Czy Tiffany jest Dokuczliwa czy Obolała? Albo o przekładach „The Wee Free Men” T. Pratchetta



Na pewno kiedyś, w trakcie lektury, złapaliście się na takiej myśli, czy aby na pewno autor nas nie nabiera. Czy to dlatego, że mieliśmy do czynienia z niewiarygodnym narratorem, czy dlatego, że w czytanej właśnie powieści obyczajowej o polskim miasteczku nagle pojawił się android, czy dlatego, że powieść była przekładem z innego języka i dochodziła tu kwestia „ale autor naprawdę tak napisał?”. Dzisiaj będzie o tym ostatnim przypadku, na małej, aczkolwiek bardzo ciekawej próbce: „The Wee Free Men” Terry'ego Pratchetta.

A wszystko dzięki cudnej notce Ćmy Książkowej, pod którą w dyskusji rzuciłam pomysł, że tak właściwie to z chęcią bym się zastanowiła, jak to jest z tymi tłumaczeniami początków cyklu o Tiffany Obolałej. Dla tych z Was, którzy nie wiedzą albo nie pamiętają, sprawa wygląda następująco: w 2003 roku ukazuje się powieść Terry'ego Pratchetta ze Świata Dysku „The Wee Free Men”. W tym czasie jeszcze właściwie nadrabialiśmy kolejne tomy Dysku, żeby zrównać się z angielskimi oryginałami (mniej więcej), więc powieść u nas wychodzi w 2005 roku. Tłumaczenie zostaje oddane w ręce Doroty Malinowskiej-Grupińskiej, ponieważ w tym mniej więcej okresie po polsku ukazywały się dopiero tomy z połowy lat dziewięćdziesiątych (w 2003 roku, czyli wtedy, kiedy wychodzi oryginał „The Wee Free Men” u nas ukazały się dopiero „Ciekawe czasy” z 1994 roku czy późniejsza o rok „Maskarada”; w 2005, kiedy Malinowska-Grupińska tłumaczy wspomnianych „The Wee...”, po polsku wychodzi „Bogowie, honor, Ankh-Morpork” z 1997 roku).

Rzut oka na sytuację


Ponieważ Świat Dysku miał od początku swojego stałego tłumacza, Piotra W. Cholewę, decyzja wydawnictwa mogła budzić pewną konsternację – i budziła. O tym, że akurat ten nowy cykl miał ukazywać się w tłumaczeniu kogoś innego, decydowało to, że uważano, że mamy do czynienia z „Małym Dyskiem”, cyklem skierowanym zasadniczo do młodszego czytelnika (pierwszą powieścią tak zaklasyfikowaną był „Zadziwiający Maurycy i jego uczone szczury”/„Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie”). Tak właściwie, z perspektywy czasu, trudno powiedzieć, czy tak rzeczywiście było. Czy może inaczej: „Mały Dysk” dorósł: w ostatnim tomie Tiffany już nie jest dziewczynką, jest kobietą. Ale czy i wtedy, gdy bohaterka miała lat dziewięć, można było mówić, że mamy do czynienia z taką powieścią znacząco się różniącą od tego, co widać było w innych częściach ówczesnego Dysku (ale tu możemy polemizować i jeśli macie ochotę, z chęcią popolemizuję!)? Swoją drogą, w tym samym 2003 roku Pratchett napisał również „Potworny regiment”.
 
 
 
Ze zdjęcia tego możecie się o mnie dowiedzieć bardzo ważnej rzeczy: bardzo lubię bukiety z kopru.
 

No dobrze, ale co to wszystko ma do rzeczy, spytacie? Jak zauważyliście, zwykle aż tak długich historyczno-kontekstowych wstępów nie robię – tutaj jednak wydaje mi się, że spore znaczenie ma właśnie (1) odczytanie tomów o Tiffany jako cyklu „dziecięcego”, (2) to „nadganianie” z kolejnymi tomami i równoczesna chęć bycia na bieżąco: tym samym, żeby odciążyć jednego tłumacza, zatrudniono kolejnego. Sprawa jednak komplikuje się, kiedy weźmiemy pod uwagę – nawet nic a nic nie wiedząc i tylko przeglądając to czy tamto w sieci – że mamy niedawne drugie tłumaczenie, autorstwa Piotra W. Cholewy (z 2010 roku, czyli pięć lat po przekładzie pierwszym). Po co? Żeby uspójnić serię, bo jednak, co by nie mówić, cykl o Tiffany składa się w całość z tym, co uznano wcześniej za „dorosły” cykl o wiedźmach? Ano, nie tylko. Jeśli natknęliście się gdzieś na dyskusje o pierwszym przekładzie „The Wee Free Men” zauważyliście na pewno, że nie cieszy się on wielką estymą (albo wręcz przeciwnie: uważa się go za ciekawe posunięcie). Postanowiłam zatem sprawdzić, jak to wygląda, porównując jeden przekład z drugim i zaglądając do oryginału – i sprawa okazała się znacznie bardziej skomplikowana, niż zakładałam na początku.

