Tyyyyle, czyli ile? Albo o tym, co to znaczy "dużo czytać"



Co to znaczy dużo czytać? Bo widzicie, to jest na pozór proste pytanie, ale spróbujcie na nie odpowiedzieć. Zazwyczaj komentujemy zdaniem „on/a dużo czyta” fakt – stwierdzamy naocznie, widząc dowody (sporą biblioteczkę, zapisy z karty bibliotecznej, rozumiejącą minę księgarza, kiedy z tą osobą kupujemy książki, czy po prostu sytuację, w której notorycznie spotykamy kogoś z nosem w książce). Ale co to właściwie znaczy? I czy „dużo czytać” zależne jest naprawdę od ilości przeczytanych książek? A co w sytuacji, kiedy – na przykład – mamy takiego czytelniczego Josepha Granda, który nic, tylko czyta o tej amazonce w Lasku Bulońskim?


***

Sytuacja z „dużo czyta” przypomina mi zawsze rozmowy toczone przez anegdotycznych wędkarzy we wszystkich tych historiach o poławianiu ryb, które na pewno słyszeliście. Z każdą opowiadaną historią liczba ryb albo – częściej – ich rozmiar rośnie, a każde złowione zwierzę okazuje się być sumem olbrzymem, od stuleci bytującym w lokalnym zbiorniku wodnym. Okazuje się bowiem, że – tak jak rozmiary ryb w tego typu historiach okazują się być względne i, co więcej, mówią nam o czymś innym niż to, jak długa była dana ryba: o poszukiwaniu splendoru, o chęci zadziwienia słuchacza, pochwalenia się swoim wynikiem, w końcu zaś o próbie opowiedzenia dobrej, zapamiętywalnej historii – powiedzenie o kimś (czy o sobie), że dużo czyta, wcale nie jest jakimś dowodem matematycznym. Bo chociaż „dużo” może mieć coś wspólnego z liczbami, wcale niekoniecznie musi się wiązać z książkową arytmetyką.

Spójrzmy bowiem na to, na co zawsze i wszędzie (wybaczcie wielkie kwantyfikatory, ale tutaj wydają mi się zasadne) warto patrzeć: na kontekst. To pierwsza sprawa, na którą dobrze jest zwrócić uwagę. A oznacza to, ni mniej, ni więcej, że „dużo” będzie znaczyło co innego dla każdego z nas. Niewykluczone, że gdzieś tam żyje taki nasz duchowy bliźniak, dla którego znaczy dokładnie to samo (na przykład siedemdziesiąt cztery), ale generalnie tylko umawiamy się, że pewna ilość to „dużo”, a samo słówko „dużo” mamy właśnie po to, żeby nie mówić, ile konkretnie. No tak, po prostu dużo, czyli więcej niż jeden, czy powyżej trzech, czy... No, tu już zaczynają się schody. Ale kontekst nie ogranicza się wcale do tego: warto zwrócić uwagę, że „dużo czytam” może oznaczać co innego, kiedy jest się nastolatkiem uczącym do matury z języka polskiego, matką trójki dzieci, pracownikiem pracującym na trzy zmiany w zakładzie produkcyjnym, rolnikiem w trakcie żniw, czy neurochirurgiem.

Ba, to nawet nie koniec ambarasu: przecież nasza pozycja, „zajętość”, stopień dostępności książek, siły i ochota, żeby czytać – wszystko to rozkłada się w czasie. Możemy mieć w danym momencie więcej czasu i czytamy dużo, chociaż przez cały rok udało nam się skończyć dwie książki. Możemy łapać czytelnicze posuchy – kiedy sięgamy z ledwością po coś niezbyt długiego, chociaż na ogół przywykliśmy myśleć o sobie jako o kimś, kto „czyta dużo”. Pamiętam, że miałam taki okres w życiu – wypadał jakoś w połowie studiów – kiedy załapałam się na myśli, że przecież, jeśli chodzi o beletrystykę, czytam bardzo mało. Ale cały czas myślałam o sobie jako o kimś, kto „czyta dużo”, bo faktycznie, generalnie, po zsumowaniu moich wieloletnich czytelniczych bojów, czytałam dużo. Ale niekoniecznie w tamtym momencie, kiedy naszła mnie taka refleksja. Czy „dużo czytam” jest zatem taką cechą ogólną, czy odnosi się do szczególnego momentu? To jedno z pytań. Inne może brzmieć: czy ma znaczenie to, co czytam? I jak czytam?




