Pikniki z Klasyką #17 albo Czym nas straszy Elizabeth Gaskell?



Witajcie na nieco opóźnionych w tym miesiącu przez wydarzenia pozablogowe Piknikach. Na początku od razu powiem, że zasugerowałam do czytania tomik Elizabeth Gaskell pod tytułem „Grey Woman and other Tales”, licząc po tytule, że jest zbiorem opowiadań grozy Gaskell. Okazało się jednak, że oprócz dwóch pierwszych opowiadań, reszta ma charakter raczej obyczajowy. Po konsultacji z Tarniną sięgnęłam więc jeszcze po zbiorek „Courious, If True”, skąd zdążyłam przeczytać jeszcze dwa kolejne opowiadania grozy. Mój wpis piknikowy dzisiejszy dotyczy zatem opowiadań: „The Grey Woman” („Szara Dama”), „Courious, If True” („Zajmujące, jeśli prawdziwe”), „The Old Nurse’s Story” („Opowieść starej piastunki”) oraz „The Poor Clare” („Klaryska”).
 
Zanim przejdę do tego, co wydaje mi się w tych opowiadaniach najciekawsze, dokonam jeszcze jednego wykluczenia. Otóż: przeczytajcie sobie któregoś wieczoru opowiadanie „Courious, If True”, bo warto. Ono jednak jest trochę o czymś innym niż trzy opowiadania, o których chciałabym napisać bardziej kompleksowo, więc wspominam o nim tutaj. Pewien zaplątany w genealogiczne rozważania dżentelmen gubi się nocą we francuskim lesie i trafia na imprezę w pewnym podejrzanym zamku. Postaci, które po tym dziwnym balu krążą dziwnie przypominają te, które znamy skądinąd – chociażby piękna lady z różami i raczej brzydkim mężem. Bardzo to przyjemna i – aż chciałoby się powiedzieć – taka „postmodernistyczna” zabawka literacka; szczerze też przyznam, że nie spodziewałam się po Gaskell tego typu historii. Zwłaszcza, że co by nie powiedzieć o pozostałych trzech opowiadaniach, są one raczej dość standardowe, jeśli chodzi o rozplanowanie akcji i nietrudno jest się domyślić ani, co będzie dalej, ani jak się to wszystko właściwie skończy. Nie oznacza to, że czyta się źle – bo nadal można się na nich dobrze bawić, to w końcu historie o duchach – ale byłam troszkę rozczarowana, zwłaszcza że powieści Gaskell jak dotąd mnie ujmowały tym, jak były poprowadzone.


Trzy kobiety


Ale zajmijmy się teraz trzema wspomnianymi opowiadaniami. Widzicie, jest w nich bardzo interesujący punkt wspólny: we wszystkich trzech osobami, które są ofiarami tego, co straszy, są kobiety. W „Szarej Damie” młoda córka młynarza zostaje wydana za mąż pod naciskiem społecznym za bogatego i przystojnego Francuza. Kiedy jednak odkrywa o nim prawdę, przerażona, a później ciężko doświadczona przez koleje losu, siwieje i starzeje się, zostając „szarą kobietą”. W „Opowieści starej piastunki” owa tytułowa piastunka i jej podopieczna trafiają po śmierci rodziców tej ostatniej do ponurego dworu, nawiedzanego przez duchy, czyhające na dziecko i swoją obecnością torturujące najstarszą mieszkankę dworu. W „Klarysce” pewna matka osuwa się powoli w szaleństwo, nie wiedząc, co stało się z jej córką, a inna kobieta jest z kolei nawiedzana przez złowrogiego sobowtóra. Celowo piszę tak, by nie zdradzać wszystkich zawijasów fabuły, żebyście mogli się przekonać sami.