Zacznijmy od jajka (bo kura porusza się już szybko na czterech niebieskich nogach)


To nie będzie wpis, który dokładnie pokaże, czym się oba przekłady różnią – będzie to raczej tekst o tym, że na obu przykładach dobrze widać różne filozofie przekładania w ogóle. Do dokładnego porównywania nie mam aż takich narzędzi, bo chociaż angielski znam, nie jestem ekspertem. Także rzut oka na to, co wyłapałam i chciałabym Wam przedstawić, znajdziecie poniżej.

Właściwie można by kilka kolejnych stron wpisu poświęcić tylko na to, jak dwójka tłumaczy podeszła do tytułu. W oryginale mamy „The Wee Free Men” i Cholewa też w ten sposób to zostawia: „Wolni Ciut Ludzie”. U Malinowskiej-Grupińskiej dostajemy jednak „Wolnych Ciutludzi”. Widzicie różnicę? W tym drugim przypadku mamy jak gdyby do czynienia z osobną rasą, Ciutludźmi, podczas gdy w pierwszym dostajemy po prostu ludzi, tyle że małych. Zgodne jest to, zdaje się, z intencją oryginału – ale w przypadku tytułowych niebieskich ludzi z rudymi czuprynami można by się nawet kłócić, że ci „Ciutludzie” wcale nie są takim złym pomysłem. Nie inaczej ma się sprawa z tym, jak przetłumaczeni zostali Nac Mac Feegles. Ponieważ chodzą w kiltach i pokrywają ciała niebieskimi tatuażami, czytelnik wywołuje sobie w głowie szkockopodobny obraz bohaterów – Cholewa zostawia więc Nac Mac Feegli, dostosowując końcówkę liczby mnogiej do polskiego brzmienia, Malinowska-Grupińska tłumaczy ich zaś jako „Fik Mik Figli”. Tutaj tracimy tę szkockość (zresztą o ile Cholewa dialekt Feegli przekłada, stylizując na coś w rodzaju gwary ludowej z różnych stron Polski ze specyficznymi feeglowymi powiedzonkami, o tyle Figle mówią po prostu literacką polszczyzną – tutaj, przyznam, szkoda mi, że tłumaczka zrezygnowała z tego dialektu, ale o tym na koniec), za to zyskujemy pewien komizm. Widać też, że pierwszy polski przekład stylizowany jest zdecydowanie na powieść dla młodszego odbiorcy. Dlatego nie mamy dziwnej gwary bohaterów, a sama ich nazwa przywołuje na myśl istoty figlarne, kojarzy się też z zaklęciami, rzucanymi przez czarodziejów w bajkach (lub wiedźmy – mnie osobiście najbardziej kojarzy się ze zbiorem śląskich legend „Fik z okna”).

Wylegitymowana


No dobrze, jak jesteśmy przy kwestiach początkowych: bardzo problematyczne okazały się już personalia bohaterów. W oryginale dostajemy bohaterkę o imieniu i nazwisku Tiffany Aching. „Tiffany” – bo chodzi o pewien kontrast z otoczeniem, o to, że „do takiego imienia trudno dorosnąć”, bo jest dość poważne, a równocześnie jest w nim coś, co nie pasuje do córki pasterzy z wioski na końcu świata. Cholewa zostawia Tiffany, Malinowska-Grupińska decyduje się ją przechrzcić na Akwilę. Dlaczego? Moja hipoteza jest taka, że ma to związek z nazwiskiem. „Aching” – prawdopodobnie od „ache”, „boleć”, ale też „dokuczać” (jak w: „dokucza mi uporczywy ból głowy”). W przekładzie pierwszym mamy więc Akwilę Dokuczliwą – ta „dokuczliwość” może się wiązać i z tym, że Tiffany jest dociekliwa, i z grą z nazwiskiem, a wreszcie i z tą taką naszą zwyczajową wiedźmą, która jest wredna (co wiąże się z hipotezą wcześniejszą, o odczytaniu przez tłumaczkę serii jako czegoś skierowanego do dzieci). „Akwila” może zatem od „kwilić” (jak w: „kwilił cicho z bólu”)? Tłumaczka generalnie spolszcza imiona bohaterów – i postępuje tu po śladach tych przekładających, którzy spolszczali na modłę dość zróżnicowaną: jeśli był odpowiednik, dawali go, jeśli nie było – wymyślali coś, co mogło brzmieć podobnie. Tłumaczenie Cholewy lepiej, moim zdaniem, oddaje sens „żarciku” ojca Tiffany:

Kolejny dzień pracy i znowu jestem Obolały. […] Wstaję Obolały i kładę się Obolały. […] Cały jestem Obolały. […] Z całą pewnością wszystkich jej przodków serce bolało na myśl o wyjeździe, nie na myśl o zostaniu tutaj. [tłumaczenie PWC, s. 13]

Minął kolejny dzień pracy, a ja wciąż jestem Dokuczliwy […]. Wstałem Dokuczliwy i Dokuczliwy kładę się spać. […] Cały jestem Dokuczliwy. […] Wszyscy jej przodkowie byli Dokuczliwi w tym właśnie miejscu, a nie tacy, co się przenoszą z miejsca na miejsce. [tłumaczenie DMG, s. 13]

I jeszcze dla porównania oryginał:  
 
Another day of work and I'm still Aching […] I get up Aching and I go to bed Aching […] I'm Aching all over. […] All her ancestors had been Aching to stay, not Aching to leave.

