W modrzewiowym labiryncie albo o „Mansfield Park” J. Austen



Myślę, że najlepsze zajęcie dla nas to siedzieć tu wygodnie i nic nie robić. 
Pan Rushworth o tym, co przystoi w towarzystwie,
rozdział XIX „Masfield Park” Jane Austen

Ten labirynt w tytule to nie tylko ukłon w stronę Vladimira Nabokova i jego „Wykładów o literaturze” – argumentuje on, że czytelnik lepiej poczuje się przy i więcej skorzysta na takiej lekturze powieści, która pozwoli mu sobie wyobrazić ten modrzewiowy labirynt Mansfield – ale też i w stronę polskiej telenoweli z lat dziewięćdziesiątych. Nie wiem, czy pamiętacie, „W labiryncie” było pierwszą polską soap operą. I z „Mansfield Park” sprawa jest właśnie tak złożona: równocześnie jest to wycyzelowany obrazek, z drugiej, niewątpliwie, najbardziej może ze wszystkich powieści Jane Austen, prekursor nieskończonych wątków do opowieściach o miłości – takich wątków, które, zwłaszcza w pewnych literackich zakątkach, spotyka się wcale często.

***

Nabokoviada to cykl wspólnych wpisów, których pomysłodawczynią jest Naia, a ja radośnie skoczyłam w akcję, żeby w niej uczestniczyć (sprawdźcie, co dzisiaj pojawiło się na Literackich Skarbach Świata Całego!). Będziemy razem czytały powieści, które w swoich „Wykładach...” omawia Nabokov, a to właśnie pierwsza z nich. Powieściopisarz i wykładowca nie pozostaje zauroczony twórczością Austen – „Mansfield Park” wybiera jednak, żeby pokazać pewne szczególnostki w stylu pisarki, żeby wyciągnąć z nich to, co wywarło spory wpływ i na dalsze powieści w literaturze angielskiej. Ten wykład to zresztą doskonały przykład na to, jak można przeanalizować utwór, którego się nie lubi bałwochwalczo ani się też nad nim bezlitośnie nie pastwi. Nabokov na samym początku rozprawia się z jedną z takich rzeczy, które lubimy, jako czytelnicy, wnosić do tekstu, rozprawmy się więc z nią i my (chociaż nie do końca). Oddajmy głos wykładowcy:

Dobry czytelnik jest świadom, że poszukiwanie w książce prawdziwego życia, prawdziwych ludzi jest pozbawione sensu. W książce realność osoby, rzeczy lub okoliczności zależy wyłącznie od rzeczywistości tej właśnie szczególnej książki. […] Najgorszym sposobem czytania książek jest infantylne identyfikowanie się z fikcyjnymi bohaterami, tak jakby byli realnymi, żywymi ludźmi.
[cytuję z wydania Muzy z 2000 w przekładzie Zbigniewa Batki, s. 43, 86]

Zanim zaczniemy pokrzykiwać z oburzeniem, że co to ma być, przyjemnie jest się przecież przejąć losami bohaterów – ergo, niekiedy, się z nimi utożsamić, z bohaterami znaczy – dodam dla porządku, że powyższe uwagi Nabokov sam tonuje, pisząc, że to, co łączy bohaterów „Mansfield Park”, a na co można narzekać (team Edmund czy team Henry, powiedzielibyśmy dzisiaj w skrócie), wcale nie jest takie niespotykane w rzeczywistości. No dobrze, ale w powyższym cytacie pojawia się jeszcze kilka kłopotliwych kwestii: któż to jest ten „dobry czytelnik” (czy to czytelnik wyedukowany, wszak mamy do czynienia z zapiskami wykładowcy)? Czemu się nie identyfikować, jeśli mamy ochotę? Wydaje mi się, że przede wszystkim jednak sedno tego fragmentu sprowadza się do tego, by wyjść poza takie bazowe myślenie, że powieść to zwierciadło przechadzające się po gościńcu (uszanowanie, panie Stendhalu), że odbija rzeczywistość w skali jeden do jednego. Nie, mówi Nabokov – i można go sobie tutaj przez tego „dobrego czytelnika” i „infantylne identyfikowanie się” wyobrazić jako grożącego palcem – tutaj chodzi o to, żeby zobaczyć, czemu postaci postępują tak, jak postępują i są, jakie są, i czemu przytrafia im się to akurat, a nie co innego, w ramach powieści. W świecie powieściowym. Czemu został on tak zaprojektowany i co z tego możemy wyciągnąć.