Ale to jeszcze wszystko nie koniec. W każdą z tych historii zaplątany jest mężczyzna – zwykle albo cudzoziemiec (demoniczny Francuz z „Szarej Damy”, ciemnoskóry cudzoziemski muzyk z „Opowieści...”) albo przynajmniej jakoś się różniący od ogółu społeczeństwa (katolik w służbie austriackiej w „Klarysce”). Mężczyźni ci nie muszą odgrywać pierwszoplanowej roli, ale stają się przyczyną przestrachu lub zguby kobiet, które sobie wybrali. Tylko pan de la Tourelle z „Szarej Damy” jest faktycznym czarnym charakterem: jako taki jest zaprojektowany i przywodzi na myśl nawet nie tyle Sinobrodego (chociaż zwyczaj łowienia żon i zwożenia ich do zamku, w którym są części, do których nie mogą wchodzić, niewątpliwie przywodzi na myśl tę właśnie postać), co tytułowego narzeczonego z baśni Grimmów „Zbójecki narzeczony”. Dziewczyna, zwabiona przez tajemniczego narzeczonego, opuszcza dom rodzinny (a jest, a jakże, córką młynarza) – choć wie, że coś jest nie tak, ale wszyscy dookoła powtarzają jej jaką „załapała partię” – tylko po to, by przekonać się w upiornej scenerii, gdy koledzy jej męża in spe mordują w swojej siedzibie niewinną ofiarę, z kim ma naprawdę do czynienia. Gaskell w „Szarej Damie” zreinterpretowała i odtworzyła zresztą także i tę scenę.

Z drugiej strony mamy i męskich protagonistów o cechach pozytywnych – młodego doktora z „Szarej Damy” i narratora „Klaryski”. I jeden, i drugi chcą ocalić młode kobiety pogrążone w nieszczęściu. Myliłby się jednak ten, kto dałby się zwieść poszukiwaniu prostego happy endu. Gaskell jest tutaj narratorką bardzo przewrotną. Oto jak narratorka i bohaterka „Szarej Damy” zakomunikuje córce, w jaki sposób została żoną młodego doktora, starającego się wyratować ją z opresji:

I can hardy tell you now by what arguments Dr. Voss, at first merely my benefactor, sparing me a portion of his small modicum, at lenght persuaded me to become his wife. His wife he called it, I called it […]. The good doctor took me and my child by stealth to his modest dwelling.
 
Jest w tym wszystkim pewien odcień niepewności, nie tyle przymusu, co popychania przez okoliczności do określonych działań. Wybuchy uczucia w kierunku bohaterek bowiem kończą się zwykle – jak pokazują „Opowieść...” i „Klaryska” – dość kiepsko i bardzo mrocznie. W świecie Gaskell bycie osobą uczuciową może prowadzić do zbrodni i szaleństwa.


Historia sobowtóra
 

I tu pozwólcie, że przejdę do drugiej arcyciekawej kwestii w tych trzech opowiadaniach. Do dublowania i przebierania. Ten motyw sobowtóra, jaki przywołuję w podtytule, jest bezpośrednio przywołany w „Klarysce”. To tam mamy do czynienia z bohaterką – słodką, pobożną i niewinną, jak wciąż podkreśla narrator – która posiada sobowtóra-złego ducha, który sprawia, że:

[…] men must shrink from one so accompanied; friends and lovers must stand afar off.
 
Teoretycznie na pierwszy rzut oka jest to zrozumiałe: piękna dziewczyna, za którą chodzi zły duch, nic przyjemnego. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej, widać coś znacznie bardziej niepokojącego. Otóż ów zły duch generalnie wygląda jak bohaterka, ale ma w oczach coś złośliwego. Co zaś robi? Na przykład rozmawia i żartuje ze stajennymi. Nie to, co cicha i spokojna bohaterka. Gaskell rysuje nam zatem obraz, na którym bohater chce ożenić się z bohaterką po zdjęciu z niej klątwy sobowtóra lub – co również jest możliwą interpretacją – jeśli przestanie ona (jej drugie „ja”) zachowywać się niezgodnie z normą społeczną (można to uznać za nieco przyprostą interpretację, ale trudno ją też wykluczyć, zwłaszcza że niewiele więcej o przewinieniach sobowtóra wiemy).
 