Jak kiedyś wspominałam, staram się nie czytać na akord. Co rozumiem pod tym pojęciem? Właśnie czytanie dużo – dla samego czytania dużo. Każdemu z nas może się zdarzyć wpaść w taką pułapkę: ledwo kończę jedną książkę, już łapię następną; bez oddechu, bez zastanowienia, dla samej przyjemności czytania w takim ciągu. Albo łapczywe pochłanianie książki, które może skutkować takim „książkowym kacem”: że to już koniec, że tyle się tam wydarzyło, a tutaj już koniec, i co teraz. Ale to dopiero próg, za którym rozciąga się inne niebezpieczeństwo: kiedy „dużo” zaczyna być jakąś magiczną liczbą, ku której biegniemy – z sobie znanych powodów. Jasne, to przyjemnie mieć świadomość, że spełniło się założony cel. Z drugiej jednak strony: a co, gdybyśmy przeczytali mniej czy nie wszystko, co sobie zamierzyliśmy? Przecież przeczytamy, może później, może kiedy indziej, ale przeczytamy – jeśli chcemy. Nikt nas z tego, poza samymi sobą, rozliczał przecież nie będzie (z wyjątkiem sytuacji, w których jednak rozlicza: sytuacje takie jak w szkole czy studiach to inna para kaloszy, oczywiście).

Widzicie, mam podwójny problem z „czytaniem dużo”: pierwszy, kiedy staje się ono wymówką dla elitaryzmu – który z kolei staje się podstawą do czucia się lepiej od innych, i drugi, kiedy owo „czytanie dużo” jest celem samym w sobie. Książki jako takie schodzą tu na dalszy plan. Ten drugi problem już pokrótce omówiłam: przyjemnie jest dużo czytać (cokolwiek owo „dużo” dla nas znaczy: powiedzmy, że poczucie, że czytamy dużo, i na tym poprzestańmy), ale chyba jeszcze przyjemniej jest mieć takie wrażenie, że czyta się, bo się czytać lubi, bo książki, które czytamy, nas interesują albo coś nam dają (nawet jeśli tym czymś jest na przykład złośliwa satysfakcja, że ktoś może aż tak źle pisać – a ktoś inny to publikować). Ale ten pierwszy problem, o, ten pierwszy to coś, na co na pewno w tej czy innej formie natkniecie się, jeśli się kiedyś spotkamy na kawie (wiele i wielu z nas ma pewnie taki temat, wokół którego krąży przy kawie ze znajomymi: dla niektórych będzie to pogoda, dla innych aktualna tabela wyników ulubionej ligi, dla jeszcze innych budowa autostrad, a dla mnie elitaryzm czytelniczy; co zrobić!).