***

A na razie, zanim zanurzymy się głęboko w toni powieści i zaczniemy się w niej pławić (a nie tylko przez nią przebrniemy, brodząc po płyciźnie)... (s. 42) A na razie zajmijmy się może tym, o czym zwykle piszę na początku, czyli czymś dla tych z Was, którzy „Mansfield...” nie czytali. Środkowa powieść Jane Austen opowiada o Fanny Price, która jako dziesięciolatka zostaje zaadoptowana przez dobrze sytuowaną rodzinę matki, właścicieli tytułowej posiadłości, Mansfield Park. Fanny jest nieśmiała, delikatna, żyje w środowisku, któremu ma być wdzięczna – a niektórzy nie dają jej o tym zapomnieć – i zawsze nieco z boku w stosunku do dzieci ciotki i wuja Bertramów, u których mieszka. Prawdziwą serdeczność okazuje jej kuzyn Edmund, przyszły pastor, co zresztą powoduje, że serce Fanny szybko zaczyna należeć do niego (i tak, są kuzynami pierwszego stopnia). Sytuacja nabiera rumieńców, kiedy na plebanię u dworu sprowadza się nowy duchowny z żoną – a żonę nawiedza dwójka rodzeństwa, szarmancki i czarujący Henry oraz urodziwa i śmiała Mary.

Perypetie bohaterów – rozgrywane w trzech, jak zauważył Nabokov, częściach – nie są tu jednak skupione wyłącznie wokół „kto za kogo wyjdzie”, „kto ma ile dochodu”, „kto z kim flirtuje/zatańczy na balu/pójdzie na spacer”. Więcej tu, niż w jakiejkolwiek dotychczas czytanej przeze mnie powieści Austen, wątków społecznych (choć polityka jest od bohaterów równie daleka, co zazwyczaj), jak zwykle jednak są to raczej wskazówki dla czytelnika, co jeszcze może odgadnąć, niż jasno wyłożone kwestie. Podstawowym zagadnieniem „Mansfield...” byłaby, moim zdaniem, uczciwość (którą można tu rozumieć na kilka sposobów) i nieźle koresponduje to z tym, co pisze Nabokov: że „Mansfield...” jest rodzajem baśni. Wiecie: dobrzy (czy też: uczciwi) zostają wynagrodzeni, źli (nieuczciwi?) ukarani, wszystko zmierza dokładnie tam, gdzie spodziewamy się, że będzie zmierzało. Ot, logika baśni, można by powiedzieć.

Tylko że wcale nie jest to takie proste. Nabokov sam bowiem zauważa, że Austen pisze już post factum:

kiedy jej główni bohaterowie, młodzi ludzie, zostali odprawieni, utonęli w zapomnieniu, ugrzęźli w pomyślnie rokującym małżeństwie lub beznadziejnym staropanieństwie bądź starokawalerstwie (s. 44).

Innymi słowy, po formułce „i żyli razem długo i szczęśliwie”. Co to oznacza? Po pierwsze, pokazuje to, czemu ostatnie rozdziały są, jak pisze Nabokov, sprzątaniem sceny. Nawet jeśli nie czytaliście „Mansfield...” to z innych powieści Austen na pewno kojarzycie te ostatnie rozdziały, w których narratorka mówi nam, co, jak i dlaczego się stało i kto z kim skończył. Tylko że, analizowane od tej strony, pokazują coś jeszcze: baśń jest dość gorzka. Słuchamy o ludziach, których opuściliśmy dłuższy czas temu – co się u nich teraz dzieje? Jak to wszystko właściwie wyglądało? Wiecie, współczesne dekonstruowanie baśni często polega na tym, że autor/ka sprawdza to, co wydarzyło się po „żyli długo i szczęśliwie”. U Austen, jak się okazuje, to jest punkt obserwacyjny. Autorka zastrzeże się, że:

Niechaj inne pióra rozwodzą się nad występkiem i nieszczęściem. Ja, jeśli tylko mogę, uciekam od tak odrażających tematów, niecierpliwa przywrócić wszystkim, którzy zbytnio nie zawinili, jaką taką pogodę ducha, a z resztą dać sobie spokój.
[cytuję z wydania Świata Książki z 2015, w przekładzie Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, s. 421]

(tę myśl przywoła zresztą P. D. James pisząc o tym, dlaczego Austen raczej nie napisałaby kryminału), ale zobaczcie, tu nie ma mowy o żadnym życiu długo i szczęśliwie. Autorka, która uważana jest powszechnie za kogoś, kogo książki są podstawą dla wielu romantycznych rozwiązań fabularnych i dzisiaj, pisze o tym, że o żadnych występkach nie będzie nam napomykała. Ale że da postaciom, które są pozytywne, jaką taką pogodę ducha. Pisze bowiem z miejsca, w którym wie, co było dalej – tego „dalej” w powieści nie ma, ale jest tego dalej pewna świadomość; nie chodzi oczywiście o to, że dalej jeden bohater się rozpił, bohaterka zginęła, a ojciec rodu okazał się mieć kochankę, ale o to ugrzęźnięcie w pewnym punkcie, w którym historia robi się mało interesująca lub przestaje się dziać. O to utonięcie w zapomnieniu. Dlatego zresztą taka uderzająca wydaje mi się twórczość późniejszej pisarki, Elizabeth Gaskell: scena z „Pań z Cranford”, kiedy nasze posunięte w latach bohaterki oglądają salę balową z początku wieku (epoki, w której dzieją się fabuły Austen!) i wspominają, jak wyglądała, patrząc na obdrapane ściany.