Bardzo dobrze pokazuje to w ogóle problem, jaki stwarza oryginał – bo mamy tutaj grę słowną, na kilku poziomach. I doskonale ujawnia się tutaj problem, jaki mają oba przekłady: paradoksalnie to przekład Malinowskiej-Grupińskiej okazuje się wierniejszy (zwróćcie uwagę na sam koniec cytatu), ale nie brzmi przez to lepiej – Cholewa chwyta taki Pratchettowski idiom, dlatego zresztą dla wielu z nas Pratchett po prostu „brzmi” tak, jak go przekłada Cholewa. Zobaczcie, jak to wygląda w tym przypadku: tłumaczka wybiera opcję „Dokuczliwy”, żeby zachować grę z nazwiskiem w ostatnim zdaniu – co jej się właściwie udaje (choć nie brzmi do końca zręcznie), ale „pali” tym samym dowcip z wcześniejszej części zdania. Cholewa wybiera „Obolałych” i w ten sposób porzekadło ojca Tiffany wskazuje też, że nie tylko rodzina przywiązana jest do miejsca (a przecież to istotne – wiemy, jak działają dyskowe wiedźmy), ale i związana jest z ciężką pracą.

Inna kwestia z takich początkowych, związana z tym, co powyżej – a może zupełnie początkowa. Pierwsze zdanie.

Some things start before other things. 
It was a summer shower but didn't appear to know it, and it was pouring rain as fast as a winter storm. 
Miss Perspicacia Tick sat in what little shelter a raggedy hedge could give her and explored the universe.

Niektóre sprawy rozpoczynają się wcześniej niż inne. 
Choćby letni deszczyk, który najwyraźniej się zapomniał i przybrał formę ulewy o sile zimowej burzy. 
Panna Roztropna Tyk siedziała pod osłoną, jaką mógł jej zapewnić niechlujny żywopłot, i badała wszechświat. [przekład DMG, s. 7]

Pewne rzeczy zaczynają się przed innymi rzeczami. 
Pod nędzną osłoną, jaką oferował rzadki żywopłot, siedziała panna Perspikacja Tyk i badała wszechświat. [przekład PWC, s. 7]

Jak widzicie w przekładzie nowym nie ma... całego zdania. Być może to przeoczenie redakcji (niewykluczone, nie sądzę, żeby tłumacz celowo się tego zdania pozbył), ale już da się wyczuć styl obu przekładów. Można się oburzać na pannę Roztropną (chociaż jakoś pasuje do miejsca, gdzie ludzie nazywają się, dajmy na to, Woźnica – a i skojarzenia biblijne są ciekawym dodatkiem), ale generalnie widać, że Malinowska-Grupińska chce być dość blisko frazy Pratchetta. Problem polega na tym, że choć Cholewa zmienia kolejność i zdanie jest krótsze, jest też zręczniejsze i lepiej brzmi po polsku. I, chociaż wyrokowanie po pierwszym zdaniu może się Wam wydać naiwnością, to zapewniam, że cały przekład mniej więcej tak wygląda.
 
 
 

Cholewa, tłumacząc po Malinowskiej-Grupińskiej, miał też nieco trudniejsze zdanie. Raz, że oczekiwano, że poprawi pewne kwestie (wybaczcie, ale nie mogę tu nie wspomnieć o scenie, w której tłumaczka każe jednemu z bohaterów miąć (!) hełm w rękach – Feegle są silne, no ale nie aż tak chyba?), dwa, że pracował z tekstem, który jednak się przyjął i został przez fanów zaadoptowany (mniej lub bardziej). Stąd też niektóre imiona własne faktycznie zmienił (jak Tiffany, sytuując ją nieco bliżej oryginału), inne przepracował. Pamiętacie Wielkiego Gościa klanu lokalnych Feegli, Roba Rozbója? Rob został ochrzczony Robem w przekładzie numer dwa, w przekładzie pierwszym przedstawia się jako „Rozbój Figiel”. W oryginale sytuacja jest ciekawsza o tyle, że – jak być może pamiętacie – Feegle żywią dziką awersję do podawania swoich imion, wierząc, że jest w nich magia, która zdolna jest umieścić ich na papierach windykacyjnych, listach „poszukiwani” i innych takich przyjemnych miejscach. Jak zatem przedstawia się Tiffany Wielki Gość? Rob Anybody Feegle. Coś jak Odyseuszowskie „Nikt” przedstawione Polifemowi (choć relacja między postaciami jest tu, oczywiście, zupełnie inna; strach jednak wchodzi w grę).

I co z tego wszystkiego wynika?