***

Wydawać by się bowiem mogło, że – w sytuacji, w której słyszymy (a czasami i wydajemy z siebie) ciągłe narzekania, że Polacy mało czytają: jedną książkę rocznie albo nic zgoła, albo raptem książek dziesięć et cetera, et cetera – jeśli ktoś czyta „dużo” jest skazany na sukces. Oto mamy naszego czytającego, w grupie czytających: wspaniale! Ale niestety, to wcale nie jest takie proste. Bo okazuje się, że jeśli nasz czytający jest, na przykład, zapalonym czytelnikiem kryminałów, „tygrysów” albo romansów pióra Margit Sandemo, i przeważnie czyta wyłącznie to – z niewielkimi przerwami – można mu zarzucić, że takie czytanie to wcale nie jest czytanie. Na pewno spotkaliście się z takim poglądem. Czytanie jednak – jako czynność – pozostaje to samo. Mogą stać za tym inne intencje, inne procesy z tego czytania wynikające, ale nie możemy wprost zaprzeczyć, że ów ktoś czyta dużo. Tutaj zresztą widać bardzo interesujący proces upadku i nobilitacji gatunków literackich. Co to znaczy, spytacie? A taki na przykład kryminał – niegdyś literatura postrzegana jako typ wagonowy, lekki, łatwy i przyjemny, dzisiaj coraz częściej pełni rolę komentarza do wydarzeń społecznych, niekoniecznie starzejąc się, kiedy sprawa przestaje być aktualna; nagradzane, czytane, z coraz większym apetytem na to, by nie być wyłącznie rozrywką (co nie jest jakąś szalenie innowacyjną tezą) – są tu dobrym przykładem. W kryminale zresztą ten potencjał tkwi od jego zarania: bo niby rozrywka, ale temat jednak, z natury, poważny, wszak zbrodnia dotyka często kwestii życia i śmierci, podnosi kwestie ważkie i – tu już zależnie od realizacji – sporo nam może, nawet i w tle, powiedzieć. Podobną perspektywę można zarysować chociażby przed horrorami: z całym ich potencjałem do pokazywania tego, co w psychice ludzkiej spychane na margines, bo się tego za bardzo obawiamy. Horror stawia nam w centrum to, co nas przeraża, niekoniecznie będąc wyłącznie pulpowym czytadłem, jak się go widziało kiedyś.




Ma to i swoją drugą stronę: literatura, którą nazywano kiedyś literaturą „artystyczną” (na szczęście ten podział na „artystyczną” i „gatunkową” powoli niknie) zaczyna wykorzystywać tropy z tej traktowanej zawsze jak Kopciuszek literatury dawniej „gatunkowej”. To przenikanie – z racji tego, że trudno tu postawić jakąś sztywną granicę, co nie oznacza, że wielu nie próbowało i nie próbuje – występowało zawsze (pomyślcie, ile w Waszych ulubionych klasykach z kryminałów), ale zaczęło być całkiem jawne kilkanaście lat temu. Nie tylko dlatego, że mechanizm kryminału jest taki, że czytelnika wciąga czy zaciekawia – ale także dlatego, że gdzieś tam mamy pewne bazowe historie, pewne ścieżki, którymi lubimy chodzić, żeby sprawdzić, czy czegoś nowego nie da się z nich wypatrzyć. Ale mimo to można się natknąć na pogląd, że choćby ktoś i czytał „dużo”, ale gatunku, którego nie mamy zbytnio w poważaniu – to wcale, tak naprawdę, nie czyta. Jeśli jesteście miłośnikami książek, które da się zaklasyfikować, czy które są wkładane na półki z określoną nazwą gatunku, to zapewne wiecie, o czym mówię. Ba, te rozgałęzienia idą jeszcze dalej: wcale nie tak trudno jest się spotkać z poglądem, że i w obrębie „gatunku” (co biorę w cudzysłów, przypominając tutaj wpis o problemach z gatunkami) mamy to, co czyni z nas „czytelników czytających dużo” i „dyletantów”. Są takie koła miłośników, których ten problem dotyczy bardziej i są takie, których mniej (albo przynajmniej – niektóre obserwując z boku – aż tak tego nie widać).