***

Ponieważ zastanawiałyśmy się z Naią, co zrobić, jak pisać te nasze Nabokoviadowskie teksty, a żadna z nas nie była pewna i zdałyśmy się na własne wyczucia – to chciałabym teraz wyjść od tego, co pisze Nabokov, i podążyć potem ścieżką, na której się z pisarzem rozminę. A żeby kontynuować metaforę, zacznijmy od tej sceny, w której Fanny, Maria Bertram i Henry Crawford wraz z panem Rushworthem spacerują po ogrodzie posiadłości tego ostatniego. Dotarli właśnie do zamkniętej bramy – Maria bardzo chciałaby przez nią przejść, więc wysyła Rushwortha, swojego narzeczonego, po klucz. Ten długo nie wraca, w końcu więc idą z Henrym „na skróty” mimo zamkniętej bramy, a Fanny zostaje, przerażona i zdumiona postępowaniem kuzynki i gościa. Jest w tej scenie coś grzesznego, pisze Nabokov. I faktycznie, jest – rozwinęłabym to nawet dalej. Ten ogród przywodzi trochę na myśl Ten Ogród, ogród niebieski, a Henry, kusząc Bertramównę, zajmuje w nim pozycję trochę szatańską (a szatański na pewno wydaje się wówczas, a i jeszcze później, Fanny). 

Przestrzenie w ogóle są w „Mansfield...” ważne. Samo Mansfield jest superważne. To tutaj się przyjeżdża (Crawfordowie, powracający jak syn marnotrawny Tom, sir Bertram, który musi dopilnować interesów, ale ciągle pisze, że już zaraz, zaraz wraca), tu toczy się akcja (to bardzo kompaktowa pod tym względem powieść – chociaż Austen wyśle Fanny do jej rodziców, ale właściwie tylko po to, by jeszcze bardziej doceniła ona Mansfield i żeby mogła o nim ciągle myśleć, mówić i rozmawiać), o tym toczone są rozmowy, wokół niego orbitują inne postaci, wejścia do niego (jak pokazuje przykład pana Maddoxa, nieszczęśnika-niemal-zaproszonego do gry w teatrze) zazdrośnie się strzeże. Fanny jedzie „do domu”, by odkryć, że jej domem jest Mansfield. Dopiero tam – w tej rodzinie niepokojąco przywodzącej na myśl dom rodzinny Cuddy Jellyby z „Samotni” Dickensa – zaczyna rozumieć, że zależy jej właśnie na Mansfield. Mniej uczuciowo o dworze i posiadłości myśli Mary Crawford: ona też nie wyobraża sobie, żeby Edmund chciał po święceniach zrezygnować z Mansfield, mieszkać w parafii. Mansfield przyciąga.

A równocześnie to jest Mansfield – ziemia utrzymywana z pracy niewolników. Kiedy sir Bertram wyjeżdża na Antiguę pilnować interesów, dostajemy wcale nie zaowalowaną wskazówkę, skąd bierze się bogactwo Bertramów (w „Emmie” Austen również pisze o podobnych kwestiach – ale w sposób bardziej zaowalowany, pisałam o tym szerzej tutaj). Można się zastanawiać, czy nie jest trochę tak – podrzucając raz jeszcze wątek niebiańskości i nie-niebiańskości – że Mansfield ocalało dzięki Fanny, bo obie Bertramówny czekał los jednak mniej ciekawy, a sam sir Thomas doszedł do wniosku, że nie był rodzicem na medal, jeszcze bardziej zawiedziona była zaś mieszkająca z Bertramami (no, powiedzmy, teoretycznie nie mieszkała w samym Mansfield) ciotka, którą na końcu widzimy złamaną i bezradną. A ocaleć zupełnie nie mogłoby, nie tylko zgodnie z logiką baśni – wszak te nasze starsze córki zostają ukarane za bezmyślność i brak dostatecznych zalet – ale i w związku ze źródłem, na którym zostało ufundowane.

***

Kiedy czytałam „Mansfield...” nie mogłam pozbyć się wrażenia, że Fanny to taka protoplastka wielu, wielu bohaterek powieściowych, które dzieją się w szkole (ale nie tylko, choć tu analogia daje się najsilniej wyprowadzić). Jest jak nastolatka (i, tak po prawdzie, jest nastolatką), ta najbardziej nieśmiała w klasie, której udział staną się sceny takie jak ta, w której kuzyn Tom prosi ją do tańca tylko jako wymówkę. Ma swoje kuzynki-koleżanki, które z niej dworują; ma toksyczną przyjaciółkę. Brak Fanny śmiałości, by wyznać ukochanemu, do którego wzdycha z boku, co czuje. To takie brzydkie kaczątko, które nagle zostaje pięknością i najbardziej pożądany chłopak w szkole chce się z nią umawiać, co powoduje zazdrość wszystkich innych dziewcząt. Ona oczywiście odtrąca go – chociaż wcale nie tak znowu oczywiście, dopiero kiedy okaże się zupełnie jej niegodny, jej stałość zostaje wynagrodzona.