Wychodzi zatem nie tylko na to, że – zgodnie z początkowymi hipotezami – przekład pierwszy jest pisany pod czytelnika młodszego (stąd gwara Feegli znika, żeby nie stwarzać dodatkowych trudności w odbiorze), ale że jest to przekład, który stara się nie oddalać od tekstu, co, jak się może okazać, wcale przekładanemu tekstowi nie musi służyć. Jest takie dość już leciwe powiedzenie, że przekład może być albo wierny, albo piękny – prawda leży, jak zwykle, gdzieś pośrodku. I chyba na tym polegają przekłady: na tym wypośrodkowaniu pomiędzy wiernością autorowi (nie tylko tekstowi, ale i samemu duchowi opowieści, światu, w jakim autor ją umieszcza, podtekstom, które w tekście zawiera i tym podobnym kwestiom) a tym właśnie, co nazywamy „pięknem” (tekstu, treści, języka i tak dalej). Na pewno też słyszeliście to porzekadło o tłumaczu-zdrajcy: te przykłady, które podawałam, fajnie pokazują, że ta „zdrada” może mieć wiele oblicz i wcale nie jest taka jednoznaczna.

Weź dokładkę!

25 komentarze

  1. Na początku muszę przyznać, że uwielbiam takie rozmowy o tłumaczeniach, bo to właściwie temat - rzeka. Sama też mam na półce mnóstwo książek, które przeczytałam tylko w oryginale, albo w oryginale i się w nich zakochałam, a przy drugim podejściu po polsku nie zrobiły na mnie takiego wrażenia. Po angielsku czyta się po prostu inaczej.

    Z tłumaczeniami jest podobnie. Tłumacz musi "załapać" nie tylko styl, sposób wypowiedzi autora ale także wszelkie żarty, nawiązania, kontekst, a potem jeszcze sprawić, żeby było to zrozumiałe dla czytelników. Straszna robota. Ani trochę im nie zazdroszczę. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle, mam wrażenie, w języku obcym czyta się inaczej (kiedyś o tym wspominałam, wywiązała się wówczas bardzo interesująca dyskusja). Mam też wrażenie, że w języku obcym w ogóle nieco inaczej odbieram tekst -- co jest samo w sobie ciekawe, bo wpływa oczywiście i na to, co potem o takim tekście jestem w stanie powiedzieć :-). I tak, moim zdaniem również praca tłumacza to ogromne wyzwanie :-).

      Usuń
  2. Ja czytałam tylko to pierwsze tłumaczenie chociaż mam też nowe wydanie. Planuję się za nie zabrać przy tej mojej planowanej chronologicznej powtórce Pratchetta, jak już się za nie wreszcie zabiorę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rekomenduję :-). Mimo wszystkich "za" i "przeciw" jestem z tych, którym Pratchett po polsku brzmi Cholewą -- inaczej odebrałam czytanych teraz w jego przekładzie "Wolnych Ciut Ludzi", niż wcześniej. Jeszcze chcę sprawdzić, jak wyszedł "Kapelusz pełen nieba", a może i "Maurycy" :-).

      Usuń
  3. Ja czytałam tylko pierwsze tłumaczenie ale z podejściem PWC do Figli spotkałam się w kolejnych książkach. Wtedy tłumaczenie DMG mnie nie raziło, drugi raz już do niej nie zaglądałam, ale i nowego przekładu nie kupiłam, bo aż taką fanką nie jestem, choć naturalnie wszystkie książki mam. PWC cieszył się już wtedy sławą, więc zakładam, że DMG miała bardzo ciężką robotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z tych, co to Dysk czytali na początku dzięki wypożyczeniom i pożyczkom, więc cykl o Feeglach kompletuję dopiero teraz, podoba mi się, że wyszedł wreszcie w jednolitych okładkach i lepiej wygląda na półce (ale to, w gruncie rzeczy, drobnostka).

      Usuń
  4. Trochę współczuję kobiecie, bo wydaje mi się że Cholewa ma już tak ustaloną reputację, że cokolwiek tłumaczka by nie zrobiła dla niektórych zawsze to będzie gorsze- bo nie wyszło spod pióra P.W.Ch. Gdy czytałam jej przekład to książka bardzo mi się spodobała, więc zakładam że to nie jest złe tłumaczenie, przynajmniej nie pod względem stylu ( przy niektórych tłumaczeniach niestety bardzo widać że tłumacz zarżnął książkę, tu czytało się gładko). Jeśli chodzi o imię głównej bohaterki to zawsze mnie intrygowała jedna rzecz- w powieści mamy że jej imię nawiązuje do wody, co wydawało mi się sensowne jeśli mówimy o Akwili. A jak Tiffany nawiązuje do wody? Czy może w oryginalnym tekście jest jeszcze coś innego? Co do języka Figli, to z jednej strony gwara im pasuje, a z drugiej książka przestaje być czytelna dla młodszego odbiorcy, coś za coś.

    Bardzo fajna, rzeczowa analiza. Może napisz o tłumaczeniach L.M. Montgomery, bo to co z nią wyrabiali polscy tłumacze to totalny kosmos.
    Małgosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony: na pewno, z drugiej -- ten przekład też nie ułatwi, przez wygładzenie niektórych kwestii, zachwycenia się nim. DMG zrezygnowała z niektórych smaczków, na przykład ten gwary feeglowej, co też sprawia, że "wygładziło się" kilka dość trudnych do przełożenia kwestii (kiedy zastępuje się jeden rejestr języka innym, bardziej literackim, zawsze pojawia się pytanie "ale czemu?"). Co do imienia Tiffany, sądzę, że chodzi tutaj o to, o czym mówi kelda: że w ich dawnej mowie imię Tiffany (tak brzmi, choć zapisuje się inaczej) znaczyło "Ląd pod falami", więc mamy wodę.