Taki zatem czytelniczy elitaryzm miałby dwa bazowe poziomy. Pierwszy to uważanie, że ktoś czyta niewiele (choćby dla tego kogoś – z wszystkich powodów, jakie możecie sobie wyobrazić: braku czasu, problemów ze zdrowiem, zniechęcenia, nikłego dostępu do ulubionych książek i tak dalej – to wcale nie było mało). Pytanie, które mi się nasuwa, związane jest z pytaniem, które w takich sytuacjach się pojawia: jakie to ma znaczenie? Czy sama czynność czytania – a niechby i ten nasz ktoś czytał rozdział przed snem, kiedy ma czas – nie jest tutaj czymś, co warto zauważyć, docenić, uznać za wartościowe? Nie mówimy w końcu tutaj o skrajnościach czy o nieczytaniu z wyboru. Drugi poziom wiąże się z czytaniem „nie tego”. Może mieć różne oblicza, część z nich wynika, jak mi się wydaje, z faktu, że uważamy czytanie zawsze za czynność do pewnego stopnia nobilitującą – a nie, na przykład, jako rozrywkę. W końcu motywacje do czytania można mieć rozmaite. Stąd też zaczynają wynikać podziały w rodzaju tych, które mówią, że można czytać dużo pewnego określonego typu książek i wcale „czytającym dużo” nie być.

***

Jeszcze inna sprawa to liczby. Może mamy swoje ukochane listy książek (ja mam, przyznaję bez bicia) i staramy się czytać jak najwięcej, żeby móc powiedzieć, że o, tyle a tyle chciała/em przeczytać i proszę, jaka/i jestem sumienna/y. Może założyliśmy, że przeczytamy książkę tygodniowo. A może chcielibyśmy w tym roku zmóc jakieś grube tomisko i na nim się skupiamy. Widzicie, wydaje mi się, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że można czytać niewiele – czy to dlatego, że uprawiamy slow reading, czy dlatego, że z natury czytamy dość wolno, czy dlatego, że w naszym stylu jest przeczytać, odłożyć i trawić to, cośmy właśnie przeczytali, czy z jakiegokolwiek innego dowolnego powodu – a równocześnie czytać dużo. Paradoks jest tutaj tylko pozorny. I, szczerze mówiąc, ani liczby, ani zdanie otoczenia, ani nutka elitaryzmu nie mają tutaj wielkiego znaczenia. Co nie znaczy, że nic z tego nie będzie nas denerwować – bo będzie. Bo to jak z tymi wędkarzami: opowiadamy, jak duża była ta nasza ryba, bo zależy nam na tym, co powiedzą inni, jak nas odbiorą (zwłaszcza, jeśli to też wędkarze), czy nas pochwalą i czy zyskamy tytuł najlepszego wędkarza tego właśnie jeziora. Ale przyjemność z łowienia – choćby to była jedna ryba przez rok – i tak jest nasza, niezależna od wszystkich tych czynników.


Metafora rybna jakoś mi się sama nasunęła, ale może to być też skutek usilnego namawiania Domownika, żeby zajrzał do „Jak spotykałem się z rybami” Oty Pavla, bo to jest doskonała książka, także na lato (ale nie tylko). I są tam pasące się karpie – taki obraz, który jakoś lubię i myślę sobie o nim od czasu do czasu: pomyślcie, takie stado karpi pasących się spokojnie w jeziorze.


Weź dokładkę!

19 komentarze

  1. O tak, to jest bardzo subiektywna rzecz i bardzo niestała. Moi znajomi czasem stwierdzają, że "Karolina to czyta dużo", a ja wtedy myślę, że wcale nie, że czytam mało. Prawda jest taka, że rzeczywiście czytam trochę więcej niż oni, ale dużo mniej niż czytałam kiedyś i dużo mniej, niżbym chciała. Prawda jest też taka, że przy tylu wartych poznania książkach to niezależnie od tego, ile się będzię czytało, zawsze to będzie za mało, zbyt wolno, zbyt nieuważnie, w złej kolejności (to się często okazuje już po fakcie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, bo najczęściej to czytanie "dużo" to coś, co widzimy z boku albo przez porównanie -- co w żadnym wypadku nie zmniejsza subiektywności, ale pokazuje, jak bardzo względna potrafi to być kategoria. To, o czym piszesz, czyli takie poczucie wiecznego niedosytu, jest jakoś książkowo-wampiryczne, bo wiadomo, wszystkiego i tak nie przeczytamy, ale coś nas ku temu nieodparcie ciągnie ;-).