Pod tym względem „Mansfield...” to arcyciekawa kopalnia tropów podejmowanych, przetwarzanych i komentowanych przez (pop)kulturę właściwie do dzisiaj. Być może, o czym wspomina Nabokov, nie jest tak, że to sama Austen – bo są u niej wpływy z tego, co mogła znać i czytać, to rzecz oczywista – ale jednak to źródło, z którego czerpać łatwo, choćby dzięki dostępności. To co, kończę już, ostatnie zdanie: mimo tego finalnego sprzątania sceny, „Mansfield...” jest powieścią bardzo intrygującą, wciągającą, zdecydowanie stawiam ją wśród przeczytanych powieści autorki wysoko. I chociaż Nabokov kończy ten wykład pochwałą dość oszędną – to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że czyni to na sposób Austenowski.



Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Poczawszy od Charlotte Bronte wielu zarzucalo Austen ze jej ksiazki sa duszne i daja poczucie uwiezienia w klatce. Dla mnie najsilniejsze poczucie "bycia w klatce" daje wlasnie Mansfield Park, paradoksalnie pomimo duzych przestrzeni. Mansfield jest OGROMNE wedlug dzisiejszych standardow, to nie do wyobrazenia, ze najwieksza czesc posiadlosci (bo nie potrafie tego nazwac domem) sluzyla zaledwie siedmiu osobom (bo sluzba byla oczywiscie upchnieta pod schodami) - wiec ilosc przestrzeni jest ogromna a rownoczesnie ma sie poczucie uwiezienia, ktore wydaje sie o tyle bardziej przerazajace, ze Fanny chce byc w tej klatce szczesliwa (i nie potrafi byc szczesliwa poza nia jak to zostaje pokazane na przykladzie Portsmouth). Ale to poczucie uklatkowienia bierze sie stad, ze glownym tematem dla mnie (wbrew zamierzeniom Austen zapewne) jest hipokryzja. A Fanny mnie przeraza, bo wydaje sie definicja tego, o czym mowil Tolkien - ludzie z definicji przeciwni wszelkiej ucieczce to z reguly straznicy wiezienni. Taki aniol pozbawiony elementarnego wspolczucia - a tym jest dla mnie Fanny - sprawia wrazenie, ze wszystkich najchetniej widzialby w klatkach, porzadnie poukladanych i nie grzeszacych. Straszne uwiezienie. Mansfield nie jest jak TARDIS wieksze w srodku. Przeciwnie, przy calym swoim ogromie jest bardzo, bardzo ciasniutkie. Pod tym wzgledem bardzo przerazajaca jest dla mnie ta scena, ktora cytujesz, ta w ktorej czekaja na - nomen omen - klucz a Maria odwoluje sie do wiersza Sterne'a "I cannot get out as the starling said" (Po polsku jest chyba cos w rodzaju "Nie moge sie wydostac jak mowil szpak"). Fanny oczywiscie natychmiast jest gotowa zeby osadzac, ale dla mnie jest to takie rozpaczliwe za kazdym razem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To szalenie interesujące, bo jeśli porównamy Mansfield -- które i dla Fanny w pewnym momencie zaczyna być ciasne (zobacz, do tego Wschodniego Pokoju, dla bohaterki nowych, "ogromnych", w porównaniu, włości, nagle zaczyna przychodzi cała masa ludzi, których Fanny widzieć nie chce), zwłaszcza kiedy non stop obawia się, że spotka się tam z Henrym -- z Portsmouth, to właśnie to drugie opisywane jest jako ciasne, gdzie brakuje miejsca, by się schować. Zresztą można by ten wątek ciasnoty jeszcze podkreślić: wszak kiedy mieszkańcy chcą wystawić teatr, usuwają z pokoju sir Bertrama jego półki, to jakby symbol czegoś, co ma rozpychać konwenanse, dość ciasne.

      Dwór Mansfield to nie tylko klatka (bardzo podoba mi się ta interpretacja! i jak ciekawie oświetla tę scenę z kluczem!), ale też takie biureczko ze skrytkami: każdy może się tam schować przed innymi -- ciągnąc wątek hipokryzji: każdy może się tam ukryć, ukryć to kim jest, na czym mu zależy, właściwie bez przeszkód, bo mieszkańcy dworu są "dobrze wychowani" (a zatem nie będą się, teoretycznie, jakoś przesadnie tobą interesować, poza tym, czego wymagają dobre maniery, do czego tak tęskni w domu rodziców Fanny). Stąd potem częściowo i to zdumienie, kto ma jaki charakter, na samym końcu, przy "sprzątaniu sceny".

      Natomiast nie wiem, czy z Fanny sprawa jest taka prosta. Sporo do myślenia dało mi to, co pisze Nabokov, to znaczy że bezpośrednie myśli Fanny dostajemy właściwie raz, w czymś, co przypomina strumień świadomości: i tam wyłazi z Fanny wszystko to, co ona w sobie dusi, w słowach, których sama się boi. Ona jest taka nawet nie dlatego, że taka jest -- tylko dlatego, że jest tam, gdzie jest. I tutaj znowu sama przestrzeń Mansfield okazuje się kluczowa.