      Dziękuję :-). To bardzo ciekawy temat, na pewno wezmę go pod uwagę, zwłaszcza że mam w planach ponowną wizytę w świecie Ani :-).

      Usuń
  5. PRzekład Grupińskiej to jest dla mnie źródło nieustannego zdumienia. Żadnego posunięcia w tym przekładzie po prostu nie rozumiem. Nie potrafię odtworzyć wyjściowej koncepcji tłumaczki bo wszystkie jej decyzje są dla mnie kompletnym chaosem. No chyba że zakładała "to takie młodzieżowe, to można byle jak, bez koncepcji, nikt nie zwróci uwagi".

    Owszem zdarzały się nagminnie na przykład w dwudziestoleciu przekłady które spolszczały kompletnie (na przykład w którejś powieści Kaestnera jakiś niemiecki kurort przemianowano na Jastarnię). A skróty jakie robiono! Rekord pobił bodaj Anczyc, który w skróconym wydaniu Robinsona Crusoe bez skrupułów pousuwał co bardziej filozoficzne rozważania bohatera "boby się naszej energicznej dziatwie nie podobał". Generalnie chciano w ten sposób uniknąć wyobcowania młodego czytelnika. W przypadku tej grupy wiekowej (starsze dzieci i młodsze nastolatki czyli samodzielni czytelnicy "większych" książek na początku drogi) ważne jest aby był to świat w którym totalnie chcą przebywać. Bohaterowie, z którymi z jednej strony można się utożsamiać (ileż starszych sióstr odnajdzie swoje uczucia wobec młodszego rodzeństwa w tej książce!) a z drugiej - aspirować - bo są ciekawe, interesujące, chcielibyśmy być tacy jak oni. Pod tym względem Tiffany jest idealnym miksem, Pratchett utrafił dokładnie we właściwą nutę. I pozwolił Tiffany w pełni dorosnąć - z szacunku dla tego młodego czytelnika właśnie. Ale w tym świetle można zrozumieć chęć spolszczania. Świat zbyt obcy zniechęca, bohaterowie zbyt zdystansowani nie ciekawią. No więc konia z rzędem temu, kto mnie spróbuje przekonać że Akwila i Bywart (!!!) to imiona, które dla polskiego młodego czytelnika brzmią naturalnie (bo imię może być egzotyczne, ale wciąż naturalne vide Polek czyli Apolinary u Zuzanny Orlińskiej). Wybranie Akwili i Bywarta to najgłupsze możliwe posunięcie jeśli tłumaczka rzeczywiście chciała spolszczyć w celu zbliżenia się do młodego czytelnika. Równie dobrze można pozostawić Tiffany, która dla polskiego młodego czytelnika nie jest imieniem typowym.
    Można zachować czy przetłumaczyć dziwaczne wręcz imiona - jeśli mają jakiś walor który rozbawi na przykład. Dlatego Akwila nie ma szans, a panna Perspikacja Tyk wygrywa z panną Roztropną w przedbiegach.To jest ten moment, w którym dosłowność jest powodem niewierności przekładu.

    Gwara Nac Mac Feegli jest dla mnie w sposób oczywisty przede wszystkim inspirowana gwarą góralską i ten pomysł mnie zachwycił w swojej prostocie, bo jest tak oczywiście naturalny. Pod wieloma względami Szkoci, owi słynni Highlanders, są góralami Wysp Brytyjskich.

    Piszesz że Grupińska stara się być bliżej frazy Pratchetta. To dla mnie bardzo zaskakująca uwaga, bo właśnie tym co mnie kompletnie odrzuciło od tego przekładu był brak rytmu Pratchetta, tej jego bardzo charakterystycznej składni i puenty. A pierwszy przykład, który podajesz (ten w którym tata Obolały tłumaczy jako to wstawał obolały i obolały kładzie się spać jest u Cholewy nie tylko wierniejszy duchowi, jest także dosłowniejszy filologicznie niż przekład Grupińskiej. To be aching to leave - tak bardzo chcieć odejść, że to aż boli - to znana fraza i właśnie jej odwrócenie jest tu żartem taty Obolałego. Na ogół ludzie są aching to leave. Aching to w ogóle taki częsty przymiotnik określający bolesną, rozdzierającą, żarliwą, intensywną tęsknotę, ból serca.

    Cholewa wygrywa na każdej płaszczyźnie. Grupińska przegrywa bo ona - nawet jeśli rzeczywiście ma koncepcję żeby tłumaczyć pod czytelnika "młodszego" - to rozumie to jako infantylizację. I zupełnie nie ma ucha. Żeby sparafrazować Szymborską - dobry tłumacz rodzi się z uchem. Z czymś w końcu musi się urodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że chciała jakoś przełożyć to "na nowo" (a to rozpoznanie "Małego Dysku" jako nowej sub-serii temu sprzyjało) i że docelowo przekładała dla młodszych czytelników -- takie są moje hipotezy "badawcze" :-). To nie usprawiedliwia wyborów tłumaczki, ale może je trochę, hm, tłumaczy? W każdym razie chciałam się zastanowić, z czego to wszystko wynika :-).