Podobne przełamanie mamy w „Szarej Damie”. Nasza główna bohaterka ucieka przed demonicznym mężem właściwie tylko dzięki przedsiębiorczej i bardzo ją kochającej służącej, Amante (podobnie oddana służąca pojawi się również w „Opowieści...”). Amante przebiera się za mężczyznę, podczas gdy nasza przyszła Szara Kobieta ma uchodzić za jej żonę – jest w ciąży. Żyją razem, mieszkają razem, uchodząc za małżeństwo, a kiedy bohaterka rodzi dziecko, za rodzinę z dzieckiem. Są szczęśliwe, ale ostatecznie muszą zostać rozdzielone – dopiero związek ze wspomnianym doktorem staje się swego rodzaju wybawieniem (ale i to nie całkiem) dla bohaterki. Fascynujący motyw, nie uważacie? Amante jest zresztą właściwie jedyną postacią żeńską, która wykazuje się w opowiadaniu sprawczością – tytułowa bohaterka w gruncie rzeczy jest pionkiem, który inni rozstawiają wciąż po planszy (Amante nie wyłączając). Dopiero opowiadając swoją historię stara się coś zrobić: ale nawet wówczas nie tyle działa, ile przeciw-działa, bojąc się klątwy krwi.


Strachy zza granicy


Co więc właściwie ma nas u Gaskell straszyć? Moim zdaniem społeczne podłoże tych opowiadań – podobnie jak w ogóle jej twórczości – jest tutaj faktycznie „straszące”. Kobiety, które niewiele mogą zrobić, jeśli zajdą w niechcianą ciążę bez ślubu albo kochanek zdecyduje się z nimi nie ożenić – a więc czeka je los straszny wedle prawideł epoki – to motyw stały w tych opowiadaniach. Inną kwestią jest obecność różnie rozumianej „zagraniczności”. Owszem, ma ona budować klimat – jest u Gaskell gotycko, jest i odpowiednio strasznie przez osadzenie wydarzeń w epokach przewrotów i ogólnego „wystraszenia społecznego” (walki w Niderlandach, rewolucja francuska, czasy postuartowskie), gdzie różnie rozumiany „inny” znajduje się na celowniku. Bo to, co inne, ma tu budzić strach: są zatem ludzie odmienni, bo wyznający inną religię, bo pochodzący zza granicy, bo reprezentujący inny naród.
Sądzę zatem, że nie idzie wyłącznie o egzotyczną scenerię, ale także o to pokazanie, jak inność potrafi straszyć – a że Gaskell dokłada do tego intrygujące wątki społeczne, te opowiadania bardziej właśnie niż grozą, są nawet niespecjalnie zakamuflowanym komentarzem społecznym. I bardziej to dzisiaj jest w nich bardziej interesujące – przynajmniej jak na moje oko. Co nie znaczy, że nie umieją postraszyć; może przez to straszne są nawet bardziej.

***
 
Zapraszam do pogadania o Gaskellowej grozie. Zajrzyjcie koniecznie do wpisu Tarniny (klik), o Gaskell piknikowo napisała również Ewa (klik), a „Szara Dama” gościła również na Bezsennych Środach u Olgi (klik). A dyskusja piknikowa tym razem tutaj.

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Co straszy u Gaskell? Według mnie najbardziej sytuacja społeczna kobiet. Anna z "Szarej Damy" jest postacią dosyć bezbarwną, ale zamykający się wokół niej potrzask sprawia, że jednak zaczynamy się przejmować jej losem. A potem napięcie jeszcze rośnie. Zawiązanie tej historii nie jest oczywiście oryginalne i nawiązania są oczywiste, ale podoba mi się rozwinięcie - współdziałanie kobiet dodaje otuchy. W kontraście do występującej zazwyczaj rywalizacji kobiet o względy mężczyzny. To mnie chyba najbardziej pociąga u Gaskell - ona się jednak w jakiś sposób wyłamuje z tej krępującej kobiety "wiktoriańskości" (choć nie zawsze).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu się zgadzamy :-). Dla mnie też to właśnie było najstraszniejsze (tak jak mówisz: "Szara Dama" poza tym nie jest jakoś straszna sama z siebie). To w ogóle, co podkreśla Gaskell, to to wzajemne wspieranie się w trudnej sytuacji. Kiedy tego brakuje (jak w "Opowieści...", czy w "Klarysce", ale i "Szarej Damie" też) pojawia się największy problem. Przy czym wydaje mi się, że u Gaskell mamy i bohaterki-wspierające i bohaterki-komplikujące. Chociażby bratowa Anny czy lady, u której spędza czas -- one tutaj są postaciami negatywnymi: naiwne, łatwo dające się omotać, z chęcią podające rękę prześladowcom bohaterek.