      Usuń
  2. Jakos nie potrafie sie zgodzic z opinia o Fanny. Bardzo czesto dostajemy wglad do jej mysli i najczesciej sa to mysli osadzajace. Jak jej kuzynki moga chciec wystapic w sztuce teatralnej! To TAKIE NIEWLASCIWE. Jak moga zle myslec o swoim ojcu albo sie cieszyc ze wyjezdza! Jak panna Crawford smie krytykowac duchownych i oficerow marynarki! Czasem Fanny wrecz o tym mowi, w przerazajaco guwernantkowy sposob "Musze ci powiedziec Edmundzie, ze nie aprobuje jego charakteru" i tak dalej. Zgodze sie ze oczywiscie - Mansfield i wartosci jakie prezentuje uksztaltowaly te podstawowa bezwzglednosc osadu u Fanny i jej calkowity brak wspolczucia. To jest swiat ktory wydaje sie calkowicie wyprany z wspolczucia dla bledu. Skoro juz blad sie wydal kara jest ostateczna i bez zadnego odwolania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ale to wgląd w mowę zależną, w dialog, w referowanie tego, co myśli: a ten kawałek to są jej bezpośrednie myśli (to jest zresztą faktycznie jakoś uderzające, że o, tu bohaterka się odsłania, zasłona opada, nie ma odwrotu, że to tylko referowanie czy streszczenie; ciekawa jestem, na ile, tak naprawdę, intencjonalnie się tak dzieje ;-)).

      Myślę, że to, o czym piszesz, nieźle widać zwłaszcza w postaci Henry'ego. Bo wydaje mi się, że Austen bardzo się stara, by czytelnik go nie lubił (Crawford jest zdecydowanie po stronie tych złych-nieuczciwych), ale to, przynajmniej dla mnie, wcale nie było takie hop-siup. Ta postać jest prowadzona w taki dość "kicający" sposób: nie jest bezpośrednio "odrażająca", więc dostajemy scenę, w której zwierza się siostrze z beztroskiego zamiaru rozkochania Fanny; kiedy wydaje się, że się zmienił -- łups, okazuje się, że zwiodła go próżność i uciekł z Marią (inna sprawa, teraz mi to przyszło do głowy: czy wątek Marii jest jakimś odbiciem losu Lydii?). Szkoda mi tej postaci, muszę przyznać.

      Usuń
    2. Teraz nie rozumiem do ktorego fragmentu sie odwolujesz, bo mam wrazenie, ze wszelkie mysli Fanny poznajemy przez mowe pozornie zalezna (takze te kiedy na wierzch wychodzi na przyklad jej zazdrosc wobec panny Crawford, starannie racjonalizowana przez Fanny i jej poczucie udreczenia i tesknoty w Portsmouth i poczucie samotnosci i takie rzeczy).
      Podobniez Cassandra Austen byla w Team Henry i strasznie zalowala, ze Jane poprowadzila ten watek tak a nie inaczej. Sadzac po lekturze Przedpelskiej Trzeciakowskiej Mansfield.. to jedyna powiesc, w ktorej moralistka (czy raczej moralizatorka) zwyciezyla w Austen nad pisarka i to jest bardzo smutne zwyciestwo. To zawsze prowadzi do hipokryzji narratorskiej grzechu niewybaczalnego w powiesci z narratorem wszechwiedzacym.
      Henry jest bardzo ciekawa postacia i udalo sie Austen wiarygodnie pokazac jego przemiane. To jest bardzo trudne a tu wychodzi. Naprawde czlowiek wierzy, ze Henry sie zmienil a raczej - ze umial sie otworzyc na to co niosla milosc do Fanny i moglby sie zmienic. To jest bardzo w zgodzie z przeslaniem ogolnym powiesci Austen, ze bledy sa czescia zycia ale i poprawa jest mozliwa, i ze milosc moze nas do tego pchnac.
      Pod wzgledem pisarskim Edmund jest kompletna porazka, to taki Witold Korczynski (Henry bylby Zygmuntem wtedy....) a jednak od Austen oczekujemy wiecej niz od Orzeszkowej. Mansfield jako powiesc tendencyjna, hehe.

      Usuń
    3. Chodzi o ten fragment, w którym Fanny wybucha, że niechże się już ten Edmund ożeni z Mary: "Nic dobrego nie przyjdzie z tego zwlekania...". Mary jest w Portsmouth, czyta list od kuzyna. Właśnie to Nabokov uważa za taki protoplastyczny strumień świadomości.

      Chociaż wiesz, i przy tej okazji, gdy Henry przyjeżdża do Portsmouth i mamy wrażenie, że się zmienił, narratorka zasiewa niepewność, rzucając, że może to tylko wrażenie na korzyść, bo w porównaniu z domem rodzinnym Fanny wypadał lepiej? A może to dlatego, że Fanny mogła z nim porozmawiać o Mansfield, że był takim odpryskiem jej życia tam? Niepokojące -- i dość smutne. No właśnie, i przy tej przemianie Henry'ego miałam wrażenie, że jego ucieczka z Marią nie tyle wypływa z konstrukcji bohatera i świata, a z tego, że trzeba było jakoś wyrzucić go z trójkąta Fanny-on-Edmund.