      Usuń
  2. Bardzo wartościowy wpis. Ja staram się czytać dużo...ale wiem, że czytanie książek to nie maraton, i nie popadam w popłoch. Kiedy nie mam humoru, to nie czytam. Kiedy potrzebuję czasu, by przetrawić treści ostatnio przeczytanej książki, nie sięgam po następną. I świetni mi się żyje! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-). Chyba, oczywiście, że naprawdę robimy sobie książkowy maraton czy ciąg (one bywają jednak przyjemne ;-)).

      Usuń
  3. Jestem strasznie zachłanna jeśli chodzi o książki, co skutkuje tym, że czytam bardzo dużo, a jednocześnie sporo mi umyka, bo "biegnę", żeby jak najszybciej dowiedzieć się, co się wydarzyło dalej. Ale nie ma tego złego... bo czasem z tego powodu powtarzam lekturę, żeby się nią trochę podelektować ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, jest taki typ lektury, w którym tak bardzo chcemy się dowiedzieć, co będzie dalej, że pewne rzeczy nie tyle opuszczamy, co przesmykujemy się po nich myślą/recepcją -- bo tak po prostu się dzieje, tak działa nasza uwaga. Znam to z autopsji :-). Czasami skutkuje to tym, że cofam się, żeby zobaczyć, co mi umknęło: bo nagle ocykam się w momencie, w którym coś małego okazuje się znaczące, a ja tego małego ni w ząb nie umiem sobie przypomnieć ;-). No i delektowanie się -- zdecydowanie, przyjemna rzecz! Mam nawet takie książki, które właśnie w tym celu sobie powtarzam: bo dobrze się "w nich" czuję ;-).

      Usuń
  4. Bardzo ciekawy, długi i wyczerpujący temat wpis. Ja jakiś czas temu stwierdziłam, że chcę czytać przede wszystkim to, co rzeczywiście mnie jakoś mocniej zainteresuje; ilością, czyli tym, czy czytam mało, czy może dużo, kompletnie nie zawracam sobie głowy. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-). Tak, wydaje mi się, że dobrze jest sobie wypracować pewne podejście, będąc równocześnie świadomym jego ograniczeń/zagrożeń/niedoskonałości. Chociażby dla własnego komfortu ;-).

      Usuń
  5. A mnie niepokoi to, ze elitaryzm staje sie zarzutem, ze zostaje zrownany z wywyzszaniem sie i snobizmem na akord. Akurat czytanie kojarzylo mi sie zawsze - jesli moge ak powiedziec - z elitaryzmem otwartym (choc w sumie kazdy elitaryzm jest dla mnie czyms w gruncie rzeczy otwartym). Kazdy zostanie nauczony czytac. To moze byc rozumiane jako zaproszenie do elity, twoj wybor co z tym zrobisz. Jezeli bedzie to dla ciebie pretekst do snobizmu i wywyzszania sie to twoj problem. Istnienie elit jest dla spoleczenstwa korzystne, o ile sa to wlasnie elity (grona z zalozenia otwarte) a nie kliki i towarzystwa wzajemnej adoracji. Aspirowanie do elit nie jest apriori zle. Pozwala stawiac sobie wyzej poprzeczke i wymagac. Nawet nie dlatego ze chce nalezec do elity (co moze byc z roznych wzgledow utrudnione) tylko ze chce rownac do standardow ludzi, ktorzy w jakis sposob mi imponuja albo sprawiaja ze chce byc jak najlepsza wersja samej siebie (i tak, to zawiera w sobie miedzy innymi pragnienie czytania wiecej i lepiej).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za tę uwagę, to jest faktycznie duże niebezpieczeństwo, przekucia czegoś, w coś innego (łatwo chyba z pozycji krytycznej wobec czegoś przejść na pozycję, w której się to krytykuje, a jednocześnie się ta nasza krytyka z tego wywodzi).