      O tak, zdecydowanie! Hadyna pisała kiedyś o polskich przekładach Jane Eyre, najbardziej mnie zafascynowało ścinanie wątków tak, żeby z powieści wyszła powieść mocno gatunkowa -- na przykład romans -- z pominięciem wszystkiego innego, co da się z niej wyczytać ;-) (wpis można znaleźć tutaj). Tej historii z Anczycem nie znałam, ale dołączam do swojej kolekcji. Widać, że mamy w przekładach pewną tradycję, którą można by chyba nazwać "projektowaniem nowego czytelnika" dla przekładanej książki (bo przecież nie zawsze mamy do czynienia z takim samym modelowym czytelnikiem, jak przy oryginale), co może też trochę wynikać z tego, że nie mamy wglądu w to, co autor dalej napisze i co z książką/cyklem zrobi (jeśli żyje) lub recepcja utworu jest u nas odmienna (ten Robinson jako powieść przygodowa, dajmy na to).

      Ale Tiffany też chyba nie ma brzmieć do końca naturalnie (w sensie: rozumiem Twój argument, że to jest imię, które czytelnik zna; jest jednak też imieniem jakoś "uwierającym" w zaprezentowanym w powieści kontekście). Ta Akwila -- jak też wyżej zwróciła uwagę Małgosia -- miała pokazywać związek z wodą. Bywart natomiast... No, tutaj szczerze mówiąc nie trafiam za myślą tłumaczki (czy to jakoś można z Wentworthem powiązać? Jakieś pomysły?).

      Wiesz, ale ta gwara Feegli u Cholewy też nie jest konsekwentna (wspominałam o tym przy okazji mojego super-spojlerowego wpisu o "Pasterskiej koronie", dodam dla porządku, żeby nie wyszło, że ciągle na to samo narzekam). Feegle mazurzą dość, powiedziałabym wybiórczo, czasem i "ż", i "rz", w podejrzanych konfiguracjach. Nie wiem, czy to celowe, czy wynika z przeoczenia, ale trochę tego szkoda. Jakkolwiek sam pomysł na przekład też uważam za przedni :-).

      Tak, bo ona naprawdę przekłada "blisko tekstu", tylko że jest czasami za blisko, to, jak piszesz, ta dosłowność, która prowadzi do niewierności. Po prostu to, co w takim szyku i rytmie brzmi dobrze po angielsku, nie musi wcale dobrze brzmieć po polsku (co jest jedną z bardziej frapujących rzeczy w tłumaczeniach -- teoretycznie to podstawa, ale uważam, że interesująca). Dziękuję Ci za tę uwagę z "Aching to leave"! :-)

      Usuń
    2. Moja teoria dotyczaca Wentwortha jest taka, ze WORTH to WART. Zaprawde nic innego nie potrafie wymyslic.

      Natomiast imie Tiffany to co innego. Dla angielskiego czytelnika jest to imie zupelnie zwyczajne i wlasnie dlatego daje jakies pojecie o srodowisku z ktorego Tiffany sie wywodzi. Nawet ZWYKLE tylko po prostu rzadsze imie budzi sensacje. To tak jakby byc na jakiejs zupelnie zapadlej wsi, gdzie wszystko poza Anna, Janem, Marcinem to jakas niezwyklosc nieziemska. To takie srodowisko w ktorym nie wiem, Diana czy Zuzanna brzmialyby egzotycznie. (Pod haslem "A czy byla taka swieta?" na przyklad). Tak ze ta Akwila to po prostu jest tak chybiona ze zupelnie sie nie miesci w mojej skali tolerancji. Wanda bardziej mi sie kojarzy z woda, jesli juz, nawiasem mowiac. (Ale to przez Makuszynskiego).
      Wiem, ze ta gwara nie jest konsekwentna. Troche tak jak w tym serialu o Janosiku :) - i generalnie sluzy to temu, zeby byla z jednej strony wyraznie gwarowa a z drugiej - zrozumiala dla czytelnika. Gwara goralska w stanie czystym moglaby byc zbyt trudna, a Janosik dowodzi, ze taka uproszczona nie do konca konsekwentna wersja lepiej sluzy. Tak ze mlodszy czytelnik wcale sie nie czuje zniechecony (ktos tu o tym wspomnial, nie sadze zeby taka stylizacja alienowala mlodszego odbiorce, przeciwnie wrecz).

      I ja wcale nie mowie, ze trzeba ten szyk i rytm przekladac doslownie. Bynajmniej. Trzeba znalezc polski odpowiednik. (czy ktos mowil ze to ma byc latwe?) - i Cholewie sie udalo. To jest bardzo charakterystyczna bardzo Pratchettowa skladnia - po polsku. Grupinska to po prostu taka nijaka rabanka. Da sie czytac - bez przykrosci jesli nie ma sie porownania - ale i bez zachwytu.

      Usuń
    3. Brzmi przekonująco :-).