      Zastanawiałam się cały czas podczas lektury nad tym, czy ten wątek był też tak wyraźny w czasie, gdy Gaskell pisała? Bo przecież taki na przykład Dickens zachwycał się opowieściami Gaskell jako opowieściami grozy przede wszystkim?

      Usuń
    2. W czasach Dickensa pewnie łatwiej było ludzi przestraszyć niż nas teraz. Albo zaskoczyć :) No cóż, gdyby bratowa nie była postacią negatywną, to nie byłoby opowieści, bo przecież to ona odegrała istotną rolę w wypchnięciu szwagierki z domu rodzinnego i uniemożliwiła jej powrót. Zresztą jej motywacja jest oczywista, trudniej zrozumieć postępowanie matki przyjaciółki. A rozkładanie win i zasług pomiędzy płcie jest chyba jednak dosyć wyważone. No i oczywiście wiąże się też z ówczesnymi ich społecznymi rolami, tzn. kobieta może odegrać rolę pomocnicy w zbrodni lub narzędzia, ale nie głównej złoczyńczyni (zazwyczaj). Więc nawet w tym nie ma równości. To nie jest tak, że Gaskell za wszelką cenę "dowala" facetom, a wybiela kobiety, widać to też w tych niehorrorowych opowiadaniach. A czy opowiadania były w czasie Gaskell inaczej odbierane niż teraz? Wydaje mi się, że na pewno. Zastanawiam się też, czy sama Gaskell zdawała sobie sprawę, że one mogą być dwuznaczne. No bo przecież, jak zauważyłaś, ten motyw dwóch kobiet żyjących jak mąż i żona można różnie interpretować. A właściwie dzisiaj interpretacja nasuwa się sama, tylko chyba niezgodna z intencjami autorki.

      Usuń
    3. Myślisz, że łatwiej? Zaczynam się zastanawiać, czy nie po prostu inaczej: wiadomo, my dzisiaj boimy się nieco innych rzeczy niż XIX-wieczni mieszkańcy Wysp, ale tak sobie dumam, że może i strach mamy jakiś inny? W tym sensie, że nawet samo uczucie bywa opisywane inaczej (zobacz, jak bohaterowie Gaskell w ogóle reagują: jasne, to może być przesada związana z gatunkiem, ale chyba emocjonalność była wtedy nieco inna). I może też stąd bierze się to nasze odczucie niewielkiej straszności?

      Moim zdaniem matka przyjaciółki chciała być taką kobietą światową, co to nawet córkę młynarza korzystnie wyda za mąż. A i w doborowym -- w swoim mniemaniu -- towarzystwie się pokaże. Stąd te jej "ochy" i "achy" nad naszym Sinobrodym Zbójeckim Narzeczonym ;-).

      Tak, moim zdaniem jest wyważone -- i to dobra intuicja, że ma związek z rolami społecznymi. Chociaż niektórym (Amante) Gaskell pozwala wyjść z roli chociaż na chwilę.

      Usuń
  2. Mam "Opowieści niesamowite" Gaskell - zbiorek wydany przez C&T. Jak dotąd przeczytałam "Opowieść starej piastunki", "Szarą Damę" i "Opowieść dziedzica". I, niestety, jestem odrobinę rozczarowana, bo po "opowieściach grozy" spodziewałam się więcej "niesamowitości" i nadprzyrodzonego, a dostałam coś, co przypomina raczej opowiadania obyczajowo-przygodowe z elementem "łotrzykowskim". Owszem, mają swój urok, można się w nich doszukiwać akcentów feministycznych (wszyscy złoczyńcy to mężczyźni, ofiarami - jak piszecie - są kobiety), ale całość wyszłaby moim zdaniem lepiej, gdyby Gaskell zrównoważyła te dwa elementy: grozę i "feminizm". Poza tym, to trochę irytujące, że zło traci anonimowość na długo przed końcem opowiadania, co widać zwłaszcza w "Opowieści dziedzica" ("The Squire's Story"), nie zostawiając miejsca na zagadkę i tajemnicę. No i nie wiem, co myśleć o tym, że opowiadania Gaskell zawsze dobrze się kończą: złoczyńca zostaje pojmany, kończy żywot na szafocie itp. To też odbiera opowieściom część wspomnianej grozy. Fajnie, że mamy odludne posiadłości, ciemne zamczyska, miło również, że aura przynajmniej trochę potęguje zagrożenie, bo śniegi, wichury, zawieje to wymarzona sceneria dla takich opowieści. Niemniej, myślałam, że Gaskell uda się mnie przestraszyć. Trochę szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzył mi się ten zbiorek, ale okazało się, że nie ma go w moich bibliotekach, a i kupienie go było trudne (chyba nakład był dosyć mały?).