      Zresztą o relacji Fanny-Edmund Nabokov pisze, że jest w niej jednak coś kazirodczego -- i jak tak zerknęłam na to zdanie, w którym stoi, że Edmund chciał, by siostrzane uczucie Fanny do niego zmieniło się w małżeńskie, to trochę poczułam się nieswojo. Nie przez charakter Edmunda nawet, ale właśnie przez ustawienie postaci w takiej relacji.

      Usuń
    4. Jednak mam wrazenie, ze czytelnik wie, ze Henry sie zmienil. Rozmowa z Mary kiedy Henry mowi o swoich planach wobec Fanny jest bardzo przejmujaca. Widac z jednej strony poczatki przemiany a z drugiej taka mlodziencza radosc i energie Henry'ego. Jego sposob postepowania jest inny. Kiedys nie umialby ukryc swojej pogardy i poczucia wyzszosci wobec rodziny Price, kiedys odbylby z Mary bardzo ironiczna, zlosliwa, niszczaco cyniczna konwersacje na ten temat - a teraz zachowuje sie jak prawdziwy dzentelmen - z szacunku do Fanny wlasnie. Dla mnie jest w tym cos ujmujacego, jedyny przejaw prawdziwej skromnosci u Fanny (chociaz mozliwe ze jest to po prostu jej nieuleczalna podejrzliwosc wobec ludzi niedoskonalych) - Fanny jest kompletnie nieswiadoma jaki potezny wplyw ma na Henry'ego. Jej zwiazek z Edmundem - no coz, jak juz ochlonelam po poczatkowym zdumieniu uznalam po prostu ze oboje sa siebie warci. Para nadetych swietoszkow przekonanych o wlasnej moralnej wyzszosci nad calym tym swiatem pelnym slabeuszy popelniajacych bledy. Chyba juz nawet gdzies o tym pisalam. Nazwisko Fanny jest nazwiskiem znaczacym i ja sie zastanawiam czy to wyszlo niechcacy. Fanny jest Panna Doskonala, takim idealem z katalogu, zadnej wady, nic. I otoz Ceną za to jest absolutny brak charakteru - bezmyslne przejecie czyichs wartosci bez dodatku czegos wlasnego - i poczucie moralnej wyzszosci nad tym grzesznym plebsem.

      Usuń
    5. Moim zdaniem to jest napisane w taki sposób, że z jednej strony można trzymać kciuki za Henry'ego, a z drugiej wyczuwać te wskazówki i czuć się zaniepokojonym. Wiesz, że za każdym razem przy czytaniu daję się Austen zmylić i zastanawiam się, czy aby na pewno ten bohater skończy z tą bohaterką, bo nie wykluczam, że będzie inaczej? Trzymałam za Henry'ego kciuki :-). Właściwie to był jeden jedyny bohater, który poznawszy rodzinę Fanny nie zadzierał przy niej nosa z żadnego powodu, ale starał się sam pokazać z jak najlepszej strony.

      A Fanny z kolei wydaje mi się podejrzliwa wobec ludzi niedoskonałych, jak to nazwałaś, przez to, jak Austen ją instaluje w akcji. Cicha, spokojna, nieśmiała, nieproszona, by zabierać głos -- obserwuje i, no właśnie, ocenia. Nabokov zresztą zwraca uwagę na to upodobanie do tego typu bohaterek w literaturze XIX wieku. Ale co do tych świętoszków: no wiesz, Edmund jednak ma swoje "grzechy młodości", wszak grał w teatrze ;-).

      Usuń
  3. Team Edmund i team Henry! Urzekło mnie to :).

    Co do Nabokova i tej zasady nieidentyfikowania się z bohaterami – długo nie mogłam się do tego przekonać, ale to jednak ma sens. To, żeby nie dać się ponieść emocjom, nie dać się zaślepić sympatiom czy antypatiom do bohaterów, ale zachować trzeźwość umysłu i spojrzeć na nich chłodnym okiem, jak na materię, z której pisarz coś kształtuje. Łatwiej dzięki temu dojść, co mógł mieć na myśli, co chciał przekazać.

    Ogromnie podobają mi się Twoje pomysły i interpretacje. Podziwiam takie kreatywne czytanie, myślę, że Nabokov byłby z Ciebie dumny :). Na przykład porównanie scenki z ogrodu Rushwortha do biblijnego kuszenia w ogrodzie niebieskim. Albo myśl, że Fanny jest protoplastką wielu współczesnych bohaterek literackich. Rzeczywiście, coś w tym jest!