      Nie mogę się nie zgodzić (wiesz, mnie te argumenty przekonują i sama wolę Tiffany od Akwili, ale chciałam po prostu dać szansę obu stronom i spróbować rozgryźć powody takiego postępowania, przynajmniej teoretyczne). Co do tej gwary: nie chodzi mi nawet o słownictwo czy styl w ogóle, ale przede wszystkim o to mazurzenie właśnie. Bo jeśli ktoś mazurzy, nie zwracając uwagi, czy to "ż", czy "rz", to znaczy, że nie mazurzy (Feegle mogą oczywiście po prostu się stylizować, co leży w ich charakterze, ale i tak mnie to zastanawia). To zresztą strasznie fajne, że w dialektach tak wychodzi ta różnica w wymowie "rz" i "ż" w ten sposób ;-). Co do ewentualnego zniechęcenia: bo to ma też drugi biegun -- a nuż poczuje się zaintrygowany, spróbuje rozgryźć, o co chodzi, także tu się zgodzę. Natomiast ta strategia "wygładzenia" tego związana jest, mimo wszystko, z poczuciem ułatwienia dostępu do tekstu (inna sprawa to właśnie to, czy zgadzamy się, że to ma sens/jest potrzebne/w jakim świetle stawia nam "modelowego czytelnika").

      Usuń
  6. Mam ogromny sentyment do "Kapelusza pełnego nieba" w przekładzie DMG,bo to była chyba pierwsza rzecz z Dysku z jaką się zetknęłam. Nadal sądzę, że jako osobne teksty, dwa pierwsze tomy o Tiffany/Akwilii sprawdzają się nieźle (chociaż "Wolni Ciutludzie" mi się nie spodobali jakoś szczególnie, przekład Cholewy czytało mi się znacznie przyjemniej). Jednak mam wrażenie, że sposób w jaki PWCh "tworzy" po polsku styl Dysku jest zbyt charakterystyczny, by książki przełożone innym piórem mogły sobie znaleźć miejsce w cyklu, więc ujednolicenie bardzo mnie ucieszyło.
    Mam ochotę na posnucie dygresji na temat wpływu stylu tłumacza jako literata na jakość przekładów (i zachwianie proporcji piękno/wierność), ale to może w innym wcieleniu... Albo pod innym wpisem? :D
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też myślę, że Pratchett po polsku "brzmi" Cholewą, coś w tym jest (do tego stopnia, że jest mi niekiedy nieswojo, kiedy podczytuję któryś tom po angielsku; to dość zabawne uczucie, które pojawia się na takim podświadomym poziomie). O, to intrygujący pomysł na wpis, muszę sobie o nim przemyśleć (na dyskusję zawsze się cieszę :-))!

      Usuń
  7. Zaczęłam właśnie moją wielką przygodę ze Światem Dysku :)
    Właściwie to przygoda troszkę powtórkowa, bo przeczytałam już wiele tomów, ale no właśnie, nie wszystkie. Dlatego Twój tekst trafił u mnie na czas idealny.

    Dla mnie Świat Dysku to uszczypliwy humor Pratchetta w językowym ujęciu Piotra Cholewy. Nie znam innego Świata Dysku, nie znam innego języka i innego ujęcia. Książki w tłumaczeniu Grupińskiej mnie ominęły, bo to akurat te tomy, których jeszcze nie znam. Wydaje mi się, że jednak sięgnę po nie w tłumaczeniu Cholewy, tak z przyzwyczajenia.

    Wiem, że nadmierne przywiązanie do tłumacza nie jest do końca właściwe, bo przecież może zmienić się wydawnictwo i co za tym idzie tłumacz, albo sam tłumacz, lecz już w przypadku Świata Dysku (niestety!) możemy mieć pewność, iż nic takiego nie nastąpi.

    Tłumacz naprawdę znacząco wpływa na odbiór książki przez czytelnika. Pamiętam jak czytałam Anię z Zielonego Wzgórza i pani Linde od zawsze była dla mnie dystyngowaną i szacowną Małgorzatą. A gdy dowiedziałam się, że jest to jednak Rachel i w dodatku Lynde to mocno tę informację przeżyłam.

    Pewnie równie mocno przeżyłabym Akwile vel. Tiffany. Ale mnie Tiffany wcale nie przeszkadza. O wiele dziwniejsze i mało życiowe jest dla mnie imię Akwila. I nawet biorąc pod uwagę, że książka miałaby być dla młodszego czytelnika to nie należy zapominać o tym, że jednak współczesne dzieci są chowane w dobie internetu, telewizji 3d, tabletów, smartfonów i Pokemon Go, zatem nawet dla nich Tiffany będzie lepsza od Akwili (zresztą wcale to imię nie kojarzyło mo się z takim kwileniem dopóki nie przeczytałam Twojej teorii! Bardziej z jakimś rzymskim cesarzem, czy innym cezarem ;)).

    Jeszcze tak na marginesie wspomnę, że nie pamiętałam pierwszych tomów Świata Dysku, chociaż na pewno je przeczytałam. I teraz już wiem dlaczego! Nawet w przekładzie Cholewy nie są szczególnie porywające..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś się chyba popsuło,bo komentarz dodał się dwa razy z nieznanych mi przyczyn :) przepraszam!