      Widzisz, o czymś podobnym pisałam: że one jako takie dzisiaj właściwie grozą nie są. Podoba mi się, że przywołałaś tę "łotrzykowskość" -- bo taki duch tam faktycznie jest. Natomiast co do wątków feministycznych: feminizm Gaskell nie polegałby tu na czynieniu mężczyzn złoczyńcami -- jako że feminizm to przecież nie anty-męski nurt w kulturze. Raczej na tym, moim zdaniem, że autorka zwraca uwagę na dość straszne położenie, w jakim przez system społeczny znajdują się jej bohaterki.

      Natomiast zgadzam się, że trudno u Gaskell się tak "pobać", jak chociażby u Jamesa. Sceneria jest zwykle podobna, sposoby budowania nastroju również, a i to, o czym wspominasz, czyli wyjaśnienie tego, co ma być groźne, dość szybko, odziera nas z tego możliwego przestrachu. Także pod tym względem podzielam Twoje rozczarowanie. Natomiast wydaje mi się, że dzisiaj można je czytać właśnie pod kątem tej bardziej "społecznej" grozy, która jest w nich zawarta -- i wtedy sporo zyskują, przynajmniej takie było moje doświadczenie lektury :-).

      Usuń
    2. Tak, zgadzam się, że ten dreszczyk przerażenia podczas lektury jest nad wyraz słaby lub wręcz nieistniejący. To znaczy jak będziesz iść nocą sama przez las i usłyszysz jakieś dziwne odgłosy, to na pewno nie opowiadania Gaskell sobie przypomnisz ;)

      Usuń
    3. Napiszę odkrywczo: dzisiaj również społeczna sytuacja kobiet pozostawia wiele do życzenia - i podobnie "przestrasza". Co gorsza, teraz chyba trudniej o kobiecą solidarność i wzajemną pomoc, tak wyraźnie obecną w opowiadaniach Gaskell. Zatem gdyby nie doszukiwać się w tych opowiadaniach klasycznej grozy i poprzestać na odczytaniu wątków feministycznych, to dzisiejszy czytelnik (a właściwie: czytelniczka) powinien bać się nawet bardziej niż ten sprzed 150 lat.
      PS
      Pyzo, "Niesamowite historie" widziałam - nie dalej jak wczoraj - na nieprzeczytane.pl :-)

      Usuń
    4. Ale przykłady z literatury na taką solidarność i dzisiaj znajdziemy :-). Chociaż masz oczywiście rację, że ta groza pozostaje aktualna, i to jest przerażające, że akurat ten pierwiastek jest tutaj cały czas aktualny. Podoba mi się w tych opowiadaniach to, że one się zestarzały, jeśli chodzi o takie klasyczne "straszenie", ale są tam przeróżne motywy, które mogą się cały czas aktualizować -- i do tego mogą obrastać w nowe pomysły interpretacyjne :-).

      O, nieprzeczytane.pl to ten mityczny sklep, o którym ciągle słyszę i nie miałam jeszcze okazji wypróbować! Zajrzę, jak tylko będzie okazja uzupełnić domowe zbiory o "Niesamowite historie" :-). Dziękuję!

      Usuń
  3. Przyznam z bólem, że nie zapoznałam się jeszcze z twórczością tej autorki. Mam jednak taki zamiar. Póki co nadrabiam zaległości z Anną Bronte. Póki co nie pogadamy więc o gaskellowej grozie, ale może wrócą jak już coś przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście zachęcam bardzo i jeśli będziesz chciała zapraszamy :-).

      Usuń