    A jeśli chodzi o Waszą dyskusję w komentarzach, nad tym moralizatorstwem Austen, „nieznośnością” postaci Fanny muszę się jeszcze zastanowić. Osobiście jej tak nie widziałam, a dla Crawforda prawdę mówiąc jednak niewiele mam współczucia, ale kwestia jeszcze do przemyślenia. Tylko czy roztrząsanie tego nie będzie właśnie sprzeniewierzeniem się zasadom Nabokova i wejście na te obszary czytelniczego doświadczenia, od jakich starał się odwodzić swoich studentów? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Ty jesteś bardziej w team Edmund, czy team Henry, że zapytam na zupełnym marginesie ;-) (wnioskuję, że jednak team Edmund?)? Bo wydaje mi się, że ta zasada nieidentyfikowania się z bohaterami ma jeszcze co najmniej jedno dno (a cudowny komentarz Nabokova, który sam rozrywa tutaj ciasny węzeł, w który wiąże czytelników, mówiąc o całkiem przyjemnych pannach i nieco nudnawych kawalerach linijkę po wyłuszczeniu swojego zdania, nieźle to pokazuje) -- nie tyle, żeby stać się kimś wypranym z emocji, ile by te emocje nam nie przesłoniły literatury nie jako odbicia rzeczywistości, ale jako pewnego wykreowanego celowo świata, którego reguły chcemy zgłębić. Czytanie to trochę właśnie takie "orientowanie się w zasadach", powiedziałabym, "tego świata", który został nam przedstawiony w dziele. W związku z tym powiedziałabym, że nie, roztrząsanie tego, o czym piszemy tutaj, nie jest sprzeniewierzeniem się: zaglądamy pod podszewkę tego, co zostało napisane i zastanawiamy się, tak jak chciał Nabokov, czemu to tak wygląda i jaki ma sens :-).

      To teraz ja pękam z dumy, bo to taki piękny komplement, dziękuję :-).

      Usuń
    2. Skoro tak, czuję się rozgrzeszona! Bez skrupułów mogę więc napisać: Tak, u mnie Team Edmund. Mimo że, z tego co widzę, jestem w mniejszości ;). Tylko może niekoniecznie z punktu widzenia własnych sympatii czy antypatii (ale fakt, lubię poczciwych nudziarzy), a z punktu widzenia tego, co dla Fanny najlepsze. Takie zakończenie jest jedynym słusznym, jeśli już miałaby skończyć szczęśliwa.

      Pękaj z dumy, pękaj, zasłużyłaś :).

      Usuń
    3. Owszem, jeśli przyjmiemy, że bohaterka jest pisana tak, że w punkcie B jest dokładnie taka sama, jak w punkcie A. I chyba tak właśnie została rozpisana: to wszystko wokół się zmienia, by dostrzec, że Fanny należy docenić jako tę moralną opokę ;-). Gdyby jednak przyjąć, że ewoluuje (nie tylko z wyglądu, choć na tym skupiają się inni bohaterowie), co dałoby się wyciągnąć z narracji (ten jej wybuch strumienio-świadomościowy chociażby), to wtedy kto wie, czy jednak Henry nie byłby ciekawszym wyborem? ;-)

      Usuń
  4. Rozumiem, co chciał przekazać Nabokov odnośnie nieidentyfikowania się z bohaterami, ale przyznam, że ja lubię czytać w ten sposób :) Jeśli nie polubię żadnego bohatera, to odechciewa mi się czytać.

    "Idealność" Fanny i Edmunda zawsze mnie drażniła. Cóż, rzeczywiście do siebie pasują.

    Rozbawiła mnie uwaga Nabokova, że odgrywana przez nich sztuka jest faktycznie nieodpowiednia i ma w sobie coś grzesznego (?) Nie pamiętam, jak to szło dokładnie. W każdym razie, ciekawa uwaga z ust autora "Lolity" :D

    Mi z kolei Henry trochę się kojarzy z Frankiem z "Emmy", taki lekkoduch, który zmienia się pod wpływem miłości. Ale zawsze było mi szkoda Mary Crawford. Na początku jest opisana jako fajna osoba, pełna żywej energii, inteligentna. A potem Austen jakby straciła do niej sympatię ;) Gdzieś czytałam, że w trakcie pisania zmieniły się autorce poglądy, może i tak było, bo mam wrażenie, że potem dość usilnie starała się zohydzić rodzeństwo Crawfordów. Biedna Mary, nie miała tak wysokich standardów moralnych jak Fanny ;) A swoją drogą, ponoć w jakiejś filmowej adaptacji jest lekki podtekst lesbijski między Fanny a Mary.

    Ciekawa uwaga z Fanny jako protoplastką szarych myszek.
    A książkę bardzo lubię, nawet jeśli mnie irytuje.

    Karmena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, co masz na myśli: sama nie przepadam za książkami, w których los bohaterów mnie nie obchodzi, trudniej się wtedy czyta. A i to nieidentyfikowanie się nie jest, jak wspomniałam w komentarzu wyżej, takie zupełnie jednoznaczne i odsądzające od czci i wiary, więc jest nadzieja :-).

      Ha, wiesz, że na tej grzeszności pomyślałam o tym samym :-D? Przeczytałam też tę uwagę Domownikowi na głos i powiedział, no właśnie, coś w tym sensie ;-). Więc ta grzeszność tutaj nam przywołuje podobne sensy ;-). Ale niewątpliwie, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak te role ze sztuki przekładają się na relacje między bohaterami "Mansfield...", to ma to dużo bardziej interesujące sensy :-).