      Usuń
    2. Coś w ogóle się chrzani w komentarzach ostatnio, nie wiem czemu (i czy to wina mojego grzebulstwa w szablonie, czy ogólnie systemu ;-)).

      Cieszę się, że utrafiłam w takim razie :-). Mam wrażenie, że tylko częściowo niektóre kwestie związane z Dyskiem są związane z tłumaczeniem -- w końcu to taki ewoluujący cykl (jak sama piszesz, pierwsze tomy są specyficzne; też nie jestem fanką, ale ja w ogóle nie przepadam za Rincewindem). Akurat te książki z "Małego Dysku", które miały dwa tłumaczenia, są ciekawe, żeby się nad tym pozastanawiać. Mnie w ogóle fascynuje kwestia takich "kanonicznych tłumaczeń" (gdzie jednak mamy "w głowach" jakiś przekład, taki był sugestywny, i wiążemy cykl/autora z jednym tłumaczem/jedną tłumaczką). Może kiedyś o tym napiszę :-).

      Coś jest z tą "rzymskością" Akwili, zwłaszcza jeśli faktycznie miała przywoływać wodę przez skojarzenie ze słowem "aqua" :-).

      Usuń
    3. Claudette! Pierwsze tomy Świata Dysku dla mnie są NAJBARDZIEJ porywające! ;)
      Ci pierwsi bohaterowie: Rincewind, Dwukwiat - uwielbiam ich. To właśnie ich pamiętam najbardziej. Najmniej za to lubię Vetinariego, dlatego pewnie w którymś momencie, kiedy nastąpił przesyt Pratchettem, nie było nic, co by mnie przy nim utrzymało. Nadal kupuję - chcę skompletować Świat Dysku - ale zdecydowanie mniej czytam, bo... no bo zabrali mi moich bohaterów :)

      Usuń
    4. Mam wrażenie, że ci pierwsi bohaterowie musieli zejść na dalszy plan razem z ewolucją Dysku (mnie, przyznaję, bardziej kręcą tomy późniejsze, ale bez tych wczesnych wiadomo, nie dałoby się ich w pełni docenić). Vetinari jest ciekawą postacią, bo Pratchett bardzo umiejętnie nią gra (zobacz w "Straży nocnej", to jest takie okręcenie postaci, jakie bardzo osobiście lubię: wydaje się, że wszystko wiemy, a to jest jednak ciut inaczej ;-)).

      Usuń
  8. Fajna analiza. Generalnie takie teksty omijam, nigdy nie bawiło mnie przesadnie analizowanie tekstów - w każdym razie nie werbalne, gdzieś tam w głowie zawsze mi się tematy mielą - ale ponieważ dotyczy Pratchetta, to z ciekawości przeczytałam. I podoba mi się, jak do tego podeszłaś. Nie negujesz żadnego tłumaczenia, ale nomen omen tłumaczysz, skąd prawdopodobnie takie a nie inne wybory. Dobrze się czyta coś, co nie jest nastawione na krytykę :)

    A swoją drogą, zawsze uważałam, że tłumaczenie Pratchetta to właściwie pisanie nowej książki. Tyle gier słownych, których nie da się oddać w innym niż oryginalny języku, że powstaje coś nowego w oparciu o czyjś pomysł. Adaptacja może? Piotra Cholewę uwielbiam, wykonał genialną robotę, zazdroszczę takiego wyczucia językowego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, taki był cel :-).

      Bardzo ciekawa uwaga! Coś w tym jest, że tłumaczenie Cholewy staje się bardziej adaptacją -- dlatego Pratchett po polsku "brzmi" Cholewą. To jest też kwestia właśnie tego "oddania ducha" (którego można uchwycić -- zaadaptować? -- oczywiście nie chodzi tu o "spolszczanie", bo to coś jeszcze innego; dobre tłumaczenie faktycznie będzie jakoś autora adaptować).

      Usuń
  9. Miałam już dawno skomentować, ale mi uciekło...
    Przyznaję, że cykl o Tiffany pominęłam ze względu na tłumaczku. Albo, żeby być dokładną, ze względu na brak Cholewy jako tłumacza. I w sumie to ciekawe, jak bardzo tłumacz zrósł się z serią. Podobnie jest chyba tylko z Władcą Pierścieni i tłumaczeniem Skibniewskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, mam podobnie ze Skibniewską (ale ciągle sobie obiecuję, że kiedyś przeczytam od początku do końca Łozińskiego "Drużynę...", i jeszcze mi się nie udało -- bo doceniam pomysł, mnie zaś realizację). Ale teraz, jak wyszło tłumaczenie Cholewy, daj Tiffany szansę! :-) Na początku myślałam, że jej nie polubię (bo jak to, przecież są już wiedźmy na Dysku!), a teraz to jedna z moich ulubionych bohaterek :-).

      Usuń
  10. Bardzo ciekawy wpis!
    Seria o Tiffany jest jedną z moich ulubionych Pratchettowiskich serii, ale o wielu faktach z Twojego postu nie miałam zielonego pojęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! To cieszę się w takim razie, bardzo mi miło! :-)

      Usuń