      We wpisie mam na myśli pewien szczególny książkowy elitaryzm, którego przejawy opisałam. Zastanawiam się też, czy to nie jest tak, że czytanie w pewnym momencie przestało być wyznacznikiem czegoś, co jest elitarne (w takim rozumieniu, jakie przywołujesz), choćby dlatego, że sama umiejętność to nie było już coś słabo dostępnego, ograniczonego do pewnej warstwy ludzi? Teraz, myślę, znowu się to zmienia, ale dlatego, że sama czynność jest inaczej postrzegana i wykorzystywana bardziej użytkowo.

      Usuń
  6. zawsze myślałam, że czytam dużo, dopóki nie zaczęłam prowadzić bloga i nie zobaczyłam, ile czytają inni blogerzy ;) wtedy stwierdziłam, że chciałabym czytać więcej, co jednak mi się nie udało. mam takie tempo, jakie mam, jedne książki czytam szybciej, inne wolniej, czasami czytam więcej, czasami mniej, w zależności od tego jak bardzo życie wchodzi mi w drogę (co nie zawsze oznacza dramat, czasami życie przeszkadza w czytaniu w pozytywny sposób, w końcu nie samym czytaniem człowiek żyje!). jeśli chodzi o przeczytane książki, rocznie zawsze mi wychodzi mniej więcej tyle samo, ale co zrobić z tymi niedokończonymi, co zrobić z czasopismami w stylu "Zeszytów Literackich" lub pism internetowych w stylu dwutygodnik.com. Liczyć? A jeśli tak, to jak? Więc przestałam się przejmować tym, ile czytam ;)
    problem egalitaryzmu też jest bardzo ciekawy. spotkałam zbyt wiele osób, które czuły się lepsze od innych, czy lepsze w ogóle, tylko dlatego, że czytają. a przecież to, że czytasz, nie oznacza wcale, że wiesz wszystko o świecie czy, że go rozumiesz (w ogóle ludzi, którzy w ten sposób o sobie myślą, uważam za niebezpiecznych). dla mnie czytanie jest przede wszystkim rozrywką, przyjemnym sposobem na spędzanie czasu, tak jak dla innych gry komputerowe czy bieganie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, coś w tym jest ;-). Zresztą, no właśnie, to tempo jest bardzo zależne: od tego, co akurat czytamy, jacy w danym momencie jesteśmy, co się wokół nas dzieje i tak dalej. No i tak, też się zastanawiam, jak "liczyć" (w cudzysłowie, bo tu rzecz jasna nie chodzi o liczenie w sensie zasadniczym) czasopisma, numery monograficzne, rzeczy podczytywane w celach innych niż rozrywka, bo po prostu lubię czytać i tym podobne. To traktowanie czytania jako hobby jest, no właśnie, bardzo mi bliskie :-). Tylko że z drugiej strony czai się zawsze ta myśl o czytaniu jako czymś nobilitującym -- i tu może pojawiać się zagrożenie, że osoby czytające mniej lub wcale uznamy z góry za mniej "znobilitowane" (a problem jest, mam wrażenie, głębszy niż to tylko).

      Usuń
  7. Czytam, bo lubię, bo to dla mnie odpoczynek, wolę książkę niż telewizję, podoba mi się zagłębianie w interesujący wykreowany świat. Nie ścigam się z nikim na szybkość, bo nie mam takiej potrzeby ani ochoty, nie pisze wielu książkach z powodu braku czasu przede wszystkim, ale na książki czas mam :)
    Nie czuję się lepsza od innych, dlatego, że czytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, niektóre seriale potrafią wciągnąć jak książka, a książka jak serial (do dzisiaj przy czytaniu "Nad Niemnem" mam wrażenie, że to taka serialowa książka ;-)). No i jasne, nie o każdej książce też chce się pisać.