      O, też mi się wydaje, że Henry jest duchowo spokrewniony z Frankiem, chociaż Frank to postać jednak, sądzę, nieco bardziej pogłębiona -- przede wszystkim dzięki rozwiązaniom fabularnym, na jakie zdecydowała się w "Emmie" Austen, bo Frank stoi i w, i poza trójkątem miłosnym Bohaterka-Jej Ukochany-Ten Trzeci. I przez to wydaje mi się nawet ciekawszy (ale ja w ogóle mam o "Emmie" dość wysokie mniemanie, muszę przyznać -- pewnie też dlatego, że dzięki festiwalowi dużo o niej myślałam i czytałam, więc najwięcej "smaczków" rozgryzłam :-)).

      Ciekawe jest to, co piszesz o Mary: odebrałam jednak ten styl Austen tak, że Mary od początku jest, jaka jest, tylko że bohaterowie odbierają ją inaczej, stąd całe rozczarowanie nią na koniec. Kiedy coraz bardziej widzimy ją przez Fanny, a nie Edmunda czy Bertramówny, tym bardziej mamy dostrzegać, "jaka jest".

      Usuń
  5. Ja niestety "Mansfield Park" nie polubiłam i miałam wrażenia wręcz przeciwne do Twoich: czytało mi się to bardzo źle, musiałam zmuszać się do kolejnych stron, z Fanny raczej bym się nie zaprzyjaźniła (już prędzej z Mary Crawford, mimo jej paru wad...), a to, jak autorka rozwiązała wątek Henry'ego Crawforda, rozczarowało mnie ostatecznie. Takie to było przewidywalne i bezlitosne, i właściwie bardzo mało wiarygodne w świetle wszystkiego, co działo się wcześniej. Strasznie irytuje mnie u Austen to, o czym też pisałyście wyżej: że dla bohaterów, którzy nie są idealnie kryształowi, nie ma nadziei. Henry jest bawidamkiem, ergo: jest postacią negatywną i postacią negatywną musi pozostać. Akurat w jego przypadku wyjątkowo mnie to boli, bo jego przemiana jest przedstawiona aż zbyt wiarygodnie - i to, jak nagle to wszystko odrzuca, i to w momencie, w którym jest bliżej celu niż kiedykolwiek... Trochę pani autorka poszła tu na łatwiznę. Jak na mnie.

    No i - dokładnie to, o czym pisze Hannah. Ta ciasnota! Te bezlitosne zasady i wieczne zgorszenie Fanny wszystkim, co wykracza poza przyjęte ramy zachowań! To nieznośne moralizatorstwo! Fanny jest przeraźliwie mdła - taka zahukana pensjonareczka, robiąca tylko to, na co jej pozwolono, wierząca bez zastrzeżeń w to, czego ją nauczono, bez cienia własnej myśli. O Edmundzie nawet nie jestem w stanie niczego napisać, bo był tak nijaki, że ledwo go pamiętam ;).

    Ale ja chyba generalnie jestem uczulona na moralizatorski ton, bo bardzo podobne odczucia miałam po "Rozważnej i romantycznej". Z tym, że tam żaden z bohaterów nie wydał mi się dość interesujący, bo przejąć się jego losem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo i Mary, moim zdaniem, to jest postać napisana z takim "przełamaniem": wierzymy, że jest w porządku, po czym nagle "trach", mamy się teoretycznie załamać w związku z jej postępowaniem (muszę przyznać, że dla mnie to było bardzo ciekawe w odbiorze, bo końcowe reakcje Mary nie wydawały mi się aż tak skandaliczne, raczej leżały w jej charakterze, żeby zawsze być nieco przekorną, pod prąd może, te sprawy -- oprócz może tego wykrzyknienia "prostaczka!", które miało jak gdyby charakter takiego "zrzucenia maski", że "oto wyszło szydło z worka, czarny charakter się ujawnił!").

      Zwłaszcza że -- tak a propos Henry'ego -- nie jest tak, że dla bawidamków w Austenversum nie ma ratunku. Wspomnijmy Franka z "Emmy" (ale też on został "odkupiony" przez Jane, podczas gdy Henry'ego wpycha autorka w objęcia Marii, by oboje potem dość bezlitośnie potrajtować -- los Marii jest sam w sobie bardzo wymowny: przypomina mi późniejszego, dużo późniejszego Fonatne'a i jego "Effie Briest", tyle że bez wglądu w to, co myśli Maria). I tu zresztą ten wątek ciasnoty się realizuje: w tym odsunięciu Marii, uwięzieniu jej tak właściwie z ciotką Norris.

      Co do "Rozważnej..." mam podobne odczucia, z przeczytanych do tej pory książek Austen podobała mi się zdecydowanie najmniej; wspominałam zresztą w tekście o niej, że mam poczucie, że to dopiero taki zalążek tego, co będzie dalej, pierwsze próby rozstawienia bohaterów na szachownicy i zobaczenia, co z tego wyjdzie :-).

      Usuń