w Czechach :) I to Czechach, gdzie wciąż pląta się Hrabal. Hrabal, o którym wiem tylko tyle, że przyjaźnił się na swój pokręcony sposób z Egonem Bondym i że zginął wypadając z okna szpitalnego.

    A że Hrabala od innej strony zupełnie nie znam to szybko postanowiłam spotkać się z nim tak już książkowo, formalnie, poważnie i z pompą. Nie mam jednak pojęcia od czego zacząć! Mogę bowiem zacząć od "Czułego barbarzyńcy" (tam ponoć unieśmiertelniony Bondy się pląta), od "Zaczarowanego fletu", od "Schizofrenicznej ewangelii", "Zbyt głośnej samotności", "Takiej pięknej żałoby", "Pięknej rupieciarni", "Pociągów pod specjalnym nadzorem" lub "Obsługiwałem angielskiego króla". Co wybrać? A może tak na przekór - przed tym wprowadzeniem się w radosną twórczość wsiąść do "Auteczka"? Będę wdzięczna za podpowiedzi :)

    P.S. Wszystkie powody, dla których nie należy czytać Hrabala opierają się jednemu, który dla mnie jest najbardziej znaczący - mianowicie koty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, to bogactwo wyboru, faktycznie :). Sama zaczynałam od "Takiej pięknej żałoby" i nadal uważam, że to jest doskonały zbiór na początek: pokazuje podstawowe cechy pisania Hrabala, ale nie onieśmiela. "Zbyt głośna samotność" to jest zupełna perełka i tekst naprawdę genialny (a wiesz, że rzadko szafuję aż takimi zachwytami, ale tu ręczę, bo jest naprawdę dobry). "Pociągi..." -- Hrabal nad tym tekstem pracował długo, wypuszczał w różnych formach i moim zdaniem najlepiej mu wyszedł efekt końcowy, czyli scenariusz do filmu Menzla. "Obsługiwałem..." to książka trudna, ale o rety, jaka dobra, strasznie wielopłaszczyznowa, bez łatwych wyborów, z na przekór czytelniczym oczekiwaniom pisanym bohaterem głównym. A "Auteczko" uważam za majstersztyk -- ale wiem, że potrafi ludzi do Hrabala zrazić. Także ja bym rekomendowała na początek "Taką piękną..." i "Zbyt głośną..." :).

      Usuń
  2. O, do knajpy "Pod Złotym Tygrysem" zawędrowałam, będąc w Pradze, i mówiąc szczerze, dopiero po fakcie dowiedziałam się, jaka jest kultowa! Ale i nie wiedząc, jacy zacni goście (z Hrabalem między nimi) odwiedzali ten lokal, wczułam się bardzo w klimat, siedząc przy długim stoliku, po prawej mając pana o azjatyckich rysach, który z ukontentowaniem pochłaniał mięsiwo z surówką (uprzednio wszystko dokładnie obfotografowawszy), a naprzeciw Czechów, którzy chuchali mi dymem prosto w oczy. Ale za to jakie pyszny piwo!

    Ja, żeby się przekonać do Hrabala, muszę zapomnieć "Auteczko" i sceny egzekucji na kotach, które tam dość dokładnie opisywał: póki tego nie wyprę z pamięci, to chyba się nie przemogę :( A była to bodaj druga (bo chyba nie pierwsza, chyba jednak było coś najpierw) książka Hrabala, którą czytałam, i, no cóż... Koty, koty, pamiętam tylko te biedne koty.

    Ale wpis cudny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jaka to ładna historia :)! Kiedy byłam "Pod Złotym..." po raz pierwszy, jako dzika fanka Hrabala, chłonęłam atmosferę, starając się przywoływać wszystkie obrazy z jego książek, którego tego miejsca dotyczyły; czeszczyzny niemal wcale nie było słychać, było bardzo turystycznie (sama byłam turystką, więc nie dziwiłam się, a jeśli, to hipokrytycznie ;)).

      No właśnie, stąd serio ostrzegam. Ale powiem Ci, że na początku tych kotów nie brałam serio, trudno mi było w to uwierzyć, myślałam, że to wyłącznie przenośnia -- teraz myślę, że to i przenośnia, i opis tego, co się faktycznie działo (przy czym znowu: ta granica u Hrabala, między "prawdą" i "zmyśleniem", jest supercienka, jeśli w ogóle jest), i to jest bardzo trudne. Ale "Auteczko" ma być spowiedzią, próbą zadośćuczynienia za te koty, jeśli to w ogóle możliwe.

      Dziękuję, starałam się :D!

      Usuń
    2. Ech, Pyzuchno, tak ładnie piszesz o tym Hrabalu, że dam mu kiedyś drugą szansę :) Szczególnie, że lubię literaturę czeską.

      Usuń
  3. Sama prawda :). Ta huta, ten Nymburk, ta Praga... I te duże ilości książek po „Zbyt głośnej samotności” – miałam nawet kiedyś taką kupę książek u wezgłowia łóżka, i nie mogłam się uwolnić od wizji, jak mi się zwala na głowę :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za każdym razem, kiedy przychodzi mi spać pod półką czy koło regału, myślę o Hantii ;).

      Usuń