      Usuń
  8. Ostatnio nie czytam dużo, bo mam blokadę czytelniczą. W zeszłym miesiącu przeczytałem jedną książkę. Czytanie idzie mi wyjątkowo opornie i ledwo się wbiłem w 7+ książek rocznie. ;) Robiłem sobie wcześniej wyzwania, ale jakoś mnie to mało interesuje gdy czuję się zmuszony do zrobienia czegoś. Książki są dla mnie rozrywką, jak filmy, komiksy, gry, etc. Niedawno założyłem bloga, który ma być nie tylko o czytaniu.
    Fajnie jeśli ktoś w ogóle czyta, bo ma to swoje plusy, ale nie lubię potępiania gatunków/ludzi. Chociaż nie oszukujmy się, czytanie tylko/głównie jednego gatunku jest dosyć zamykające i ograniczające, a ja nie lubię takiego podejścia i takich ludzi. Przy czym nie lubię = nie mam specjalnie ochoty na spędzanie czasu w ich towarzystwie, bo mnie napędzają rozmowy i poznawanie nowych idei, nowe spojrzenia na coś tam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy jest zamykające: to zależy -- jeśli patrzymy na "gatunek" jako na bardzo zbliżone do siebie książki, możliwe. Ale jednak to jest coś więcej -- trudno powiedzieć, żeby na przykład wszystkie powieści historyczne były do siebie podobne, czy żeby czytanie wyłącznie fantastyki (super-szerokiego "gatunku") było zamykające. Myślę, że tu dużo zależy od tego, co rozumiesz jako gatunek (bo to jest, wbrew pozorom, bardzo problematyczna kwestia). Poza tym, wbrew pozorom, nowe idee kiełkują i w czymś, co może się na pierwszy rzut oka wydawać nieinteresujące. Wszystko zależy od spojrzenia :-).

      Usuń
    2. Bardzo bym się cieszył, gdyby ludzie czytali choćby jeden gatunek ogólny po całości (np. fantasy, powieść historyczną) ale wieloletnie obserwacje (biblioteki, blogi etc.) wskazują raczej, że ludzie zamykają się w ramach jednego (pod)gatunku i czytają np. romans historyczny, albo fantasy YA/NA. A jak jeszcze gros ich czytelniczych wyborów to autorzy z dwóch krajów na krzyż... gdzie ta ciekawość świata i otwarcie na nowe idee? Wolę osoby mało czytające, ale mające różnorodne wybory.

      Uwielbiam fantastykę, ale fakt, ze ktoś stwierdzi, że czyta fantastykę, nie znaczy, że się nie zamyka. Bo np. w ramach fantastyki pomija zupełnie jakąś konkretną tematykę, myśl przewodnią czy kraje. Mimo mojej miłości do fantastyki nie wyobrażam sobie czytania tylko jej, bo sporo ciekawych i ważnych tematów ominęłoby mnie. Nawet fantastyka socjologiczna nie porusza wszystkich kwestii społecznych (lub trudniej do nich dotrzeć niż sięgając po inne książki).

      Owszem, i w ramach jednego gatunku można znaleźć różnorodne kwestie i spojrzenia, ale to tak jakby czytać tylko o II wojnie światowej, tylko europejskich autorów.

      Dlatego lubię blogi z różnorodnymi gatunkami i okołoksiążkowymi/zbiorczymi tematami. :)

      Usuń
    3. Wychodzę z założenia, jako jednak mimo wszystko optymistka, że warto w takich sprawach dostrzegać wszystkie strony medalu (bo jest ich zwykle więcej nawet niż dwie -- chociaż wtedy metafora zaczyna nieco kuleć ;-)). Mam wrażenie, że jeśli ktoś lubi eksplorować nawet pewien wąski wycinek -- to czemu nie? W końcu jeśli mu/jej sprawia to przyjemność? Zresztą czytanie takimi "ciągami" ma i swoje zalety (kiedyś o tym nawet pisałam), a nigdy nie wiadomo, kiedy się z niego wychodzi (zwłaszcza że i same "gatunki" ewoluują, o żadnej ich "czystości" nie ma dzisiaj już właściwie mowy). Jestem takim adwokatem diabła :-).

      Usuń
    4. Jak już pisałem, cieszę się, że czytają. Co nie zmienia faktu, że prawdopodobnie nie bedziemy mieli o czym rozmawiać, nawet jeśli oboje czytamy fantastykę. ;)

      Pozdrawiam.

      Usuń